Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cyberpunk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cyberpunk. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 lipca 2016

III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Siedemnasty

Roboty czuły panikę. 
Wiedziały już, że nie ma z nimi Tacaty, a to w niej dzieliły nadzieję na rychłe zwycięstwo. 
 - Co teraz zrobimy, panie? - pytały. - Trzeba by odszukać i ukarać tą diabelską szkaradę. 
- Więc jej poszukajcie! - zirytował się Stalowa Pięść. - Jak przychodzi co do czego, to wiecie co robić... jak zwykle do czasu... 
Pieniacz podszedł do niego i szepnął do ucha: 
- Wiesz, że bez ciebie nie dadzą sobie rady... są jak dzieci. 
Pięść odepchnął go od siebie. 
 - Zostaw mnie! Znalazły sobie przywódcę...! Cieszcie się, że was jeszcze nie poprzepalałem laserem. 
Roboty natychmiast się cofnęły, nie pojmując jego zachowania. Również przejmowały się zniknięciem Tacaty, a raczej jej ucieczką, ale nie tak bardzo, nie tak wnikliwie jak on. Myślały, że ten oszalał, albo jest nietrzeźwy umysłowo. Jednak musiały mu służyć, bez względu na to, jak okrutne męki będą cierpiały. 
- Co z Tacatą, panie? - spytał jak zawsze wierny Pieniacz. 
Stalowa Pięść spojrzał na niego. 
- Jak to: co? Musimy ją znaleźć, i to rychło. Jeśli trafiła na kogoś z Armii... 
- Nie myśl o tym! - rzucił szybko Stalrat. - Po prostu nie była nas godna. 
Pieniacz syknął pogardliwie. 
- Nie wiesz, co mówisz. - powiedział. - Ona może być kluczem do bram sukcesu nad autobotami. Nie rozumiesz...? Nasz pan wie, co mówi, prawda? - tu spojrzał na Stalową Pięść. 
- Od kiedy ta blacha jest twoim panem? - warknął Stalrat. - Nasz pan nie żyje. 
 - Stary król zawsze znajdzie następcę. - odparł Pięść. - Jeśli nie jest to jego własny syn, to zawsze ktoś z jego dworu wolny się znajdzie. 
Odwrócił się do robotów, spojrzał im w oczy. 
 - Możemy ją znaleźć, o ile mamy przebytą dobrą szkołę. A ukaranie jej należy do mnie. 
 - Mogę ci pomagać w chłoście, panie? - spytał Pieniacz zwilżając wargi językiem. 
- Nie, Pieniaczu. - odparł ostro Stalowa Pięść. - Ale rad jestem, że tak solidnie pociągasz za sobą konsekwencje tej sprawy. Może kiedyś mianuję cię moim następcą... 
Na te słowa służalczy z natury Pieniacz padł na kolana i zajęczał u stóp Pięści: - Tak, panie, nie pożałujesz tego...! Z pewnością wtedy wprowadzę dla ciebie reformę wojska. Będę cię godnie zastępował, zobaczysz, że z takim wojskiem, jakie utworzę zmieciemy autoboty z całego południa, północy, wschodu i zachodu... Nie pożałujesz, panie...! 
 - Przestań skomleć. - warknął Pięść. 
Pieniacz zamarł chwilowo, popatrzył ze strachem na skrzywionych w jego stronę robotów i szybko powstał z klęczek, pocierając zbroję na piersi i chrząkając. 
 - Oczywiście – powiedział już twardym, nieugiętym tonem. - Służę ci, panie. Ja od zawsze byłem, jestem i będę twoim żołnierzem i nawet jeśli razem zginiemy – tym lepiej dla nas, bo byłoby nie w porządku, gdybyśmy umarli, nie znając wzajemnie położenia... dla ciebie wszystko, panie. 
Roboty skrzywiły na ten widok, gdy Pieniacz kłaniał się po raz setny Pięści; uznały że ten podlizuje się przywódcy, aby przypadkiem nie spadła na niego jego ręka. Z tego powodu Pieniacz znalazł się na drugim miejscu czołowej listy znienawidzonych przez robocie wojsko. 
 - Widzicie? - zagadnął Pięść resztę żołnierzy. - Nie ma powodu do obaw. Już mam sposób na tą niewdzięcznicę. 
Roboty jednak spojrzały na niego jak na wariata. 
- Tak? Jakoś nie chce mi się wierzyć... 
 - Znowu ściemniasz... 
 - Ciekawe, czy to nie tylko na twoją korzyść. 
 - Na korzyść nas wszystkich. - odparł Pięść. - Zobaczycie, że jeśli odzyskamy ją, uda nam się zniszczyć autoboty. A jeśli tego dokonamy, przejmiemy kontrolę nad ludnością... tego chciał nasz sławiony pan. Możecie być pewni, że jeśli autoboty wylecą stąd na cztery wiatry, wtedy będziemy mogli pozbyć się Armii. Pamiętajcie, że Inferno będzie na pierwszym miejscu... a może i pospołu egzekwo ze Scottem, nad tym jeszcze nie myślałem... ale sądzę, że tak będzie najlepiej. A co do tej robocicy... wiem już, co robić. 
- Co obmyśliłeś, panie? - dopytywał się Pieniacz. 
 Stalowa Pięść uśmiechnął się mściwie i odrzekł powoli, okrążając roboty: 
 - Pod osłoną nocy, kiedy skończyła swój dyżur przy urządzeniu wykrywającym, uśpiłem ją zastrzykiem substancji, którą pobrałem ze swojego laboratorium. Skończyłem opracowywanie funkcjonarzu nadajnika, który wczepiłem w jej system umysłowy (tak roboty nazywają mózg). Wcześniej prowadziłem przez kilka miesięcy badania nad substancją mikroskopijną, która ,,wczepiona” w czyiś umysł daje kontrolę myśli tej osoby przez tego, kto zainstalował jej urządzenie. Ponadto może wpływać na czyny kontrolowanej osoby... może nawet wyczyścić jej pamięć o pewnym fragmencie jej życia... dzięki temu Tacata będzie w pełni nam służyła, nawet jeśli będzie u McDavida. 
Roboty były niebywale zaskoczone tym pomysłem. Czuły teraz, że Pięść jednak podejrzewał ucieczkę Tacaty i dlatego to zrobił. 
 - Czemu tedy zmuszasz nas, abyśmy jej szukali? - spytał Pieniacz. - Możesz przecież sam rozkazać jej wracać. 
Pięść pokręcił głową. 
