Pokazywanie postów oznaczonych etykietą II. Nowe wcielenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą II. Nowe wcielenie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 listopada 2015

II. Nowe wcielenie: Rozdział Trzydziesty Czwarty

Jednak na ich szczęście strat było dużo mniej. 
 Zbliżał się już koniec stycznia roku 2298, kiedy ludność i autoboty mogli już żyć spokojniej. Teraz, gdy mieli już pewność, iż roboty całkowicie się oddaliły, mieli chęć na gorące podziękowanie Gwiezdnej Armii, bo dzięki niej wytrwali i byli w stanie dalej tworzyć przyszłość. 
Autoboty oczywiście wróciły do swoich starych obowiązków w Armii. Im więcej robili, tym bardziej podziwiał ich świat. Raz w kanadyjskiej telewizji pojawił się reportaż o zamiarze kontuacji budownictwa autobotów, co umocniło stosunki międzyludzkie. 
W tej fali niepohamowanego szczęścia, Inferno otworzył wreszcie oczy. 
Był zadziwiony radością ludzką, która przelewała się przez załogę, zupełnie tak, jak po długiej misji mieli wracać na Ziemię. 
Inferno odzyskiwał powoli siły, wzrok jego oprzytomniał. 
Ujrzał u swojego boku skuloną, cichą Venus - najwierniejszą ze wszystkich autobotek. Był zdziwiony, ponieważ spodziewał się, iż wejdzie Scott razem z nią do jego pokoju.
 - Nie jesteś ze Scottem, Venus? - spytał powoli; jego głos był jeszcze osłabiony. Nie mógł zbyt wiele mówić, ponieważ jego aparat mowy jeszcze nie zregenerował się do końca.
 - Scott jest zajęty. - wyjaśniła autobotka. - Ja sama musiałam sprawdzić, co u ciebie. 
- Nie prosił cię czasem o to? - spytał cyborg. 
Autobotka pokręciła głową. 
 - Nie. Nie prosił. Zbytnio cię ceni, aby to zrobił. 
 - Co się stało? - spytał ponownie starzec. - Gallardo... zginął? 
 Venus zadrżała, patrząc na niego uważnie. 
 - Tak, zginął. - powiedziała. - Ale teraz nie jesteś z nim. Jesteś z nami. To była twoja decyzja. 
 Inferno powoli wyciągał wnioski ze słów autobotki. Ale w końcu przypomniał sobie wszystko. 
 - Byłem głupcem. Przez tyle lat zdradzałem... teraz sam zostałem zdradzony. 
 - Przez kogo? Sam powiedziałeś że chcesz się zmienić. 
 - Życie było dla mnie zbyt surowe, aby stało się ze mną inaczej. - powiedział Inferno. - Powinienem był umrzeć, a sam Scott powinien mnie zabić. Ja sam pragnąłem mu odebrać życie... 
- Ale pojąłeś swój błąd - przypomniała mu Venus. - Co prawda, trochę późno, ale Scott dał ci szansę. 
- Jest najprawdziwszym człowiekiem, jakiego spotkałem. - powiedział wolno Patricia. - Ma potencjał, honor, odwagę... on powinien zostać dowódcą Armii. 
Venus zadrżała ze wzruszenia. 
- Nie byłem wtedy sobą, Venus. - powiedział cyborg. - Nie chciałem, żeby tak między nami... między mną a Armią... wyszło. Wciąż nie potrafię sobie tego wybaczyć... 
Jednak po chwili Venus rzekła:
 - Ale ja ci wybaczam. 
 Patricia spojrzał w oczy autobotce. Ta chwyciła delikatnie jego dłoń - bała się, że po przebudzeniu jego bodźce mogły być nadwrażliwe. 
- Chcę zostać z wami i walczyć ze Stalową Pięścią. - powiedział. - Armia będzie silna. Wierzę w to.
***
W końcu Scott razem z Venus i Inferno wrócili do Vancouver. 
Chcieli zacząć od nowa. Inferno nie chciał mieszkać w Calgary - przywoływało mu to złe wspomnienia. Gdy przeprowadzili się, zaczęli snuć wielkie plany wobec przyszłości. Nie przyszłości Armii, lecz swojej - we trójkę. Nie minęły dwa miesiące, a już byli dla siebie jak rodzina. Wiedzieli, że razem mogli na siebie liczyć. 
Cyborg dostał wkrótce od Clary również kamizelkę kuloodporną, która była wyszywana ze specjalnej wyrobionej skóry. Miał brać ją do misji gwiezdnych, a sam zachowując części cyborga miał ,,zbroję”, czyli ciało cybordzkie koloru ludzkiej skóry (tak jak większość członków Armii – oprócz Aleca – był rasy białej). To ciało dała mu firma produkująca oficjalnie części do autobotów, ponieważ Inferno nie chciał, aby jego ciało przywoływało mu w pamięć roboty. 
Scott tymczasem nadal pracował, tym razem w hotelu Camping Canada, oczywiście jedynie na okres zimowo-wiosenny.
 Inferno też się tam zatrudnił, co wywołało wielkie zdumienie, ponieważ był wśród personelu jedynym cyborgiem. 
Ale, o dziwo, przywykli. 
Gdy zaczął się luty, praca w hotelu się zaostrzyła, ale dzięki wzajemnemu wsparciu, nikt nie odczuwał presji. Scott jednak zadecydował utworzyć dla cyborga garderobę – nie mógł przecież cały czas chodzić w zbroi. 
Dzięki temu ludzie złagodnieli, i nie patrzyli na niego tak zimno, jak kiedyś. Wszystko powoli wracało do normy. 
 Nim pierwszy promyk słońca przebił skrawek lodu na ulicy, Armia zaczęła na nowo pracować jak kiedyś. 
Wszystko to robili dla przyszłości ludzi, bo wiedzieli, że każda przyszłość zaczyna się od jutra. 
A Kanada wciąż szykowała im coraz to nowe niespodzianki. 
 Podczas obchodu święta państwowego, Venus siedziała na ławce i wpatrywała się w powiewającą flagę zdobioną w krwistoczerwony liść klonu. Pomyślała, że jednak państwo jest z nich dumne... że dali radę przezwyciężyć ten kryzys i burzę nieporządków. 
Flaga tańczyła na wietrze, tańczyła podzielając swą dumę z ludnością... Venus westchnęła, nasycając wzrok jej pięknym widokiem. Usłyszała ciche kroki dwóch mężczyzn. 
Odwróciła się i zobaczyła Scotta i Inferna. Uśmiechnęła się do nich. 
 - Wreszcie widzę twoje szczęście. - powiedział z ulgą Scott. 
 - A wy się nie cieszycie? - spytała autobotka. 
Człowiek i cyborg spojrzeli po sobie. 
 - Cieszymy się, a jakże. - rzekł Sebastian Patricia. - Nareszcie jesteśmy wolnymi Kanadyjczykami. 
Venus uśmiechnęła się. Mężczyźni usiedli obok niej. Również spojrzeli na flagę. Patrzyli na nią bezsłownie długo, bardzo długo, aż nastało popołudnie... 
 Do takiego szczęścia nie potrzebowali słów. 
W końcu Scott przerwał ciszę: 
- Sojusz... człowiek i maszyna... są jak jedność. 
Patricia i Venus spojrzeli na niego i uśmiechnęli się. Cyborg położył mu dłoń na wytatuaowanym ramieniu. 
- Serce moje należy do ciała ludzkiego, do mojego prawdziwego oblicza. - powiedział. - Tak samo twoja siła jest własnością autobota. Razem tworzą całość... Siła i dobroć.






sobota, 24 października 2015

II. Nowe wcielenie: Rozdział Trzydziesty Trzeci cz. II

Inferno został przeniesiony do osobnego pomieszczenia. 
 Ledwo trzymał się o własnych siłach i Scott razem z Aleckiem musieli go asekurować. W końcu został podłączony za pomocą styków po boku głowy i na plecach do komputera. Był bardzo podobny do tego na statku robotów, który kiedyś przekazywał mu energię przez wenflon. 
Teraz, gdy był w ciele cyborga, badacze mieli ułatwione zadanie. 
Położyli go na boku, aby nie uszkodzić przewodów. Gdy utrzymywanie życia przez komputer było już aktywne, Scott patrzył przez szybę na jego zmęczoną twarz, czując, że mimo wszystko Armia będzie w stanie mu wybaczyć. 
- I jak? - spytała Clara, mianowana niedawno nową dowódczynią Armii. - Jest silny? 
- O wiele silniejszy, niż w poprzednim wcieleniu. - odparł Scott. - Będzie walczył, czuję to. 
 Clara spojrzała na niego. 
Wyglądało na to że już wybaczyła byłemu działaczowi. 
Scott patrzył na Inferna, zacisnął pięść, odetchnął głęboko... 
- Wiele wycierpiał. - powiedziała cicho Clara. - Ale teraz wśród nas znajdzie ukojenie... 
 Scott spojrzał na przyjaciółkę. Wierzył w jej słowa. 
Chwycił jej dłoń. Nic nie mówił. Tu już niepotrzebne były słowa. 
Patrzyli razem na leżącego cyborga, modlili się w duchu o cud. Lecz musieli czekać jeszcze kilka dni.

***
Minął jednak większy kawał czasu, niż się spodziewali. 
 Wciąż smucił ich krajobraz po przebytej bitwie. 
 Kwatera cudem nie ucierpiała zbytnio. 
Jednak Scott przeczuwał, że będzie miał o wiele więcej roboty, niż poprzednim razem. Tak naprawdę, każdy teraz pracował za dwoje, i marzył, aby zima już się skończyła. 
 Ludzie zdążyli już ochłonąć z szoku, jakie zafundował im wybuch kolejnej wojny. Autoboty znów włączyły się do pomocy, aby naprawić jakość ich życia.


II. Nowe wcielenie: Rozdział Trzydziesty Trzeci cz. I

W chwilę później Inferno stanął na nogi i razem ze Scottem ostrzeliwali robota, który nie miał wielkich szans. 
Ramię w ramię walczyli, jak tylko mogli, lecz trzymali się dzielnie. 
Cyborg widocznie osłabł, lecz nie zdradzał się tym. 
Pięść został osmalony pociskiem Inferna i zaklął ordynarnie. 
 - Piękne słownictwo, mój drogi. - pochwalił Inferno. - Zatem zapraszam cię we wrota piekieł. 
Scott usłyszał znajomy warkot silnika. Dał znak gestem Inferno. 
 Zrozumiał przekaz. Cyborg strzelił ponownie; tym razem wcelował trafnie. Pięść cofnął się, pchnięty siłą pocisku, obrócił się za drugim ciosem i upadł, cały dymiąc. Mężczyzna i cyborg zobaczyli nadjeżdżającą Venus. 
 - Witam cię, bohaterze. - powiedziała. - Jesteś co prawda osmalony, ale w jednej części... to znaczy, w całości. 
- Musisz nas stąd wynieść. - powiedział Scott. - Daj znak, Aleckowi, że to koniec bitwy... niech powoli powstrzymuje autoboty. I odszukaj Corletta. 
 - W porządku. - odparł motor. - W czym jeszcze ci pomóc? 
 - Zabierz stąd Inferna. - powiedział Scott. - Wyjaśnimy wam wszystko, jak będziemy na spokojnej ziemi. 
 Venus spojrzała na cyborga. Ale bez słowa przystała na prośbę - jeśli nie rozkaz - swojego stwórcy.
***
Bitwa powoli ostygała. 
Ale roboty już tak nie napierały. 
 Były już osłabione, tym bardziej iż nadchodziła północ. Oddały tytuł zwycięstwa autobotom, wycofując się powoli z zadymionego miasta. Stalowa Pięść rozkazał im odszukać statek, którym kiedyś uciekli w Kosmos - teraz chcieli to zrobić drugi raz. Nie mieli innego wyboru. Przeżyło ich jednak nieco więcej, niż w pierwszej bitwie z autobotami. To ich uspokajało. 
 Stalrat był rozwścieczony na Stalową Pięść. 
 - To twoja wina, że nasz przywódca jest teraz po stronie Armii. - oskarżał go. - Czy ty naprawdę nie grzebałeś mu w mózgu? 
Pięść milczał. Stalrat jednak szturchnął go, domagając się odpowiedzi. 
 - Grzebałeś czy nie? 
- Odwal się. - warknął Pięść. 
Stalrat wyszczerzył zęby, warcząc jak wściekły pies. Jednak umilkł, aby się nie narażać. 
 - Co teraz? - spytał inny robot. - Straciliśmy przywódcę... Jesteśmy skończeni. 
- Nie dramatyzuj, głupcze. - syknął Pięść. - Ja będę waszym przywódcą. Stalrat zakasłał z krzywym uśmiechem na twarzy. 
 - Że co? Ty chcesz zastąpić Inferna? Chyba przepaliły ci się kable rozsądku! 
 - Bronisz tego głupca? - spytał Pięść. 
- Aha! - zahuczał Stalrat. - To teraz nazywasz Inferna głupcem? 
 - To nasz przywódca. - powiedział robot z naciskiem.
 - Już nim nie jest. - powiedział Pięść. - Ależ jesteście ślepi... 
 Robot i Stalrat spojrzeli po sobie. 
 Byli rozgniewani. 
Stalowa Pięść nachylił się do robota. 
 - Nie masz wyboru, teraz jak ten stary drań uciekł. - powiedział. - Albo przysięgniesz mi wierność, albo rozbiorę cię na części i spalę kawałek po kawałku, rozkoszując się melodią twojego krzyku... 
Chwycił Stalrata za gardło. W jego oczach błyskała rządza zemsty. 
 - Nie możesz mnie zabić. - wyksztusił Stalrat. - Musisz odbić Inferna z powrotem. 
 - Nie mów mi, co mam robić! - warknął Stalowa Pięść. - Tylko wtedy, gdy niewierny sługa pocierpi, staje się bardziej godzien zaufania. 
 - A jak było z Ferrari? - spytał robot. - Znienacka postanowiłeś go usunąć! Ględziłeś o jakiejś protoplaście... 
 - Dzięki poświęceniu Ferrari, stał się mocny. - powiedział Pięść. - Gallardo miał rację... był bardzo mocny. 
 - Gallardo zginął! - krzyknął robot. 
Pięść puścił Stalrata, który upadł ksztusząc się. 
- Omal nie uszkodziłeś mi aparatu głosowego. - wykrztusił z odrazą. 
 Pięść nie odpowiedział. 
 Jednak weszli do statku. 
 Pięść uderzył zaciśniętą dłonią klawisz uruchamiający zapłon pokładu. Powoli unosił się w górę, zrównał się z pierwszą warstwą chmur, ulatywał coraz dalej w górę... 
 W końcu znikł z planszy nieba.







sobota, 10 października 2015

II. Nowe wcielenie: Rozdział Trzydziesty Drugi

Scott był zszokowany. 
Starzec patrzył na niego, płacząc. Jego łzy wzbudzały szczere współczucie. Scott pojął jego wielką krzywdę - sam nie miał lepszego dzieciństwa. Ale od niego ludzie się nie odwracali, kochali go, uważali za bohatera. 
Wszakże walczył o dobro ludności, a Inferno chciał walczyć. 
- Nie wracała mi pamięć z poprzedniego życia, aż do tego momentu. - powiedział Inferno - Ale po słowach, jakie do mnie wykrzyczałeś... zrozumiałem, jakim byłem głupcem... obłąkańcem, dającym sobą pomiatać... szaleńcem rozkochanym w wyłącznie swoich potrzebach! 
 Łzy wyciekały po twarzy starca tak obficie, że Scottowi zrobiło się go żal. Wczuł się w jego sytuację i zrozumiał, że nie chciał krzywdzić tych wszystkich ludzi, bombardować Vancouver i innych miast... 
A oni, prosta ludność kanadyjska uwierzyli w jego chciwość i brutalność, chociaż obie te cechy nadał mu nie on sam, a robot, który przez tyle lat mu służył... Przypomniał sobie chwile z Luke'em... ten moment, w którym Venus mu powiedziała, iż Luke się go wyrzeka... i w końcu mu wybaczył. Spojrzał w oczy Inferna i rzekł:
 - Dokonałeś się wielu zbrodni... a ta była kolejną. Jednak... czy jest jeszcze nadzieja na to, że Armia będzie mogła ci zaufać? 
 - Masz na to moje słowo, McDavid. - odparł Inferno i chwycił jego dłoń. Scott uniósł głowę, a Inferno pomógł mu wstać.
 - Razem powstrzymamy wszystkie roboty. - powiedział. - Jestem twoim dłużnikiem.
 - No proszę! - usłyszeli w chwilę później głos. - Nasz pan i władca zmienił się nie do poznania. Ale ja wezmę przykład z naszego biednego Gallardo i nie wezmę tego do serca. 
 Zza szczątków robocich wyjrzał Pięść i strzelił w stronę Inferna. 
 Scott próbował odbić pocisk kontraatakiem, ale ten trafił w pierś Inferna. Cyborg zatoczył się i upadł. Scott przeładował swój karabin. Stalowa Pięść syknął: 
 - Was obu nienawidzę tak bardzo, że nawet nie wiem, którego bardziej. 
 Scott wypalił w niego laserem, lecz spudłował. 
Pięść wybuchnął śmiechem. 
- Jednakże - dodał. - Z przyjemnością pozbędę się was jednocześnie. 
Nacisnął ponownie spust, lecz zaraz potem Scott wystrzelił w niego podwójnie. 
- Co jest?! - warknął Pięść. - Poddajcie się, bohaterowie! 
 - Nigdy! - wrzasnął Inferno i wystrzelił w niego ponownie. 
Scott nie zatrzymywał go. 
Bronili się nawzajem, i Pięść to zauważył. 