- Obawiam się, że będę potrzebował waszej pomocy. - powiedział. - Jesteśmy wojskiem, czy nie?.. Nie zawiedźcie mnie. 
- Oczywiście, panie. - odparły chórem roboty.
***
O świcie Kometa wraz z Venus zapukały do drzwi gabinetu Clary. Były bardzo wzburzone. 
Obie autobotki zaczęły się wzajem przekrzykiwać, oskarżając między wersami Scotta i ją również, dowódczynię, o obecność Tacaty. Obie były tak rozgniewane, że nawet nie syczały na siebie wzajemnie, że sobie przerywają wypowiedzi. Taki wulkan zdań mógł się wydawać śmiesznie skrajcowany, jakby tego słuchać, stojąc z boku, ale sytuacja zrobiła się zbyt poważna. 
- Nie sądzę, aby jej obecność miała dobry wpływ na naszą współpracę! - oburzała się Venus. 
 - Widać, że Pięść mógłby być jej partnerem. - dodała zaraz Kometa. - Została przez niego uwolniona. Przecież nasi przodkowie umieścili ją na Subrynie dożywotnie, aby poniosła karę za spiski i morderstwa przeciw autobotom i Armii. 
- A czy wiadomo, do czego jest jeszcze zdolna?... 
 - Skłóci nas wszystkich ze sobą! 
- Ona tylko czeka, aż ja ze Scottem będziemy patrzeć na siebie wilkiem... 
- I ja z Corlettem... 
 - To przebiegła wiedźma i nie można jej ufać... 
- Ja bym na miejscu Inferna od razu ją zarżnęła... 
Clara jak każdy człowiek, nie była zdolna słuchać dwu rozmówców naraz, więc krzyknęła: 
 - Uspokójcie się obydwie! Zachowujecie się gorzej od robocich głąbów!... Pomyślcie sobie: jakim cudem jest możliwe takie posunięcie? Być może macie rację. Ale tak czy inaczej, trzeba by przyłapać Tacatę na gorącym uczynku – jakby ośmieliła się strzelać do Inferna, albo grzebać w danych naszych komputerów – wtedy możemy ją dyskwalifikować... Ale co możemy począć w tej sytuacji? Cały czas słyszę od was skargi, ale cały czas są to skargi nieuzasadnione... Musimy mieć dowody. 
Autobotki umilkły. 
Przyznawały Clarze rację. Wiedziały, że konieczne jest zebranie dowodów i przedstawienia ich Armii. Tylko wtedy mogli podjąć dalsze kroki. 
Lecz nie tylko autoboty uważały Tacatę za niepoczytalną. Scott już wiele razy słyszał ostrzeżenie tego typu od cyborga. 
Inferno też jakby wyczuwał czającą się w Tacacie zgubę. Chciał, aby wreszcie męskie autoboty nie zwracały na nią uwagi, bo widział, że autobotki były zazdrosne może nie w sensie uczuciowym, a zawodowym. 
 - Popełniłem wielki błąd. - powiedział Scottowi Inferno siedząc skulonym w fotelu. - Ona rzeczywiście ma nawet wiele wspólnego z Pięścią. Clara zawsze musi podejmować właściwą decyzję właśnie wtedy, gdy dostrzeże minusy swojego działania. 
 - Każdy uczy się na błędach przez całe życie, Inferno. - odparł Scott. - Nawet starzec ich nie uniknie. 
 Inferno zakrył dłonią usta i spojrzał w bok, wyraźnie zamyślony. Sądził, że on sam mógł odpowiedzieć za każdy błąd Tacaty, bo w końcu on, z racji tej, że robocica najbardziej się go bała, został jej strażnikiem i kontrolerem. 
- Nie wiem, McDavid, czy to my będziemy się uczyć na błędach Tacaty... Ale to jest możliwe. Nigdy nie wiadomo, co nas spotka. Z robotami nigdy nic nie wiadomo. 
Scott pokiwał wolno głową. Nawet nie przypuszczał takiego rozwoju sytuacji. Sądził, że rzecz miewa się inaczej, niż się tego raczej wszyscy spodziewali. 
A jednak Kanada cały czas ich zaskakiwała. Armia nabrała siły, lecz teraz bardziej skupiała się na badaniach, niż walce. Jej członkowie nieśli kolejne wykonane analizy do wydziałów ufologii i kosmologii, aby ci dogłębnie zbadali inne obiekty we Wszechświecie niż ,,sąsiedzi” Ziemi z Układu Słonecznego. Można by przypuszczać, że nie tylko na Ziemi miało prawo rozwinąć się życie. 
Wiara zaś w istoty wyższe była już swego rodzaju religią, która rozwinęła się jeszcze ponad sto lat temu, czyli w dwudziestym drugim wieku. Inferno miał rację – Kościół upadał, a bogów znów było wielu – byli to bogowie tak samo potężni, lecz ludzie też inaczej ich sobie wyobrażali. 
Scott spojrzał w zamyśleniu na cyborga. Wydawało mu się niemal oczywiste to, co usłyszał od niego na temat religii. Nauka płynąca z tej wiary była pojętna jedynie dla tych, którzy wyjątkowo głęboko ją rozumieli. A tutaj rozum był potrzebny, aby pojąć niektóre rzeczy z reguły niepotrzebujące dłuższego wytłumaczenia. Ludzie poprzez rozwój kultury i nauki mogli zbadać więcej, i więcej przekazać przyszłym pokoleniom. 
Inferno spojrzał na swoje na wpół robocie ręce, i westchnął. 
- Sądzę, że twoja wiedza o robotach w połączeniu z naszą da nam szansę na przeżycie największej burzy wojennej. - powiedział Scott. - Dlatego Armia istniejąca od stu pięćdziesięciu pięciu lat (od 2145 roku) powinna chronić dalsze pokolenia, które przyjdą tu kiedyś zająć nasze miejsce. Pokonamy największe przeszkody... zawsze dawaliśmy radę. 
 Cyborg kiwnął głową, dotknął przez chwilę bok głowy, gdzie miał zloty na przewody umożliwiające mu połączenie z komputerami w stowarzyszeniu. 
Spojrzał na Scotta ciepłym wzrokiem – właściwie po raz drugi może od całych jego dwóch wcieleń. Jego głęboki bursztynowozłoty kolor oczu odbijał światło, którego nie było za oknem – to światło było po prostu. Gdy tak patrzył, powoli jego ręka uchwyciła rękę ludzką i ścisnęła. 
Na jego starczej twarzy pojawił się z wolna uśmiech. Scott widział też ten uśmiech w jego oczach – a jego oczy, muśnięte błękitem nieba również się śmiały.