 

II. Nowe wcielenie: Rozdział Trzydziesty Pierwszy cz. III

Peter nadał mi pseudonim Inferno... i tak już zostało. W swoim kolejnym napadzie nie zdążyliśmy uciec przed funkcjonariuszami i śmiertelnie pobiłem jednego z nich. Peter mi wtedy rozkazał: ,,Broń się jeśli chcesz przeżyć” a ja uwierzyłem jego słowom. Gdy miałem wkroczyć w dorosłość, nasz gang ponownie wywęszyli policjanci. Doszło do strzelaniny, Peter został ranny. Krzyczał do mnie, abym ratował resztę... a ja uciekłem. Peter walczył o życie w szpitalu, ale nie przeżył. Członkowie gangu poprzysięgli na mnie zemstę. Napadli mnie, podczas samotnego spaceru. Pobili, ogołocili z pieniędzy... zostawili mnie na pastwę losu. Ale ja kryłem się przed innymi, czekałem, aż siniaki na twarzy całkowicie znikną... wtedy wróciłem do ośrodka i poddałem się karze, a ośrodek zafundował mi ją w postaci kolejnego poprawczaka. Siedziałem tam, aż w końcu zamknęli mnie w więzieniu, uznając mnie za pełnoletniego. Zmarnowałem tam sześć lat. Wyszedłem stamtąd nie świadomy tego, po czyjej chcę być stronie. 
Wynająłem skromny lokal w Calgary. Wtedy zacząłem pracować jako pomocnik szefa organizacji budowy robotów. Wtedy też stworzyłem swojego pierwszego... był to Gallardo. Pracowałem w tej branży jakiś czas, a potem mnie zwolnili... Gallarda zabrałem ze sobą. 
W ciągu dwóch lat stworzyłem trzy kolejne roboty, potem zacząłem ich konstruować znacznie więcej... ostatniego ukończyłem w 2256. 
- A potem wstąpiłeś do Armii. - powiedział Scott. - Siedem lat później. Ojciec Susan mi opowiadał. 
 - To, jak się sprawowałem, pewnie ojciec Susan wiele ci mówił. - rzekł Inferno. - Lecz nie wiedział, iż Gallardo jest kimś więcej niż tylko robotem. Mianował mnie przywódcą Gwardii Maszyn, jaką to nazwą ochrzciłem roboty, które połączyłem w wojsko... i właśnie wtedy zaczęliśmy razem spiskować przeciwko Armii, krótko po śmierci ojca Susan. Lecieliśmy razem na różne misje, a wy niczego nie zauważaliście... dopiero gdy przyszedł rok 2295 i kolejna misja. To co się zdarzyło na tamtej planecie, sam wiesz najlepiej... uratowaliśmy ciebie i Corletta, bo nie mieliśmy wyboru. Twoja Venus wyczuła, że coś jest ze mną nie tak... 
Załoga zaczęła spoglądać na mnie wilkiem. Od tej pory bałem się wrócić na Ziemię... dlatego ukryłem się. Wybuchła wojna i początek końca mojego pierwszego wcielenia... osłabłem, Scott, bardzo osłabłem. Umarłem wtedy jako człowiek... i powróciłem jako cyborg. Gallardo mnie kontrolował, sterował mną jak nakręcaną zabawką... A roboty mu dopingowały. W końcu podsunął mi pomysł z zemstą na Kanadyjczykach... ale prawdziwym obiektem zemsty miałeś być ty...



sobota, 3 października 2015

II. Nowe wcielenie: Rozdział Trzydziesty Pierwszy cz. II

Scott chwycił jego dłoń.
 - Od dzieciaka byłem zdany wyłącznie na siebie. - rzekł starzec. - Byłem jedynakiem, moja matka zmarła przy porodzie. W tym samym czasie też odeszła moja jedyna babka... matka mojej rodzicielki. W mojej rodzinie zabrakło kobiet. Otaczali mnie sami mężczyźni. 
 Dziadek był surowy, od zawsze trzymał mojego ojca mocną ręką, a mój ojciec - taki sam jak on - przejął tę technikę wychowawczą. Próbował potem wiązać się z innymi kobietami, ale nie wytrzymywały długo. Nazywały go tyranem i potworem. Jedna z tych kobiet oskarżyła mojego ojca o pobicie. Trafił do więzienia na siedem lat. W tym czasie jako ośmiolatek trafiłem do ośrodka wychowawczego. Były tam głównie opiekunki. Ale nie sprawowałem się, jak należy. Cały czas coś przeskrobywałem, zwykle samodzielnie, później zapoznałem się z dwoma chłopakami z tymi samymi problemami. 
Gdy miałem trzynaście lat, utworzyłem z nimi gang. Był to gang oczywiście nie tak groźny, jak obecnie się tworzą, ale kierownicy ośrodka postanowili działać. Ale byliśmy nieugięci. Był taki jeden chłystek o imieniu Peter. On nauczył mnie okradać sklepy nocami, robić takie żarty starszym ludziom, że nas wyklinali. Przez pewien czas nie dawaliśmy się złapać na gorącym uczynku, ale to się zmieniło dwa lata później (miałem wówczas lat piętnaście), gdy Peter poczęstował mnie narkotykiem. 
Nasza działalność gangu nabierała siły... włamaliśmy się raz nocą do banku i wykradliśmy dziesięć milionów dolarów. Pieniądze podzieliliśmy na kilka części i ukryliśmy w kilku miejscach... nie minęło jednak kilka miesięcy, a kanadyjska telewizja zaalarmowała o tym połowę kraju. Jakiś czas potem Peter pobił nocą jakiegoś chłopaka z dziewczyną. Ośrodek stał się czujny, ale my niewiele sobie z tego robiliśmy. Pobiliśmy już wielu ludzi, ale w końcu Peter wpadł na jego zdaniem genialny pomysł, aby zabić. 
 No i usiekliśmy - jakiegoś staruszka w pobliskim parku. Policja złapała nas i umieściła w ośrodku poprawczym. Odczytała moje nazwisko jako Sebastian Patricia. Odizolowali mnie od reszty grupy. Siedziałem tam kilka miesięcy, potem wypuścili. I znowu połączyłem się z gangiem. 





 

poniedziałek, 28 września 2015

II. Nowe wcielenie: Rozdział Trzydziesty Pierwszy cz. I

Scott zacisnął zęby z bólu. 
 Udało mu się jakoś zatamować krwawienie, lecz wiedział, że to nie wystarczy. Na ramieniu, powyżej miejsca, gdzie miał tatuaż znaku jedności, był poparzony, a skóra wokół tego miejsca jeszcze piekła, mimo iż podczas walki z Infernem przyłożył tam garść śniegu. Ale dotarło do niego, że przeżył i to go uspokajało, chociaż był przygotowany na śmierć. 
Udało mu się usiąść, lecz poprzestał tylko na tym. 
 Widział sylwetkę cyborga Inferna pochylonego nad Gallardo (gdy udało mu się zatamować krwotok, robot strzelił do cyborga chybiąc). 
Był zszokowany tym, co się stało. Po jakimś czasie zobaczył jak Inferno składa głowę robota na resztkach jego szczątków. 
 - Żegnaj, Gallardo. - powiedział. - Odchodzę od ciebie, tak samo, jak ty odeszłeś ode mnie. 
Schował broń, odwrócił się w stronę Scotta i podszedł do niego wolno, spokojnym krokiem. Scott spojrzał na niego, wciąż nie mogąc wyjść z przeżytego szoku. Były działacz miał ślady łez na policzkach i lekko dygotał. 
 - Coś ty zrobił, Inferno? - spytał Scott. 
 - To, co uważałem za stosowne. - odparł cyborg i uklęknął przy nim. 
Spojrzał mu w oczy. 
 - Byłem głupcem, Scott. - powiedział. - Przez tyle lat wina tego szaleńca była mi najcięższym brzemieniem. 
 - Co? - spytał Scott. 
Inferno wyciągnął z magazynka na piersi bandaż i owinął nim oparzenie na jego ramieniu. 
- On to zrobił. - powiedział. - Opętał mnie rządzą władzy całego wszechświata. Fałszował moje prawdziwe pragnienia...







niedziela, 20 września 2015

II. Nowe wcielenie: Rozdział Trzydziesty

Inferno z błyskiem niepohamowanego gniewu w oczach zaczął ryczeć straszliwie, by dać upust potwornym emocjom, które go rozrywały. 
Pragnął go zabić... zabić robota, przez którego nie znał swojego prawdziwego oblicza. 
Zacisnął zęby i strzelił po raz kolejny. 
Gallardo umknął i trafił go pociskiem w pierś. 
Inferno upadł. 
Poczuł ból - po raz pierwszy w ciele cyborga. Nie mógł go nijak równać do bólu ludzkiego - był głębszy, zdawał się docierać do każdej jego sztucznej i naturalnej tkanki (tych jako po procesie cyborgizacji miał niewiele, ale za to posiadał ludzkie odruchy i uczucia).
 - I jak, mój panie? - zadrwił Gallardo podchodząc do niego. - Staniesz się w końcu sobą? 
Czarny robot pochylił się nad rannym Infernem z błyskiem sarkazmu w oczach. 
Wcelował w niego broń. 
Cyborg syknął z bólu. Wiedział, że nie ma nic do stracenia. 
Pomyślał o Scocie... i straszliwy żal ścisnął jego serce. 
Pojął już. Nie chciał być przeciw Armii. Przez roboty stał się tym, czym się stał... trudna przeszłość odcisnęła na nim swoje bolesne piętno, pozostawiła znamię... ale Inferno wiedział, że to znamię kiedyś zniknie. 
Musiał wybaczyć sobie grzechy przeciw własnym braciom... których dokonał oślepiony przez roboty rządzą władzy nad całą Galaktyką. 
Spojrzał w twarz Gallarda, niegdyś jego wiernego sługi. 
Jego spojrzenie było pełne tej samej nienawiści, którą kiedyś żywił do Scotta... 
- Już się nim stałem! - wrzasnął i wystrzelił z pełnego działa pistoletu tym samym groźnym pociskiem, który nie tak dawno kierował do Scotta. 
Robot zaskoczony tak szybkim atakiem, nie zdążył się obronić i stanął w płomieniach. 
 - Gallardo! - rozległ się krzyk Stalowej Pięści. 
Inferno strzelił bez namysłu w miejsce, skąd słyszał głos i w chwilę później zamienił się on w bolesny wrzask. 
Gallardo objęty ogniem, rozpadał się na jego oczach... 
 Roboty zajęte walką z autobotami nie zauważyły, że ich przywódca został ostrzelany przez ich prawdziwego wodza... który już nim nie był. 
Cyborg patrzył z wielkim zdumieniem na płonącego żywcem robota, jakby dziwiło go własne posunięcie. Ale nie krzyknął ze strachu, nie dobiegł do niego, nie robił niczego, aby ugasić płomień. Nawet nie strzelał drugi raz. Pozwolił mu płonąć, tak jak teraz stał. 
 Gallardo ogarnięty płomieniami zaczął się przepalać. 
Jego zdziwiony szaleństwem wzrok utkwiony był w piwnych oczach cyborga. Wyczerpany, lecz pełen żywych emocji Gallardo tracił po kolei części ciała, przepalone doszczętnie...
 Opadały w śnieg, dymiące jeszcze bezlitośnie. 
Jego głowa odłączyła się od tułowia i przetoczyła się po śniegu w stronę stóp Inferna. Wzrok robota spotkał się ze wzrokiem starca. 
 - Zdradziłeś nas, Inferno. - wyszeptał. - Niech kosmici cię osądzą. 
 - Zamilcz. - powiedział twardo Inferno. 
 Gallardo zacisnął zęby i potem już umilkł na zawsze... jego reflektory zgasły... Starzec padł na kolana, palcami rozgarniając śnieg. 
Powoli docierało do niego, co się stało. Spojrzał na osmalone szczątki robota, wzrok jego skierował się na leżącego Scotta... 
 Pochylił głowę nad głową Gallarda, po jego twarzy ześlizgnęła się łza... najprawdziwsza, ludzka łza. Zatrząsł się, lecz wcale nie poczuł zimna. Jego wysuszona twarz okryła się strumieniami łez... 
- Coś ze mną zrobił, Gallardo? - szepnął płacząc. 


 

sobota, 12 września 2015

II. Nowe wcielenie: Rozdział Dwudziesty Dziewiąty

Na twarzy Inferna rozbłysło zdumienie. 
Tak potężne, że jego ciało samo zareagowało, nie kierując się umysłem; jego palec przycisnął spust i wystrzelił pociskiem metalowym. Pocisk skierował się wprost w pierś Scotta. 
Scott krzyknął z bólu. Na jego koszuli pojawiła się plama krwi... 
 - Nie! - wrzasnął Inferno. 
W następnej chwili poczuł, jak on trafiony pociskiem zostaje odrzucony o parę metrów od ciała Scotta. Wylądował na plecach. Obrócił głowę i jego wzrok zatrzymał się na czarnej sylwetce robota Gallardo. 
Był tak zszokowany, że język ugrzązł mu w gardle. 
 - Kiedyś się ciebie bałem, panie. - powiedział wolno Gallardo. - Teraz widzę, jak oślepło cię pragnienie władzy... a ja nie mam zwyczaju służenia szaleńcom. 
 - Ja tylko chciałem... pozbyć się McDavida. - odparł Inferno. 
 - Czy na pewno? - zdumiał się robot. 
Inferno z trudnością uniósł głowę, aby wzrok jego zrównał się ze wzrokiem człekokształtnej maszyny. 
 - Na pewno. - odparł. 
- Więc czemu krzyczałeś? - spytał robot. 
 Inferno spojrzał na wciąż nieruchomego Scotta. 
 - Nieważne. - warknął. 
- Nie chcesz się zwierzyć? - spytał Gallardo. - Mi... twojemu najwierniejszemu robotowi o ludzkim umyśle? 
 - Nie masz ludzkiego umysłu. - syknął Inferno. - Jedynie ludzkie emocje. 
 - Emocje to nic w porównaniu z umysłem. - odparł Gallardo podchodząc do niego parę kroków. 
Inferno uniósł głowę, i próbował się podnieść, lecz poczuł ból w klatce piersiowej. 
Gallardo uniósł przeciw niemu broń. 
- Twój umysł jest obłąkany, a emocje nadzbyt intensywne. - powiedział. - Taki duet nie naradza się ani w człowieku, ani w cyborgu. 
 - Nic o mnie nie wiesz. - syknął Inferno. 
- Czy na pewno? - spytał ironicznie Gallardo. - Mnie stworzyłeś jako pierwszego, mianowałeś przywódcą Gwardii... i przez te wszystkie lata masz czelność mówić, że nic o tobie nie wiem?... A może wcale nie jesteś Kanadyjczykiem, a kosmitą, który przybył tu, upodobniony do naszego przywódcy, aby spalić nas doszczętnie razem z autobotami? 
 Inferno spojrzał na rannego Scotta, który usiłował tamować krwawienie przyciskając do rany pomiętą koszulę. Na jego skroni perlił się pot, a jego mięśnie ciała były mocno napięte. 
 - Nigdy nie chciałem was zawieść. - odparł Inferno, odwracając się do Gallarda. - Jesteście moją drużyną. 
 Gallardo zmrużył oczy. 
- Łżesz. - powiedział. - Chciałeś zniszczyć nie tylko autoboty, ale i nas... stając się cyborgiem, twój mózg przeszedł mocne pranie i myślisz, że cyborg jest potężniejszy od jakiejkolwiek maszyny.
 - A czy ty uważasz się za potężnego? - odciął się Inferno. 
Gallardo przeładował pistolet i powiedział: 
- Potężniejszego od ciebie. 
Wystrzelił w jego stronę, a Inferno przeturlał się po ziemi, dzięki temu pocisk chybił. 
Były działacz wyciągnął broń. Odpowiedział ogniem na ogień.
 - Zmieniłeś się. - powiedział chłodno Gallardo. - Ale ja nie akceptuję zmian. 
Wkrótce powstała ostra strzelanina pomiędzy cyborgiem a robotem. Gallardo czuł, że Inferno zaprzecza własnej osobowości - temu, kim kiedyś był. Imponowało mu to, że Inferno zmierzył się z autobotami dwa lata temu, lecz teraz dostrzegł, że coś się w nim zmieniło - i nie mógł tego zaakceptować. Jakby Inferno nagle zmienił nie tylko ciało, ale i przeznaczenie... 
Inferno otworzył ogień z działa wysuniętego z jego nadgarstka i jednocześnie w drugiej ręce dźwigał pistolet. 
Gallardo robił uniki i strzelał z dwulufowego pistoletu. 
 Inferno stawał się coraz bardziej zapalczywy, w miarę, jak trzymał się na nogach. 
Starcie dwóch ognistych temperamentów stało się środkiem piekła. 