sobota, 16 kwietnia 2016

III. Międzyplanetarna misja: Rozdział Siódmy

Scott cierpiał, widocznie cierpiał. 
Dla niego Armia nie była już tak istotna. Nie chciał słyszeć słów otuchy. Bardzo się zbliżył z byłym działaczem, bardziej niż kiedykolwiek z Corlettem. Wiedział, że inni członkowie Armii też to zauważyli. Ale nie wtrącali plotek, co dobrze o nich świadczyło. 
 Scott wyczuł, że jednak więcej łączy go z Infernem, niż z Corlettem. 
Obaj mieli trudne dzieciństwo i obaj musieli walczyć o własne prawa. 
 Z początku wydawałoby się, że jednak nie będą raczej sobie życzliwi, bo przecież dawniej byli sobie wrogami. Ale w końcu obaj w porę przebaczyli sobie przeszłość – dlatego Inferno znów dołączył do Armii. 
Było to dla cyborga nadzieją na lepszą przyszłość – chciał pomóc Scottowi, bo widział jego codzienny ból. 
Martwił się też Corlettem – czy Kometa rzeczywiście z nim odeszła? 
 A może zbuntowała się przeciw swojemu stwórcy? 
Nie wiadomo – poza tym Corlett nie budował autobotki sam. Zastanawiał się, jak na to wszystko zareaguje Alec. Wśród członków Armii panowała niemiła, chłodna atmosfera. Wszyscy już wiedzieli o odejściu Corletta Bluegotta. Nie chcieli obwiniać ani Scotta, ani kogokolwiek innego, chociaż już znali całą prawdę. Uważali, że to sam Corlett powinien za to wszystko odpowiedzieć. 
 - Tak się nie traktuje człowieka. - mówili. - Zawsze był taki niedojrzały... jeżeli więc chce, abyśmy go traktowali jak mężczyznę, to niech wpierw przeprosi Scotta na naszych oczach. On go w końcu spoliczkował, zgadza się? 
Inferno popierał te słowa, ale milczał. 
Scott siedział skulony otoczony przez działaczy stowarzyszenia, których tak dobrze znał. Żadnego z nich nie znał jednak tak dobrze, jak utraconego przyjaciela. Bał się, że to koniec dawnych, dobrych dni... wszystko na to wskazywało.

***

Clara też widziała cierpienie Scotta. 
Rozumiała je niemal tak głęboko, jak Venus i Inferno. 
Jednak Scott nie chciał z nikim rozmawiać. Wydawało się jej, że popadł w głęboką depresję. To umocniło jej strach i obudził instynkt macierzyński. Chciała pomóc Scottowi przebrnąć przez ten ciężki okres. Lecz jej starania niestety okazały się nieskuteczne. 
Scott nadal starał się pracować, zaprzestając myśleniu o Corlecie, ale to nie było łatwe. Każdego dnia walczył z silnymi emocjami, co zauważyła bez trudu troskliwa i wrażliwa Venus. 
Z początku myślała, że jej stwórcę dręczy zmęczenie, lecz po rozmowie na osobności z Clarą i Infernem, dowiedziała się, o co tak naprawdę chodziło. Bardzo współczuła swojemu stwórcy. Starała nawiązać z nim kontakt słowny, lecz Scott spławiał ją uprzejmie, mówiąc, że nic się nie stało. Ale autobotka wiedziała, że jest inaczej. Była załamana jego stanem. 
Podczas posiłku Scott też milczał na ten temat. Czuł, że nie jest w stanie tego jej opowiedzieć. Ale autobotka naciskała go przy każdej okazji, zachowując jednak uprzejmy ton głosu. Mijał już równy tydzień od kłótni Scotta z Corlettem, lecz nic się nie zmieniło. Scott w poddańczy sposób wykonywał polecenia Clary, jakby musiał je zrobić od zaraz, chociaż Clara nie miała zapalczywego charakteru. Wykonywał starannie i sumiennie swoją pracę, za co otrzymywał należytą zapłatę, jak wszyscy badacze i działacze. Oni zaś zauważyli, że Scotta coś gryzie, i to poważnie. 
Pewnego dnia, Clara poprosiła Scotta na rozmowę na osobności. 
Poprosiła, aby usiadł i dla przyjaznego rozpoczęcia słowa, zapytała, czy nie napiłby się herbaty. Scott jednak odmówił. 
- Ostatnio coś się z tobą stało. - powiedziała powoli. - Coś złego. I to tak złego, że przykro patrzeć na twoje cierpienie. Naprawdę nie chcesz pozbyć się tego ciężaru, który w tobie siedzi? 
 Scott milczał, wzrok wbijając w stolik stojący między fotelami, na których siedzieli naprzeciw siebie w biurze Clary, kiedyś należącego do Susan. Clara patrzyła na powolne ruchy Scotta – widziała, jak pocierał nadgarstki ze zdenerwowania. 
 - Jesteśmy przyjaciółmi. - powiedziała Clara. - Możesz mi wszystko powiedzieć. Czy naprawdę sądzisz, że Inferno wie, jak potężna więź łączyła cię z Corlettem? Nie wie tego... bo nigdy się w to nie zagłębiał. 
Scott spojrzał na nią. 
- Zaprzeczasz temu, że teraz jest po naszej stronie? - spytał. 
 - Nie, wcale nie. - zaprzeczyła Clara. - Po prostu, jak odszedł z Armii i przystał do własnego wojska, po części zapomniał, kim są wobec siebie członkowie naszego stowarzyszenia. I mimo to, iż ma lepszą pamięć w ciele cyborga... jego ludzka pamięć o pewnych rzeczach zanikła. Wcale nie powiedziałam, że to źle iż dzielisz się z nim odczuciami... ale wydaje mi się, że zaczynasz ufać tylko jemu, a nas odrzucasz. 
Scott jednak nadal milczał. Rozważał w myślach słowa przyjaciółki i wiedział że ma rację. Ale jakoś wstyd mu było, się do tego przyznać. 
 - Wiesz, że jeśli my wszyscy zaczniemy się od siebie odwracać, Armia upadnie na dobre. Już widzę (i aż strach mnie bierze) jak nasza kwatera pustoszeje, gdy tak dalej będą układać się sprawy... Biedna Susan z pewnością przewróciłaby się w grobie. 
 Scott zaciskał pięści, oddychał głęboko, przygryzał raz po raz wargę... 
Ale mimo wszystko starał się opanować gniew. 
Na co dzień był jednakże spokojnym człowiekiem, ale gdy wpadał w złość, nie szczędził przekleństw i ostrych słów. Można nawet uznać, że charakter odziedziczył po połowie po obojgu rodzicach – Angela McDavid była spokojną i życzliwą kobietą, zaś Steven, mąż Angeli potrafił być wybuchowy. 
Jednakże Steven był troskliwy i odpowiedzialny. Wiedział, że syn musi się kształcić i dlatego szukał dla niego po całej Kanadzie najlepszej szkoły, gdzie Scott będzie się dobrze czuł. Podczas, gdy autoboty Stevena pomagały jego żonie w obowiązkach domowych, on myślał nad przyszłą edukacją syna, aż poprzez okres wojny z robotami – myślał, że gdy wróci na Ziemię, będzie mógł rozpocząć naukę. Ale potem przyszła tamtejsza wojna, która przerwała spokój i szczęście rodziny McDavidów. 
Po śmierci obojga rodziców Scott w dalszym ciągu nie rezygnował z pracy w Armii. Pracował tam aż do dnia tutejszego. Clara znała jego trudną przeszłość. Wiedziała, że rzadko doznawał prawdziwego szczęścia, nawet jeśli miał u boku Venus. Życie nie było dla niego łaskawe, chociaż był wdzięczny Armii, że nie zginął w wojnie z robotami. Wiedział, że częściowo to Inferno ocalił mu życie. 
- Nie chcę upadku Armii. - powiedział w końcu Scott spoglądając Clarze w oczy. - Wiem, że czasami nawalałem i do dziś nie mogę sobie tego wybaczyć. Ale żeby Corlett zrobił mi coś takiego... nie mogę sobie tego wyobrazić.