 

środa, 9 września 2015

II. Nowe wcielenie: Rozdział Dwudziesty Ósmy

Ostatecznie przeładował pistolet i nacisnął spust. 
Z jego lufy wydobył się czerwony pas będącego ni to laserem, ni to ogniem. Scott umknął za pierwszym razem skacząc w bok. Spojrzał za siebie, w stronę, gdzie celował Inferno. Ku jego zdumieniu ścieżka pokryta wprawdzie cienką warstwą śniegu była przepalona. W miejscu, gdzie ugodził, powstała czarna podłużna dziura. Inferno wystrzelił drugi raz i strumień gorąca osmalił rękaw na ramieniu Scotta. 
Poparzenie było lekkie, lecz niezwykle bolesne. Scott chwycił garść śniegu i przyłożył do ugodzonego miejsca. 
Ból ustał jedynie w części. 
- Jesteś wspaniałym wojownikiem. - odezwał się Inferno. - Wiesz, jak sobie radzić w obliczu niebezpieczeństwa. Z chęcią przygarnąłbym cię do siebie... ale wpierw bym musiał wymazać ci pamięć o Armii.
 - Nie ośmielisz się! - wrzasnął Scott i wystrzelił w jego stronę czterdzieści pocisków. 
 Inferno wykonał w skoku salto w tył, jednocześnie wystrzeliwując pocisk w stronę Scotta. McDavid jednak pozostał czujny. Nie zwracał uwagi na walące się budynki, na krzyki, przekleństwa... widział przed sobą tylko Inferna i tylko na nim skupił cały swój umysł. 
Skupił wzrok na jego sylwetce - obserwował, aby wypatrzeć w nim słaby punkt. Będąc przez wiele lat żołnierzem w Armii, wiedział doskonale, na co trzeba zwracać uwagę u wroga, aby wiedzieć, gdzie najdogodniej uderzyć. Instynkt wojownika kazał mu atakować tam, gdzie nieprzyjaciel nie będzie się spodziewał. 
Przypominało to trochę chwile przed starciem dwóch wilków z wrogich sobie stad. Scott dobiegł do niego, ciągle strzelając, wykonując niefortunne uniki przed jego atakiem. Starzec zamachnął się pięścią i wymierzył mu cios w twarz, lecz Scott zdołał się uchylić. 
Chwycił dłoń starca z pistoletem, który był już wcelowany w jego pierś. 
- Poddaj się, Inferno! - krzyknął Scott. - Nie pozwolę ci zniszczyć autobotów. 
 - Poddanie się oznacza z góry przegraną. - odparł Inferno mierząc się z nim wzrokiem; starał się wyrwać z uścisku dłoni Scotta siłując się z nim. - Ale ja poddałem się tylko raz... i to był mój błąd. Już nigdy więcej go nie popełnię. 
Uniósł nogę ponad kolano Scotta i kopnął go z całej siły. 
Scott upadł parę kroków od cyborga, czując pulsujący ból. Inferno stanął nad nim, trącając nogą jego bok. 
 - Teraz to ty się poddaj. - powiedział, celując w jego twarz. - Jesteś panem autobotów, a ja władcą robotów. Roboty istnieją setki lat przed autobotami, więc to one mają prawo do władzy. Rozkaż swoim się poddać, albo zginiesz razem z nimi.
 - Skąd możesz wiedzieć, że nawet jeśli umrę, świat padnie ci do stóp? - spytał Scott, nabierając powietrza w płuca. 
 - Jesteś tylko człowiekiem. - powiedział Inferno. - Era ludzi mija. Stają się coraz słabsi. Maszyny wyręczają ich w nawet najbardziej banalnie prostych pracach. I tak nie zmienia to faktu, że zginą... Człowieczeństwo stanie się społeczeństwem maszyn, to pewne. 
 - Sam byłeś człowiekiem. - powiedział Scott. - A teraz oczerniasz własny gatunek? To, że stałeś się cyborgiem, niczego nie dowodzi. Cyborg to nic innego jak krzyżówka maszyny z człowiekiem. Ludźmi byli twoi przodkowie i jako jeden z ludzi przyszedłeś na świat... a teraz wypierasz się własnego pochodzenia? 
- Pokażę ludziom, na co stać cyborgów. - powiedział Inferno. - Sami zapragną nimi być. 
Przeładował ponownie pistolet. 
 - Pamiętaj o naszym partnerstwie, Inferno. - powiedział Scott rzucając karabin. - Wiedz, że maszyna nie dorówna wierności człowiekowi. 
 

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

II. Nowe wcielenie: Rozdział Dwudziesty Siódmy

- No, spokojnie, Badaczu 1. - mówił zimny głos. - Odwróć się powoli, a nie uszkodzę ci mózgu... mam nadzieję. 
Scott wstał powoli i odwrócił się w stronę, skąd słyszał wcześniej głos. 
To, co zobaczył - a raczej kogo - przeszło jego najśmielsze oczekiwania. 
 Przed nim stał rosły, szczupły mężczyzna w wieku około lat sześćdziesięciu, a może nawet ponad. Lecz w pierwszej chwili Scott uważał go za robota łudząco podobnego do człowieka; miał zbroję na piersi, ramionach i nogach. 
Lecz ,,robot” ten miał ludzką sylwetkę zbudowaną jak gdyby z robocich części. W jego piwnych oczach błyskał znajomo zimny blask... 
- Inferno? - krzyknął Scott. 
Mężczyzna uśmiechnął się sarkastycznie, a jego kąciki ust uniosły się triumfalne do góry. 
Scott patrzył na wpół ze strachem, na wpół ze zdumieniem. 
 - Miło cię widzieć, towarzyszu. - powiedział Inferno. 
 - Ale... jak ty...? 
 - No cóż, wygląda na to, że weszłem w moje drugie wcielenie. - powiedział Inferno. - Miło cię ujrzeć po tych całych trzech latach... 
Scott nadal nie mógł uwierzyć. Patrzył na byłego działacza Armii, nie potrafiąc przyswoić sobie tego faktu. 
Inferno nadal się uśmiechał, celując w jego głowę.
 - Cudowne wojsko zbudowałem, nieprawdaż? I w niedalekiej przyszłości to właśnie wojsko będzie obraniało przyszłe pokolenia Kanady... 
 - Rząd nie pozwoli ci na to. - odparł Scott. 
 - To wygląda na to, że będę musiał ich usunąć. - powiedział surowo Inferno. - Wtedy, gdy Armia upadnie, a Rząd wraz z nim, ludzie staną się potulniejsi... a autoboty upadną mi do stóp. 
 - Ambitne są twoje plany. - powiedział Scott. - A co będzie z nami? 
Inferno zmrużył oczy.
 - Z wami? Nad waszą przyszłością jeszcze pomyślę... gdy staniecie się zwykłymi ludźmi z ulicy. A ja będę wam panem i dawcą. 
Scott spojrzał w zimne oczy byłego działacza. Wiedział, że dążył do unicestwienia autobotów, ale nie podejrzewał go, aby chciał społeczeństwo zamienić w sługów. 
 - Wymordowałeś wielu niewinnych ludzi. - powiedział z nastającą złością. - Czym ci zawinili? Tym, że istnieją...? 
 Inferno zacmokał z lubością.
 - Nie zastanawiałem się nad tym. - odparł z zimną satysfakcją. - Ale dziękuję, że podsunąłeś mi to pytanie. Z przyjemnością zadam je Gallardo. 
- Przecież pracowaliśmy razem. W twoim poprzednim wcieleniu... 
 Inferno uniósł brew. 
 - Nie przypominam sobie, Scotty. 
Wściekły Scott uniósł pięść. 
 - To odświeżę ci pamięć! 
 - No, nie tak szybko. - przyhamował go Inferno i uderzył go lufą pistoletu. 
Scott syknął z bólu, nieświadomy takiej siły po sześćdziesięcioletnim starcze. Spojrzał na niego ze zdumieniem. 
 - Widzisz? Moja moc zakorzeniła się w ciele cyborga. - rzekł Inferno. - Teraz, ja mam władzę nad całą Kanadą. Teraz nie jesteś jej mieszkańcem, a niewolnikiem. Nie uciekniesz stąd bez mojej wiedzy. Tak, McDavid... jesteś mój. 
Scott wciąż nie mógł uwierzyć temu wszystkiemu. 
 - Nie chciałeś nam pomagać. - powiedział, cały drżąc. - Dlatego odeszłeś. Inferno przekręcił głowę w bok, jak nasłuchujący pies, ale milczał. 
Scott postąpił krok naprzód, ale w tej samej chwili Inferno cofnął się, nie opuszczając pistoletu. 
- Dlaczego to robisz? - spytał Scott. - Przecież nie chcieliśmy ograniczać ci życia na tej planecie. To ty nas zdradziłeś. Susan i Clara od dłuższego czasu to podejrzewały. Przypuszczenia Venus podtwierdziły się... ale pytam się ciebie jeszcze raz: po co to robisz? 
 Inferno milczał w dalszym ciągu, tylko brwi uniósł wyżej. 
- Byliśmy dla siebie partnerami. - ciągnął Scott. - Wiedzieliśmy o sobie wszystko... ocaliłeś nam życie... a ty...
 - A ja obrałem własną drogę. - przerwał mu Inferno. - Tobie pozostanie w Armii było przeznaczeniem, co innego ja... ja odnalazłem swoje powołanie gdzie indziej. 
 Scott patrzył na Inferna, milcząc. 
Widział przed sobą lufę jego pistoletu i drwiący uśmiech... 
Inferno spojrzał nieznacznie na opuszczone ciało Susan.
 - Powinieneś wyciągnąć bardzo ważny wniosek z tej lekcji. - rzekł. - Czy nie rozumiesz? Armia upadła. 
 - Ale jej członkowie wciąż żyją! - krzyknął McDavid i cofnął się w biegu, aby porwać z ziemi karabin. Spodziewał się ciosu ze strony Inferna, ale on wciąż trzymał go na muszce w bezruchu. 
- Jakiś ty intuicyjny. - powiedział niby drwiącym tonem. - Tego się po tobie nie spodziewałem, Scott. 
 - Więc czemu nie strzelasz? - spytał mężczyzna. 
 Inferno przeładował pistolet; rozległ się trzask. 
 - Tak szybko chcesz rozstawać się z życiem, Scotty?... czy naprawdę sądzisz, że nie masz dla kogo żyć? Cóż... ja z przyjemnością to zrobię... i jeszcze cię ucałuję na pożegnanie. 
Lecz nim Inferno zdążył wypalić w jego stronę, karabin Scotta okazał się szybszy. Pocisk laserowy wypalił niewielką dziurę w metalowej piersi Inferna. Były działacz wyglądał na zszokowanego tym ciosem. Dotknął wypalonego fragmentu zbroi i objął Scotta spojrzeniem tak jadowitym, że nawet najniebezpieczniejszy gad nie był w stanie mu dorównać.
 - Punkt dla ciebie. - powiedział. - Chciałem, abyś ty to zaczął... ale teraz moja kolej.