>>>

Cześć, Kochani :)

Jak widać, wróciłam z pisaniem, lecz nadal potrzebuję oznaki, że to co tutaj tworzę jest w miarę ,,publiczne” czyli dobre. Mam mieszane uczucia do tego opowiadania. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy pisanie bloga-opowiadania się opłaca. Pomóżcie mi to rozstrzygnąć.

Jeśli ktokolwiek to czyta, niech pisze swoje sugestie na ten temat, czy nadal to rozwijać, czy nie.
Nie chcę być nachalna, po prostu chce mieć wszystko wyjaśnione czarno na białym, czy jest sens pisanie Gwiezdnej Armii.
Miłego dnia, Kochani :*













sobota, 27 lutego 2016

III. Międzyplanetarna misja: Rozdział Szósty

Corlett odjechał do swojego domostwa na skuterze. 
Wciąż rozpierał go gniew i rozżalenie. Minęło kilka godzin, odkąd pokłócił się ze Scottem. Nie miał pojęcia, co robić. Czuł, że poczucie winy rozerwie mu serce... lecz w głębi wiedział, że nie może wydobyć z siebie znajomego tonu, wyrażającego skruchę... nie mógł. 
Boleśnie rozpamiętywał moment wybuchu tak bezmyślnej złości... i tego, że uniósł rękę na najlepszego przyjaciela... nieważne, że starszego... właśnie świadomość tego, że osoba, którą uderzył w twarz była mu przez tyle lat tak bliska... bliższa niż rodzeństwo, była tak bolesna, boleśniejsza niż najgorszy ból fizyczny. Nie dzielił się z Kometą tym bólem, ale autobotka wyczuła, że coś go trapi. Lecz zdenerwowany Corlett nie dawał jej dojść do słowa. Wogóle nie chciał jej słuchać. 
- To tak traktujesz swojego autobota? - spytała z wyrzutem Kometa. - Scott z pewnością nie traktuje tak Venus... aż zaczynam wątpić, czy jeszcze zechcesz być mi kimś więcej, niż tylko stwórcą. 
 - Ty tego nie rozumiesz, Kometo. - odparł Corlett. - Nie potrzebuję współczucia. 
Kometa przekręciła głowę.
 - Że niby czego nie rozumiem, Corlett? Że nie wiem, jak bardzo tego żałujesz? Chyba naprawdę nie znasz natury autobotów... 
Corlett spojrzał na nią ze złością. 
 - Niczego nie żałuję, Kometo. 
 - Nawet bolesnego znieważenia najlepszego przyjaciela? 
Corlett zerwał się gwałtownie i kopnął krzesło, aż przeleciało przez pokój. Kometa nie poruszyła się. Na twarzy Corletta malował się gniew połączony z dzikim bólem. Jego źrenice miały niezdrowy blask. 
Odwrócił się do niej i rzekł z gniewem w głosie:
 - Myślałem, że mnie poprzesz... ale najwidoczniej się myliłem. 
 - W czym mam cię popierać? W poniżaniu własnego przyjaciela? Znaliście się tyle lat... i nagle chcesz to wszystko przekreślić? 
 Corlett milczał. 
 - Nie wiem, jak zamierzasz tak żyć. - powiedziała Kometa. - Wiem, że może być ci ciężko, ale po to są przyjaciele, aby się tego ciężaru pozbyć. Spojrzała na Corletta. - Powinieneś wydorośleć. - powiedziała autobotka. - Nie jesteś już dzieckiem... powinieneś porozmawiać ze Scottem. 
Corlett drgnął. W myślach rozważał słowa autobotki. Postanowił, że najpierw powinien rozmówić się nie ze Scottem, a z Infernem. Taki był teraz jego plan. Nie zamierzał go ujawniać... bo po co? I tak nic z tego nie wyniknie. 
Najpewniej jest ufać sobie samemu.

***

- Wejdź. - powiedział Inferno, gdy usłyszał rano pukanie do drzwi. 
Nie mógł spać tej nocy. Klamka opadła i do pokoju wszedł Scott. 
Cyborg powitał go nadzwyczajnie – nie za wesoło, nie zbyt sztywno, ale też nie lodowato. Scott wciąż jeszcze miał w pamięci wydarzenie sprzed kilku godzin, i to tak zakodowane, jakby stało się to przed chwilą. Nie mógł pozbyć się zmartwionego wyrazu twarzy. Inferno dostrzegł to od razu. 
 - Coś cię męczy, przyjacielu? - spytał. - Może się napijesz? 
 Inferno uruchomił specjalną maszynę, która metalową łapką ustawiła szklankę i postawiła pod małym kranem. Następnie sama mechanicznym ruchem przekręciła kurek. Gdy napełniła szklankę wodą, Inferno podał ją Scottowi. Mężczyzna wziął szklankę, wciąż jeszcze tak poruszony, że nie podziękował. 
- Śmiało, wyrzuć to z siebie. - zachęcił go łagodnie Inferno. - Jak się tego nie pozbędziesz, pożre cię od środka, słowo daję. 
Scott wiedział, że Inferno ma rację. Ale trudno mu było się otworzyć po tak głębokim szoku. Cały czas miał przed oczami zirytowaną twarz Corletta i niemal czuł, jak (po raz drugi) uderza go w twarz... 
Nie wiedział, jak zacząć. Pociągnął ze szklanki łyk i westchnął. Było mu naprawdę ciężko. Inferno jednak potrafił uzbroić się w cierpliwość, co było prawie niemożliwe w jego poprzednim wcieleniu. 
Scott jednak, zanim nabrał odwagi i ,,siły wymowy,, musiał wypić jeszcze jedną szklankę. 
- Coś złego dzieje się z tobą, Scotty. - powiedział Inferno. 
- Nie ze mną, a z nami wszystkimi. - odezwał się Scott. 
Inferno chwycił go za ramiona i poprosił, aby usiadł. 
Scott odstawił pustą szklankę na stolik. Gdy usiadł, Inferno powiedział powoli: 
 - Nie możesz tak postępować, Scotty. Wszyscy zaczniemy się sobie rzucać do gardeł, jak człowiek człowiekowi nie powie, co mu leży na sercu. 
 - A ty czujesz się człowiekiem? - spytał Scott. 
Inferno wzruszył ramionami. 
 - Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Może... ale jeśli już, to dobrym człowiekiem. Tak naprawdę cyborgowie nie są oddzielną rasą, a zaliczają się do swego rodzaju społeczeństwa... Nie chciałbym, aby cyborgowie przejęli władzę nad ludzkością... 
Scott spojrzał w jego piwne oczy. 
 - A więc ludzie wciąż wiele dla ciebie znaczą. - powiedział. 
 Cyborg kiwnął głową. 
 - Dokładnie. Teraz w rozwoju ludzi przeszkadzają tylko roboty. Sądziłem,że uda nam się ich ocalić... 
Scott położył mu dłoń na ramieniu. 
- Udało nam się to już dwa razy z rzędu. - powiedział. - Wiesz, że musieliśmy ratować kraj przed gorszymi kataklizmami. 
Inferno kiwnął głową. 
Żałował, iż wcześniej nie zorientował się w planach robotów i nie odszedł od nich wcześniej. Zdawał sobie jednak sprawę, że przeszłości nigdy nie da się zmienić. A jego przeszłość... była tak zmienna. 
 - Chciałbym się jeszcze na coś wam przydać. - powiedział cyborg. - Wiem, że Clara mogłaby się na to nie godzić... 
 - A na co? - spytał Scott. - Przecież walczymy razem... sam chciałeś walczyć po naszej stronie. 
Cyborg spojrzał na niego i przez chwilę wydawało się Scottowi, że widzi go w ciele ludzkim, lecz dużo starszego, zmęczonego i pokonanego... Widok ten budził powszechne współczucie. Sebastian Patricia patrzył na niego smutno i kiwał wolno głową, jakby przyznawał mu rację, iż wkrótce umrze. 
- Chcę nadal walczyć. - powiedział nie cyborg, a starzec. - Lecz mimo wszystko czuję się pokonany przez czas... umrę niechybnie, jeśli roboty przejmą Kanadę... zrozum, Scott... 
Jego spojrzenie zdawało się gasnąć... Jego głowa opadła na piersi, a on sam zdawał się padać na ziemię, ale Scott w porę przytrzymał go za ramiona. 
 - Odpocznij, przyjacielu. - powiedział łagodnie. - wkrótce zmienimy ten świat na lepsze. Inferno spojrzał na niego już jako cyborg i dotknął jego ramienia – tego samego, na którym miał tatuaż jedności z autobotami (rękę ludzką ściskającą w pokoju rekę autobota). 
- Nauczyłeś mnie być dobrym człowiekiem. - powiedział. - Znak jedności będzie odtąd naszym hasłem. Chcę ci towarzyszyć, bez względu na wszystko... nawet na śmierć. 
Scott objął cyborga, czując łzy w kącikach oczu. 
- Corlett odwrócił się od nas. - powiedział. - Wciąż nie mogę uwierzyć, że to zrobił. 
Cyborg był bardzo zszokowany tym faktem. 
- Nie możemy tak po prostu machnąć ręką na jego odejście. - powiedział. - Musisz go przekonać, aby do nas wrócił. 
- Nie dało rady. - powiedział Scott i opowiedział cyborgowi od początku całe zajście. 
- Myślisz... że mógł zabrać ze sobą Kometę? - spytał cyborg, gdy wysłuchał wszystkiego. 
 - Musiał. - odparł Scott. - Przecież Kometa należy do niego. 
Inferno nie mógł wydusić z siebie słowa. Nie sądził, że Corlett będzie go posądzał o własne odejście. Owszem, nie darzył go wielką przyjaźnią, lecz mimo to starał się sprostać oczekiwaniom dowódczyni. 
Gdy Inferno odszedł, aby odpocząć, Scott przesiadywał w swoim pokoju. Nie mógł zasnąć. Strasznie męczyło go sumienie. Starał się jakoś poukładać to wszystko w głowie, ale niestety, to nie było łatwe. Zbyt potężny cios spadł na jego ducha... martwił się. Obawiał się już tak złych rzeczy ze strony odejścia Corletta, że zaczął żyć w nieprzerwanym strachu. 
Rzadko rozmawiał z Aleckiem, swoim najlepszym przyjacielem, a jeszcze rzadziej z Venus – jedyną istotą, którą darzył ogromną sympatią, a nawet miłością braterską. Zamknął się w końcu w sobie i zaczął unikać jakichkolwiek kontaktów, co zaalarmowało Venus, że stało się z jej stwórcą coś naprawdę złego.
***
Stalowa Pięść wracał już na Ziemię z robotami. 
Z Tacatą u boku. 
Czuł mściwą satysfakcję, że udało mu się zdobyć do wojska tak wspaniałą wojowniczkę. W tym czasie, jak odbywali podróż przez Galaktykę do Drogi Mlecznej, Pięść opowiedział jej o cyborgu i jego zamiarze zemsty na nim. Tacata chętnie na to przystała i obiecała, że pomoże mu w jego unicestwieniu. Szybko odnalazła się w nowej sytuacji. Miała wręcz wrodzoną zdolność szybkiego przystosowania się do nowych warunków. Okazało się jednakże, że znała ojca Scotta – Stevena McDavida (poślubił on matkę Scotta Angelę, z domu Easton), który był niegdyś działaczem Armii do 2265 (wtedy urodził mu się syn). Steven odchował Scotta aż do tragicznej śmierci – w tym czasie pracował w innych instytucjach, jeżdżąc głównie do stolicy kanadyjskiej, Ottawy. 
Zawsze popierał działalność Armii, chociaż nigdy nie był jej członkiem. Dbał o swoją rodzinę, a najbardziej troszczył się o Scotta. Nauczył syna trudnej techniki budowania autobotów, dzięki temu Scott stworzył później Luke'a i Venus. Zmarł zarażony nieznaną chrobą (w 2280 r.) po przylocie z badanej planety. Angela McDavid popełniła samobójstwo jedenaście lat później – lekarze śledczy wykazali, że najprawdopodobniej przedawkowała lekarstwa należące do męża, a sama była zdrowa. Scott kończył wtedy dwadzieścia sześć wiosen – i jego melancholia rozpoczęła się na nowo, trwając przez kilka lat. 
Dorastając na pokładzie statku kosmicznego, Scott tęsknił za rodziną, której już właściwie nie miał. U boku miał jedynie autobotkę, Luke'a Susan, Clarę i Corletta – lecz to właśnie oni pomogli mu przetrwać te ciężkie czasy. Dołączając do Gwiezdnej Armii, odzyskał nadzieję na lepsze życie. Wiedział, że pracując w tej instytucji uszczęśliwi (pośmiertnie) rodziców i zapewni sobie lepszą przyszłość. Tacata jednak wyznała robotom, że gdzieś słyszała o synie McDavidów, lecz nigdy nie widziała go na oczy. 
- Kiedyś w prasie rozpowiadali, że McDavidowi urodzi się dziecko. - powiedziała. - Ale ja jakoś nie mogłam dać temu wiary. 
- To wojownik Armii. - powiedział Stalowa Pięść. - Aż dziwne, że o nim nie słyszałaś. 
Tacata wzruszyła ramionami. 
 - Może i tak. W każdym bądź razie, moc Armii rosła tak prędko, że nawet autobot nie zauważał, że tymczasem urodzi się wojownik... 
Stalowa Pięść popatrzył na roboty. 
 - Być może. Ale wiadomo, że zarówno on, jak ten zdrajca Inferno żyją. Tacata zmrużyła oczy. 
- Och, widać, że nawet bardzo znienawidziłeś swojego byłego szefa, co? Stalowa Pięść odwrócił się do niej. 
- Nie ma się co dziwić. - syknął. - Ufałem mu... i chyba z wzajemnością. Powtarzał mi, że jestem mu najcenniejszy... 
Tacata milczała. 
Pięść bardzo szybko mówił, niemal gorączkowo. Roboty zaś wiedziały, że ta mowa nie wynikała ze zwyczajnego zdenerwowania. Nadal pragnął mieć Inferna za swojego przywódcę. To pragnienie jednak przeistoczyło się w obsesję, z której nie mógł uciec. Tacata oczywiście tego nie wiedziała, więc uznała go za szaleńca. Lecz wolała nie wymawiać tej kwestii głośno. 
 Stalrat czuł niechęć do robocicy. Nie uważał jej za nadzieję w wojnie przeciw autobotom. Nie zamierzał jednak mówić tego Pięści. Miał cichą nadzieję, że inne roboty go poprą. 
Nie był powszechnie lubianym członkiem wojska. Zazdrościł Czarnej Kobrze i Pieniaczowi, którzy najszybciej przywykli do nowego otoczenia. 
I ich przyjęto. 
Stalowa Pięść jednakże pamiętał, że za czasów przywództwa Gallardo, to on był jego zastępcą, co uważał za wielki zaszczyt. Przez to zachwalał się robotom i w odpowiedzi otrzymywał te wszystkie złośliwe obelgi. 
Pieniacz z niepokojem spoglądał na Pięść, jakby się obawiał jego wybuchu gniewu. Czuł, że dzieje się z nim coś, co nie powinno się dziać, chociaż nie potrafił sam tego nazwać. Nie miał pojęcia (ludzkiego) o uczuciach. Dlatego też, że jego pierwowzorem był Gallardo, zawsze chciał być taki jak on – zimny, nieugięty, okrutny. Nawet w latach przywództwa Inferna, nie potrafił starcowi okazać jakiegoś szacunku. Ale za to jego (Stalową Pięść) darzył czcią, zapewne dlatego, że należeli do tej samej ,,rasy,, . 
Niepojęte było jego nastawienie do świata. Nawet Inferno nie potrafił nigdy tego rozwikłać. Dawniej, miał większą kontrolę nad robotami. 
Stalowa Pięść wiedział jednakże, że stosunek robotów wobec niego wiąże się ze śmiercią Gallardo. Świat dla nich się zatrzymał – nie mieli przyszłości. Ale on, tak samo jak Inferno przekonywał, że przyszłość będzie dla nich. Że nic ich nie powstrzyma. Ale dla innych robotów, były to puste słowa.