piątek, 21 sierpnia 2015

II. Nowe wcielenie: Rozdział Dwudziesty Szósty cz. I

Autoboty pałały rządzą zemsty za śmierć tylu niewinnych ludzi. 
Chroniły ich, jak mogły. 
Pamiętały jednak o walczących ludziach i wspomagały ich wysyłając im kodem posiłki. 
Bitwa wrzała. 
 - Gdzie jest Susan? - krzyknął Corlett w stronę Clary; Susan zniknęła mu z oczu, jak unieruchamiali trzech robotów uszkadzających dosyć poważnie autoboty Aleca. 
- Nie mam pojęcia. - odparła zgodnie z prawdą Clara. - Spróbuj skontaktować się ze Scottem i Venus. Może jeszcze wyplątują się z tej wielkiej sieci... 
 Corlett wpisał w nadajnik współrzędne Scotta i Venus. 
- Mam ich! - krzyknął. - Scott... Venus... słyszycie mnie? Tu Corlett! 
W chwilę później dobiegł do nich głos Venus: - Odbiór. Jak tam robota? 
 - Co ze Scottem? Jest obok ciebie? - spytał Corlett. 
- Pobiegł na zachodnie skrzydło. Ale sygnał jego nie gaśnie. 
 Corlett poczuł ulgę. 
- Miej go na oku. Jest tam gdzieś Susan? 
Przez chwilę Corlett słyszał okropny szum zakłóceń międzyfalowych. 
- Obawiam się, że jej sygnał zanikł. 
Corlett i Clara spojrzeli po sobie. 
Byli zaszokowani. Dotarła do nich gorzka prawda, iż Susan nie żyje. 
- Kiedy wykurzymy ich stąd, wyprawimy jej piękny pogrzeb... o ile znajdziemy ciało. 
 - A nie możesz wyszukać jej nadajnikiem? 
 - Nadajnik wyszukuje tylko żywe istoty. - wytłumaczył jej Corlett. 
 Venus westchnęła ciężko. 
 - No to tym problemem zajmiemy się później. - rzekła. - Miejcie oko na Gallarda. Do usłyszenia.

II. Nowe wcielenie: Rozdział Dwudziesty Szósty cz. II

Scott przedarł się przez nawałnicę rozwścieczonych maszyn. 
Powalił trzech robotów z grubego działa. Miał już niemałe doświadczenie w wojennym kunszcie. Wiedział, że teraz, gdy miał sposobność zmierzyć się po raz drugi z robotami, nie przerażała go perspektywa poparzenia się roztapiającym się metalem. 
Wybuch bitwy w dzieciństwie zahartował go i dodał mu odwagi. Każdy robot, który mierzył się z nim wzrostem, natychmiast z jego rąk tracił cenne życie. 
Było to jego osobistą zemstą za śmierć rodziców i później - śmierć Luke'a. Walczył, bo chciał - nie mógł pozostawić na pewną śmierć całego kraju. Nie chciał dopuścić do tego, aby roboty przejęły władzę nad kolejnym państwem. Wdał się w żołnierski ród - jego przodkowie również brali udział w misjach gwiezdnych i walczyli w imię wolności ojczyzny. 
 Scott pochodził od największych wojowników gwiezdnych w historii Galaktyki - McDavidowie słynęli z niepohamowanej odwagi. Także jego pradziadowie mieli za sobą wiele przełomowych przeżyć między gwiazdami. 
Nawet amerykańscy badacze nie mieli tyle odwagi, aby oddalić się od znajomej, rodzimej Drogi Mlecznej, by wtargnąć na nieznany glob, a jeszcze mniej, aby na nim walczyć - o dobro żyjącego tam społeczeństwa. 
Gdy Scott zmierzył się z jednym z pomocników Pięści, zobaczył leżące nieruchomo w śniegu ludzkie ciało. 
 Serce w jednej chwili skoczyło mu do krtani. 
Dobiegł do niego, karabin rzucając w śnieg. Uklęknął przy nim i jedno spojrzenie na oblicze poległej wystarczyło, aby ją rozpoznał. 
Chwycił jej zimną dłoń, lecz wiedział, że nie była taka od mroźnej aury. 
 - Susan... - szepnął niemal płaczliwym tonem. 
 Poczuł że łza skrada się na jego twarz, że on sam staje się zimny jak lód... ale nie był w stanie uwierzyć w to, co widzi. Starał się wypędzić z siebie ten okropny moment - ale wiadomo było, że było to niemożliwe przedsięwzięcie. 
Dotknął drżącą dłonią jej twarzy. Nadal nie mógł uwierzyć, że jest lodowata. Cały się trząsł, ale nie kontrolował tego. Zapaść w jego sercu powiększyła się... Czuł niemal, jak rozpacz zalewa go całego w środku. Ścisnął rękę Susan i z jego gardła wydobył się krzyk bólu i zgryzoty. Nie słyszał nic - albo po prostu nie dopuszczał do siebie myśli, że coś słyszy. Oddychał tak głęboko, że jego płuca nie nadążały z przyjmowaniem tlenu. 
Wróciła doń wściekłość kierowana z całą mocą do robociej armii, która od zawsze uprzykrzała mu życie. Pragnął w jednej chwili wymordować ich wszystkich... wszystkie roboty. 
Zaklął głośno. 
- Witaj, McDavid. - usłyszał zimny głos za sobą. 
Był dziwnie znajomy... w następnej chwili poczuł lufę pistoletu dotykającego jego skroni. Puścił dłoń Susan...


środa, 19 sierpnia 2015

II. Nowe wcielenie: Rozdział Dwudziesty Piąty

Corlett zeskoczył z siodełka Komety, a ona przeistoczyła się ze skutera – swojego alt-moda - w autobota. 
- Więc co, Scotty? - skinął na towarzysza. - Poprzytulamy ich na dzień dobry? 
Scott przeładował karabin i kiwnął głową. 
Z miejsca mężczyźni zaczęli strzelać, wspomagani przez autobotki. Roboty starały się stłamsić ich w ogniu, ale autoboty Aleca skutecznie odwracali ich uwagę tak, aby mogli uśmiercić tych, którzy się na to odważyli. 
W chwilę później dołączyły autoboty innych Kanadyjczyków oraz Susan Steward z Harleyem i Clarą. 
Było to wsparcie niemałej wartości. Ludzcy żołnierze też podążali za autobotami, przyleciwszy drugim samolotem nad miasto. 
W kilka minut później z oszalałej strzelaniny utworzyła się zaciekła bitwa, która rosła z każdą chwilą. Alec starał się kontrolować sytuację, mając do pomocy pięć samolotów o czteroosobej załodze każdy. 
To umocniło wały obronne autobotów i już potem dzielnie stawiali czoła najeźdzcom. Z kolejnych samolotów, wysypała się dwudziestoosobowa armia autobotów, która z zapałem walki w reflektorach dobiegła swoich, by wspólnie położyć ich trupem. Scott uznał to za dobry znak, chociaż wiedział, że nie samą liczbą się zwycięża. W większości starć działał samodzielnie, później dołączyła do niego Venus. 
 - Zablokujemy ich Scotty, nie ruszą się, póki im nie rozkażemy! - krzyknęła powalając na ziemię wielkiego robota przecinając mu wcześniej kable laserem. Scott był dumny ze swej autobotki. Cały czas obierał sobie na cel te roboty, które zbytnio zbliżyły się do większych budynków. Usłyszeli głośny trzask wybuchu, ale nie odwracali się, wiedząc, że ukryty wróg może wykorzystać sytuację. 
Scott wybiegł zza wałów cały czas strzelając, a za nim podążyła autobotka. Wkrótce cała ulica była zablokowana ciałami poległych robotów i ludzie walczący na ziemi, musieli się rozpędzać i je przeskakiwać. Docenili ćwiczenia fizyczne na treningach w wojsku. 
Kolejne budynki zajęły się ogniem. 
Roboty coraz bardziej napierały, lecz autoboty też nie pozostały im dłużne. Niektóre atakowały pojedyncze roboty w duetach lub trójcach, lecz podejmując się takiej akcji musiały zważać, czy za nimi nikt się nie skrada. 
Właśnie przez takie zamaskowanie się robotów zginęło sześć autobotów.
***
- Ile zostało naszych? - spytał Inferno odwracając się do Stalrata.
 - Jeszcze walczą, panie. - powiedział robot. 
 - Pytam się ciebie, ile zostało? - zirytował się cyborg. 
Robot popatrzył po wielkim połaciu spalonej ziemi, na której wciąż toczyła się bitwa. 
 - Nie wiem. Może z piętnaście tysięcy...
 - Było ich przed atakiem kilkakroć więcej. - powiedział Inferno. - Ze trzydzieści tysięcy jak nic. 
- Może dziesięć, a może jedenaście. - przeliczał z trudem Stalrat. - Trudno powiedzieć. 
Inferno machnął ręką. Wyciągnął zza pasa pistolet laserowy z długą lufą. - Czas im ogłosić powrót. - powiedział. - Osłaniaj mnie, gdyby te silniki starały się mnie uszkodzić. 
- Tak jest. - odparł Stalrat i Inferno odszedł w ogień wojenny.
***
Kometa walczyła sama. Ale dawała sobie radę. 
Była tak samo odważna jak Venus. Szybko wczuła się w sytuację. 
 Jak wojna, to wojna! 
Przeczuwała, iż Alec będzie starał się jej pomóc z powietrza, ale widocznie tego nie potrzebowała. Roboty starały się ją osaczyć nawet we czwórkę, ale szybko podejmowała właściwe kroki, by szybko pozbawić oddechu delikwentów. Corlett był z niej dumny. Nie spodziewał się, że tak szybko odnajdzie się w obliczu wojny. Przez ten czas mógł wspomagać Clarę i Susan, które tymczasowo walczyły naziemnie. 
Ogień w mieście narósł, chociaż roboty widocznie osłabły. 
Pożary były szybko gaszone, lecz w chwilę później budynki sypały się w pył, by zadusić kurzem ludzi Aleca. Zginęło tak pięciu, lecz autoboty skutecznie ochraniały przednią ścianę, aby walący się dom nie padł na ich głowy. Droga zasypała się szczątkami przepalonych autobotów i ich rywali, mieszając się z ciałami ludzkimi.
***
W jednej z potężnych szarży Susan upadła na ziemię, postrzelona przez pomocnika Stalowej Pięści. 
W ogłuszającym pędzie masakry nie mogła rozróżnić już, który jest z jej wojska. Dotknęła podbrzusza. Poczuła ból i ciepło wyciekającej krwi. 
 Nie bała się śmierci. Widocznie przeznaczone jej było zginąć. 
Obraz przed jej oczami zaczął się powoli zamazywać... uśmiechnęła się. 
 Czuła ulgę, wiedząc, że umrze. 
Chciała rozstać się z Armią, z tym wiecznym ryzykowaniem życia dla dobra nauki... dla przyszłości. Wiedziała, że jest za młoda na to, aby umierać, ale nie widziała innego wyjścia. Przecież jest jeszcze Clara, o wiele od niej młodsza... ona musi działać dla Armii. 
,,Przeczuwałam, że przeżyję jedynie czterdzieści wiosen'' - pomyślała. - ,,Jeżeli muszę umierać, to niech umrę teraz.”. 
 Z trudem wyciągnęła pistolet zza pasa i przymierzyła lufę jego do skroni. Oddychała nieco głębiej, chociaż nadal spokojnie. 
Czuła narastający ból tam, gdzie została ugodzona i marzyła o tym, aby już to się skończyło. Łzy napłynęły jej do oczu. 
 - Wybacz mi, Scott. - szepnęła i pociągnęła za spust.