środa, 16 grudnia 2015

III. Międzyplanetarna misja: Rozdział Czwarty

Corlett przesiadywał samotnie coraz dłużej w swoim pokoju w kwaterze. Nie chciał z nikim rozmawiać, nie chciał nikogo widzieć. 
Był zirytowany z powodu załogi, która wyraźnie dała mu do zrozumienia, iż jest niedojrzały. Nie chciał widzieć się nawet z Kometą. 
Cierpiał, cierpiał głęboko i ,,przeżerał,, w sobie ten ból. Nie mógł zazwyczaj sobie poradzić z taką presją i dla złagodzenia gotujących się emocji kopał wszystko, co napotkał leżące mu na drodze. Nie znosił, jak to robi, ale jakoś musiał rozładować frustrację. Siedząca w nim uparcie obca energia nie znajdowała ujścia, i ,,zżerała go'' od środka... to było dużo gorsze od bólu fizycznego. Ludzie od stuleci musieli zmagać się z takim właśnie bólem. Ból taki czasami był dla nich gorszy niż śmierć, blokował rozum, zdrowy rozsądek... 
Takie uczucie od zawsze było przez ludzkość przeklinane, lecz mimo to nadal istniało. Człowiek nie potrafił się go pozbyć na zawsze, chociaż starał się wielokrotnie. Wydawać by się mogło, że ludzie jeszcze nie są tak silni, jak powinni być... przyszłość jeszcze nie nadeszła. 
Przyszłość wciąż jest niewiadomą. 
Czuł to każdy Kanadyjczyk, każdy Amerykanin, mieszkaniec każdego zakątka świata... 
Wiedzieli, że z dnia na dzień świat nie jest taki sam. Że każdego dnia muszą się zmierzyć z nowymi lub powtarzającymi się problemami... czemu tak jest? Gdyby ludzie chcieli, świat nie byłby taki zły. Ale odkąd człowiek pojawił się na świecie, cały czas coś się zmienia pod jego wpływem. Ludzie uczyli autoboty szacunku do zmian tego świata. Wiedzieli, że tak czy owak oni odejdą, a autoboty zostaną, aby obraniać ich dzieci, wnuki, prawnuki... i tak całe pokolenia, aby one tworzyły nowe autoboty. Tak już było od ponad dwustu lat, bo wtedy zaczęły naradzać się takie same autoboty, jakie naradzały się obecnie w 2300. 
Roboty mimo iż były coraz nowocześniejsze, i tak uważały się za najstarszy rodzaj sztucznej inteligencji. Od początku swojego istnienia chciały objąć władzę nad ludnością. Społeczeństwo jednak obroniło się samo i zaprzestali na jakiś czas produkcji nowych robotów, co wstrzymało rozwój nie tylko energetyczny, ale i elektroniczny oraz przemysłowy. 
Ludzie jakoś przetrwali ten kryzys bez robotów, ale wtedy właśnie narodziły się pierwsze autoboty. Dwieście lat temu pierwsze autoboty były wprawdzie słabe, lecz z upływem miesięcy i potem lat, stale na światło dzienne wychodziły coraz to nowe cuda techniki. 
Roboty nie uznawały tego świeżego jeszcze wynalazku. I tak oto zbuntowały się przeciw swoim panom i od tego czasu dążyły do zniszczenia ,,wielkich maszyn,, jak je grupowo nazywali. Z roku na rok autobotów przybywało, wybuchały konflikty, które przeradzały się w wojny... ale zarówno ludzie, jak i autoboty przetrwali. A roboty kryły się, rządne zemsty. 
Corlett wspominał te trudne chwile, szczególnie te, o których opowiadał mu Scott: niszcząca wojna dwu superinteligentnych maszyn, wtedy za jego dzieciństwa, a w wojnie tej ,,dorastała'' Venus. 
 Corlett chciał w jednej chwili, aby Gwiezdna Armia jednak się rozpadła. Miał dość bezsensownego jego zdaniem ryzyka. Miał oczywiście możliwość odejścia z Armii, lecz w ten sposób zerwałby nić sympatii między nim a Kometą. Nie wiedział, czy autobotka po takim manifeście byłaby w stanie jeszcze do niego przemówić. Nie wierzył w to. Corlett stał się nieufny, chociaż nigdy taki nie był. Nie chciał być już ani po stronie Armii, ani po stronie Scotta (chociaż nie czuł związku z robotami, nadal traktował ich jak wrogów) – chciał być wolny, sam o sobie decydować. Inaczej nie widział dla siebie przyszłości. 
Nie myślał już o tym, co powiedziałaby do niego Kometa. Nie chciał słyszeć od niej żadnego słowa, dobrego czy złego. Postanowił, że teraz, kiedy wkroczył już w odpowiedni wiek, może dokonać tego, co chciał zrobić od bardzo dawna; usamodzielnić się, stać się niezależnym od Armii. Wiedział, że to jedyna droga. 
 - Corlett? - jego przemyślania przerwał głos Scotta. 
Odwrócił się do niego. 
- Czego chcesz? - spytał. Scotta nie zdziwił jego zbyt dobitny jak dla niego ton; taki, jakby go o coś oskarżał. 
Jednak zachował postawę i nie odpowiadał tym samym, ponieważ wiedział, że nie tędy droga. Starał się dotrzeć do jego udręczonego ,,wnętrza'' drogą pokojową.
 - Posłuchaj – powiedział łagodnym tonem, wpatrując się w jego twarz. - Wiem, że irytuje cię postawa niektórych z nas. Ale ja nie uważam tak jak oni. 
- Czyżby? - spytał ironicznie Corlett. - Wiem, o czym rozmawiasz z Clarą za moimi plecami. I jak sądzę, Inferno też chętnie się przyłączył do tego dialogu.
 - Zbyt wiele wiemy o sobie nawzajem, aby stawiać takie hipotezy. - powiedział Scott. - A Inferno... przecież znasz jego historię, wiesz, przez co przeszedł. Nie chciał podświadomie naszej śmierci... i dzięki temu, że odnalazł się w ogniu walki z robotami, stoi teraz po stronie Armii, nie Pięści. Inferno po prostu od zawsze taki był... miał trudny charakter, to fakt. Ale to nie powód, aby się na niego boczyć. Być może uznaje cię za niedojrzałego, bo sam już nie pamięta... w poprzednim wcieleniu... jak sam był młody... i w pełni szczęśliwy. 
Corlett spojrzał na Scotta. 
- A czy ty uważasz, że kiedykolwiek był szczęśliwy? 