piątek, 14 sierpnia 2015

II. Nowe wcielenie: Rozdział Dwudziesty Czwarty

Autoboty przybyły na miejsce strzelaniny tak szybko, jak mogły. 
Zaatakowały roboty, które cisnęły się same i uwięziły ludzi w jak najciaśniejszym kole. Jeden z nich, Harley wysłał sygnał alarmowy pod współrzędne nadajnika Venus - znakiem tego, że mogli ruszać. 
Nim jednak przybyli na miejsce, roboty zdążyły już na dobre ,,się rozgrzać''. Dwa ogromne budynki runęły na ziemię niczym karciany dom, uśmiercając tym samym dwóch autobotów i dwa razy więcej ludzi. Strzelanina zaostrzyła się, a wraz z nią kontrola Gallardo nad robotami. Wielka gromada autobotów odblokowała arsenał i rozpoczęła kontraatak - nie na darmo zresztą. 
W tej ognistej akcji zginęło kolejnych kilku niewinnych Kanadyjczyków. 
Roboty posuwały się coraz dalej. 
Nim autoboty zdążyły ich powstrzymać, poległ ten, który kiedyś wyratował Luke'a. 
Miasto zaczęło być coraz bardziej bombardowane.
 Tu i ówdzie dało się słyszeć krzyki kobiet, płacz dzieci... wojna przyszłości już się rozpoczęła. 
Inferno zaś w ciele cyborga z ukrycia obserwował, to, co się działo. 
 - Dobrze sobie radzi. - powiedział do stojącego obok niego Stalowej Pięści. - Ale żaden z tych tchórzy jeszcze się nie zjawił. 
Stalowa Pięść zaśmiał się pod nosem. Jego zdaniem Armia była przegrana. Roboty bez zahamowania atakowali poszczególne jednostki miasta, w tym nawet policjantów, którzy zajechali na miejsce. Ale nie mieli wielkich szans przeciw doskonale uzbrojonym robotom. 
Wściekłe maszyny widocznie drwiły z ich mundurów i ich słabych technicznie pistoletów. Niczym wściekłe słonie zaszarżowały w ich stronę, ostrzeliwując ich jednocześnie. 
Policja kanadyjska próbowała blokować ich ciosy kolczatkami samochodowymi, lecz na próżno. 
Śnieg począł prószyć coraz gęściej. Walka też była coraz zacieklejsza. 
Autoboty natychmiast rzuciły się w stronę swoich, aby ich wspomóc. W powietrzu wylatywały kawałki spalonego laserem metalu... 
 Śnieg dodatkowo ,,zżerał'' gorący od wybuchu kawałek zbroi robota, który jako kolejny wyleciał w powietrze trafiony z potężnego działa autobota. Walka stawała się coraz brutalniejsza... Na tylnich wałach wybuchały stacje benzynowe, uśmiercając każdego, który znajdował się wten czas w pobliżu. 
Vancouver płonęło...
***
Inferno spojrzał po brutalnym obrazie bitwy. 
- Czyli nasi bohaterowie się spóźniają. - powiedział niby smutnym tonem, lecz w nowym sercu cyborga czuł mściwą satysfakcję. 
- Nie przybędą tutaj tak szybko jak dwa lata temu. - powiedział wielki, granatowy robot, zacierając ręce, aż skrzeszył iskry. 
 - No, zobaczymy Stalracie. - przyhamował go Inferno. - Zobaczymy, jak sobie poradzą... I pamiętaj: atakujcie tylko tych, którym dacie radę.
 - Tak jest. - powiedział Stalrat. - Żadnego autobota nie oszczędzajcie. Gdy jednak zostanie ich paru, wybierzemy sobie najlepszych sługów. (Gallardo z pola bitwy uruchomił u siebie podsłuch ze współrzędnych miejsca, gdzie stał Inferno). Autobotką może zająć się Gallardo, ty natomiast zabalujesz z Harleyem. Pamiętajcie, że jeżeli nie jesteście pewni, co robić z autobotem, który może wam się wydać dobrym rabą, zawsze pierwszego mnie informujcie. I jeszcze jedno: McDavid jest mój i nikt z was nie ma prawa go tknąć. Nawet Gallardo.
***
Corlett w wielkim pośpiechu dobierał pociski do swojego karabinu. 
 - Gdzie jest Gepard? - denerwował się. - Możemy w tym czasie wykonać zwiad z jego pomocą. 
 Scott pokręcił głową.
 - Zbyt ryzykowne. - odparł. - Musimy jechać do Vancouver tak szybko, jak się da. Mamy jeszcze przy sobie Venus i twoją Kometę. Nie zostawimy tutaj Clary i Susan.
 - Wcale nie powiedziałem, że trzeba je tu zostawić. - oburzył się Corlett. - Ciekawe, czy Aleckowi udało się dolecieć. 
- Miejmy nadzieję... - westchnął Scott, gdy nagle z nadajnika na jego nadgarstku wydobył się głos: - Badaczu, tu Alec. Jestem na miejscu z autobotami na pokładzie, a pod pokładem same metalowce. Istny raj dla lasera! 
Scott wziął głęboki oddech i odpowiedział: 
- Niedługo tam będziemy. Pamiętaj: nie spiesz się, oceń sytuację. Gdy obierzesz cel, wal z grubego działa, bracie! 
 - Zrozumiałem. - powiedział Alec. - Przez chwilę wydawało mi się, że widzę Gallardo na mapie kwantowej, ale może to jest tylko robot do niego podobny. Mają te same nudne barwy; mianowicie granat, czerń, szary... synowie nocy, jak Boga kocham. 
 Scott przewrócił oczami i odpowiedział wolno: 
 - W porządku, zrozumiałem. 
 - Ale widzę tu kogoś jeszcze. - odezwał się po chwili Alec. - Wygląda jak robot Gallardo, lecz... konstrukcję ma raczej mało robocią. 
 - Dokończysz tą relację później. - przerwał mu Scott; tracili cenny czas. - Dołączymy do ciebie wkrótce. 
Scott rozłączył się i spojrzał na Corletta, mierzącego karabin dla siebie.
 - No bracie, mamy nowego gościa wśród starych znajomych... - powiedział. - Będzie tyle ciekawie, co interesująco. 
 - To chyba jedno i to samo. - zauważyła Venus. 
Scott jednak machnął ręką. 
 - Nieważne! Nawet w obliczu zimnej wojny trzeba czasami splunąć żartem we wrogą twarz.
***
Gwardia Maszyn podzieliła się na dwie grupy: pierwsza atakowała napierające autoboty, a druga obierała za cel każdego nieszczęśnika w ogniu walki, który próbował uciec z płonącego miasta. 
 To wyszło na niekorzyść autobotom. 
Co jakiś czas, gdy Alec krążył samolotem nad iście krwawą akcją robotów ostrzeliwał tych, którzy za bardzo ściaśniali krąg wokół autobotów. 
Całą siłą próbował wyprzeć tych, którzy wpadali jak torpeda w wir ognia i strzelaniny. Nawet śnieg nie zdołał schłodzić gorąca tej sytuacji. Roboty, widząc, iż któryś z ich towarzyszy płonie żywcem, zazwyczaj rzucali w niego śnieżką, aby ugasić żar - albo powalali go w śnieg. Jednak taka akcja tylko pogarszała jego stan techniczny, i zaraz potem odsyłano takiego do Inferna, aby skrył go w schronie do końca bitwy. W taki sposób ,,asekurowano'' pięciu robotów, którzy byli wielkimi wojownikami w historii Galaktyki. 
Ale takich przybyło zaraz nieco więcej, chociaż ci, którzy zostali, walczyli nadal zaciekle. Walka trwała już równe pięć godzin, lecz roboty nie okazywały zmęczenia, ani nawet ochoty zaprzestania walki. Walczyły dla swego pana. Lecz Gallardo wiedział, że jeśli Inferno nie byłby z nimi, i tak nie słuchały by go tak pilnie. 
Byli wierni jednemu przywódcy - a Gallarda traktowali jak jedynie jego zastępcę. Robot wiedział, jak wydawać rozkazy - wszakże został stworzony przez Inferna i to Inferno uczył go, jak być przywódcą. Przeczuwał, że zbuduje armię - i że będzie chciał brać udział we własnych misjach. Przez te ostatnie lata tyle się zmieniło... chytry plan (który spalił na panewce), pierwsza wojna od powrotu z Kosmosu, ucieczka, śmierć istoty ludzkiej w ciele Inferna - te wszystkie zdarzenia zmieniły pogląd maszyn na otaczający ich świat. Wiedziały już, że raj upadł - i że nie da się go odzyskać. Więc przyszło im walczyć tylko o honor i wolność - i to właśnie robili. 
 Inferno przez lata podzielał nienawiść do autobotów. Nie ufał im, i zawsze chciał dążyć do budowania własnych maszyn. Dokonał tego nie raz. Zamiast obijać się wypożyczonym autobotem, wolał skonstruować własny pojazd unoszący się ledwie parę cali nad jezdnią. Korzystał z niego, ilekroć potrzebował się przemieścić szybciej niż zazwyczaj. 
Nie podzielali jego pasji bliscy. Zawsze działał sam. Pamiętał, że nikt z istot ludzkich nie udzielił mu jakiejkolwiek pomocy - i później sam też jej nie udzielał. 
Najrozkoszniejszymi dla niego chwilami, były te, w których wracał po pracy do domu - mógł skupić się na tworzeniu tego, co obecnie już miał. Sam zadecydował, że nie pójdzie na emeryturę - wolał pracować do własnej śmierci. Obojętna mu była praca. Najwcześniej - w wieku dwudziestu paru lat - był pomocnikiem szefa organizacji, zajmującej się konstruowaniem nowoczesnych robotów. Potem jego działalność obijała się także o pracownika banku amerykańskiego, hotelarza w stanie amerykańskim Nevada, a potem, gdy dobiegał już czterdziestki zgłosił się do pracy działacza istniejącej i działającej od kilkunastu lat Gwiezdnej Armii. W ciągu swojej pracy w niej brał udział w kilku lotach kosmicznych i naradach. 
Dopiero późniejsze lata uświadomiły mu, iż praca ta nie jest jego przeznaczeniem (mimo to nie odchodził z Armii przez pewien czas, który dokładniej Czytelnik prześledzi w części pierwszej). 
Nie posiadał rodziny, żona zostawiła go, gdy zorientowała się z jakim egoistą ma do czynienia. Te upokarzające fakty niemal złamały jego psychikę, ale nie poddawał się, pracował dalej. Przyszło mu w końcu wraz z Armią badać nieznane globy daleko poza Układem. Zbadali wspólnymi siłami pięć planet, ale gdy przyszła kolej na szóstą - Venus ją wykryła - relacje między nim a Armią zaczęły się psuć (co Czytelnik już zapewne doskonale wie, i zna tego następstwa). 
Wtedy już nic nie było między nimi takie, jak dawniej. 
Inferno, pokonany w pierwszej bitwie i zraniony na duszy mógł tylko uciec tam, gdzie nie ma żadnego członka Armii - bo sam dawno przestał być jej działaczem. Inferno nie chciał wracać do trudnej przeszłości. 
Chciał teraz mieć przed sobą przyszłość. Przyszłość będzie należała do niego. Teraz starość nie mogła go zabić - mógł jedynie zginąć postrzelony. Ale hamował się - nie pchał się w ogień walki. 
Był doświadczonym żołnierzem i wiedział, gdzie leży słaby punkt wroga. Gdy tak patrzył na wybuchające budynki i na autoboty, które ciskały się mimo niebezpieczeństwa w krąg robotów, usłyszał nagle warkot silnika, zbliżający się do pola walki. Wyciągnął z kieszeni lornetkę z dwoma szkłami powiększającymi dwudziestokrotnie obraz. 
Przybliżył do twarzy, pokrętłem z boku powiększył ostrość. 
Wystarczyło mu jedno spojrzenie - wiedział już, co się stało. 
Odwrócił się do Stalrata. 
 - Przybyli nasi drodzy towarzysze. - powiedział. 
- Więc, co teraz? - spytał Stalrat. 
Inferno zmierzył go krytycznym spojrzeniem. 
 - Trzeba ich powitać. - odpowiedział zimno. - Już tam Gallardo ich uściska... 
- A ty? - spytał Stalrat. 
Inferno obnażył zęby, zaciskając je. 
 - Ja przywitam się z moim drogim przyjacielem. Chyba jeszcze pamiętam jego nazwisko...