 - Wiesz, że pamięć starych ludzi jest wadliwa. - powiedział Scott. - Jakby nie wkluczać faktu, iż teraz jest cyborgiem, dzisiaj kończyłby z powodzeniem siedemdziesiąt lat. I tak umarłby, nawet jeśli nawróciłby się w ciele ludzkim. Ale to byłby dla niego zbyt bolesny proces. 
 - Czemu ciągle muszę go znosić? - spytał Corlett.
 - Przystosuj się. - odparł krótko Scott. 
 Corlett spojrzał na niego z wściekłością. 
- Tobie zawsze łatwo jest gadać! - warknął. - To czemu nie dałeś się mu wtedy zabić? Tam, w Vancouver?... I tak zanim Gallardo przybył, zdążyłby ci wpakować kulę w łeb! 
Scott drgnął. 
Nigdy wcześniej nie słyszał z ust najlepszego przyjaciela tak jadowitych słów. Wpatrywał się w niego, w jego oczy, a oczy Corletta były zimne... jak oczy gada. Nigdy wcześniej nie spotkał się z czymś takim. 
- Wolałbyś, abym wtedy zginął, zanim Inferno by się opamiętał? - spytał. - I tak mi dziękujesz za te wszystkie lata współpracy? 
 Corlett jednak nie okazywał tego, iż żałuje, co powiedział. 
 - On jest zdrajcą. - rzekł tym samym zimnym tonem. - Chciał cię zabić, i teraz maskuje swoje prawdziwe zamiary, aby w stosownym dla niego momencie kopnąć cię w twarz... zdradził Armię, a maskował się dla zmydlenia waszych oczu... wiedział, chytry lis, że ta historyjka skruszy ci serce, abyś go z powrotem przyjął tutaj. On chciał cię zabić, nie pamiętasz? - Corlett coraz wyżej podnosił głos, coraz mocniej się trzęsąc z gniewu. Scott podszedł do niego i chwycił go za ramię. 
 - Jeszcze pamiętam, ale mu wybaczyłem. - odrzekł. - Ile razy trzeba ci powtarzać, że to nie jego wina?
 - Wybaczenie takiemu wężowi to błąd. - wyksztusił Corlett. - Prędzej czy później uniesie przeciw tobie broń. Co ty sobie myślisz?... że jak poprzednie wcielenie było złe, to następne będzie lepsze? Nie!... To twój błąd, Scott. A ja przez to sam czuję się przez ciebie zdradzony... jako przyjaciel. Znasz to uczucie, kiedy zdradza cię najlepszy przyjaciel? 
 Scott cofnął się, Corlett spojrzał na niego. 
McDavid przypomniał sobie wtedy tamten moment... gdy Luke sprzeciwił się jemu. Jak zazdrość Luke'a o Venus omal nie zniszczyła ich dobrych relacji. Przez moment wspominał tę chwilę. Wydawało mu się, że teraz boryka się z tym samym, tylko w innym nieco świetle... lecz tego nie mógł pojąć.
 - Jednakże powiadają – ciągnął Corlett. - że zdrada wyostrza czujność... to prawda. A jak Inferno nas zdradzi, to do kogo będziesz miał pretensje? Do niego, czy do siebie? 
 Scott wyczuł, że w Corlecie coś siedzi... jakaś nieznana energia, która właśnie skierowała się na niego. 
- Nie jesteś sobą, Corlett, prawda? - spytał, zbliżając się do niego. 
Ale spojrzenie Corletta nadal było zimne. 
- Zabij tego drania. - powiedział, jakby wogóle nie usłyszał pytania Scotta. - Jak go zabijesz, ludzie uznają cię za bohatera... ludzie Armii... i ci zwykli... - Mordując człowieka, ludzie wyklną mnie, tak samo, jak zrobili to z Infernem. - powiedział Scott. - Zabijając zabójcę, sam zabójcą się stajesz. 
 - A widzisz inne wyjście? - spytał Corlett. 
- Już znaleźliśmy wyjście. - powiedział Scott. - Czy naprawdę tego nie rozumiesz, czy zaprzeczasz sam sobie, że to pojmujesz? 
Corlett wciąż patrzył na niego zimno. - Nie wiem, po co ci było to wszystko. - powiedział. - Bodajbyś zdechł, a i tak byś nie zrozumiał. 
Scott nachylił się do niego, spojrzał mu w oczy. 
Wyczuwał w nim nieczyste myśli, które nie brały się znikąd. 
Nie wiedział jeszcze, że wynikały one z podejrzliwości i zazdrości. Ale wyczuwał je wyraźnie i wiedział, że zatruwały mu umysł. Wiedział jednak, że Corlett przeżarty złymi emocjami, nie wie, co mówi. 
Wciąż jego ton nie zmieniał się, nie ulegało zmianie jego spojrzenie... czym sobie zasłużył? Przez pewien czas obserwował Corletta, czekał, aż coś powie. Ale on milczał. Było to milczenie bardzo gorzkie. Nigdy w stosunkach międzyludzkich nie wróżyło nic dobrego. Niemal wyczuwalna była przepaść między dawną więzią przyjacielską a centralą współpracy. Była to niezwykle niebezpieczna przepaść. Zwiastowała rychły kataklizm. Jednak przepaść ta, ten sygnał, był całkowicie zlekceważony – i to było najgorsze. Scott nie rozumiał postawy Corletta. 
 - Nigdy nie słyszałem od ciebie sygnałów takiego zaprzepaszczenia naszej przyjaźni. - powiedział nieco ostrzejszym tonem, niż wcześniej. - Myślałem że nasza współpraca jest ci bliższa, niż zniżanie się do poziomu Gallarda. Corlett powstał gwałtownie i podszedł do niego. 
Czara gniewu sięgnęła zenitu. Myślał już wtedy na poważnie o odejściu z Armii. Czuł, że nie wytrzyma tak dłużej. 
 - Jestem na własnym poziomie, Scott. - powiedział. - Wcale nie muszę ci pomagać. 
Uniósł pięść i uderzył nią w policzek Scotta. 
Scott był zszokowany tym gestem. 
Przez chwilę był jak oszołomiony, potem przyszła przytomność. Poczuł ból na zaczerwienionej twarzy. Zrozumiał, że dla Corletta już nic nie znaczy nie tylko Armia, ale i on sam... 
Spojrzał z takim samym szokiem w oczach na dawnego przyjaciela, kompana... 
Nie wierzył, w to co się stało. Ale Corlett patrzył na niego chłodno, bez poruszenia powieką... niebezpiecznym oznakiem bolesnej straty. Scott nie mógł wydusić z siebie słowa. 
 - Odchodzę od Armii... i od ciebie. A Kometę zabieram ze sobą. - powiedział i wyszedł trzaskając drzwiami.

***

Inferno pełnił tego wieczoru dyżur przy głównym panelu. 
Nie był zmęczony, chociaż zbliżała się północ. Jego ciało cyborga było uodpornione na ludzkie zmęczenie, chociaż po pewnym czasie również musiał ,,naładować energię''. 
Bez mrugnięcia powieką wpatrywał się w ekran monitoringu i myślał. Nie miał pojęcia, co zaszło w tym czasie między Scottem a Corlettem. 
Pracował przy nadajniku do stosunkowo późnej godziny, aż nastała północ, i prawie wszyscy członkowie Armii zasnęli w swoich pokojach. Mieli wracać do swoich domostw dopiero za dwa dni. 
Jednak nic podejrzanego się nie działo. 
Cyborg wstał i podszedł do okna. Zza chmur wyjrzał księżyc oświetlając niebo łagodnym blaskiem. 
Inferno wpatrywał się w niego, bez poruszenia powieką. 
Wydawał mu się zwyczajny. 
Najzwyczajniejszy. 
Księżyc jak księżyc. 
 Inferno wpatrywał się jednak w niego długo, jakby coś go w nim zafascynowało. Dotknął na piersi miejsca, gdzie mieścił się mechanizm sercowy – taki sam jak serce ludzkie. 
Myślał, że jeśli teraz rzeczywiście jego przeznaczenie powrotu do Armii się spełniło, czas najwyższy naprawić błędy z poprzedniego wcielenia. Pragnął zmienić się na lepsze. 
Pomyślał o Scocie... i zdecydował, że jednak to on sam, nie Scott będzie musiał stawić czoło Pięści. Taka była kolej rzeczy. Cyborg wpatrywał się w ten jakże zwyczajny widok księżyca, a jednocześnie kryjący jakąś tajemnicę. Wiedział jednak, że nawet Armia nie rozwikła zagadki, która się w nim kryje. 
Nigdy nie wiedzą, z czym się mierzą... czy można zmienić bieg przyszłości? Nie, nie można. - odpowiedział sam sobie – Ale można zapobiec niektórym trudom przyszłości. No właśnie, niektórym. 
Ale czemu...? 
Dlaczego nie można pozbyć się wszystkiego, co złe? 
Czy to można zrobić, aby ludziom żyło się lepiej? 
Jeżeli więc ludzie nie dają rady, to może zamienić ludzi na autoboty i cyborgów? 
Lecz... czy wszyscy ludzie będą chcieli się zmienić? Czy ta zmiana jest możliwa? A przede wszystkim... czy jest konieczna? Jeśli ludzie chcą pozostać w ludzkich ciałach jeszcze przez kilkanaście pokoleń, to co się stanie z superinteligentnymi maszynami? Czy maszyny przejmą władzę nad ludnością? 
Z jednej strony taka przyszłość Kanady, całego świata – była niepojęta. A jednak przyszłość była tajemnicą – każdy dzień krył jakieś odkrycia. 
Inferno zrozumiał to teraz – lecz głębiej niż sięga pojęcie ludzkie. 
A więc wciąż maszyna przewyższała istotę ludzką – na to nic nie miało wpływu. 
A kiedyś... kiedyś było zupełnie odwrotnie... jeszcze na wiele lat przed autobotami. Świat kiedyś stał w miejscu, to pewne... kiedyś nie było Kanady, ani Ziemi... nie było czegoś, co dzisiaj było tak bliskie sercu. Inferno znał historię Kanady i miał do niej osobisty szacunek. 
Wiedział, że teraz, gdy jest prawdziwym żołnierzem, może w swoim prawdziwym umyśle zorganizować plan działania jak najbardziej korzystny dla Armii. Wiedział, był już w pełni świadomy że nienawidzi robotów – i był gotowy udowodnić Corlettowi, że jednak pracuje z Armią, a nie przeciw niej. 
 Bardzo żałował śmierci Susan. 
Obiecał sobie wtedy w duchu iż kiedyś znajdzie jej zabójcę i odpłaci się mu za to. Miał nadzieję, że Scott będzie z niego dumny, jak tego dokona. Niemal żył tą nadzieją. 
Jednocześnie czuł, że kiedyś będzie musiał się poświęcić. 
Poświęcenie było częścią wojownika, żołnierza. A on, Sebastian Patricia, był żołnierzem.



poniedziałek, 7 grudnia 2015

III. Międzyplanetarna misja: Rozdział Trzeci

Do Inferna nikt w firmie nie zwracał się po jego prawdziwym imieniu. 
Nikt oprócz Scotta nie znał dokładnie jego trudnej przeszłości, dlatego też nie wiedzieli, że zwracają się do niego po pseudonimie, który kiedyś nadał mu dowódca młodocianej bandy. Starzec czuł ulgę i wdzięczność, że Scott mu wybaczył wszystkie krzywdy, dokonane nieświadomie. Wykonywał starannie i sumiennie swoją pracę, dlatego też wiedział, że gdy jest teraz po stronie Armii, będzie musiał kiedyś wraz z nią stawić czoła robotom. 
Od wielkiej wojny przeciw robotom minęły kolejne trzy lata. Zatem Kanada była coraz nowocześniejsza. Maj rozkwitł już w pełni w przyrodzie kanadyjskiej - trwała wiosna. Klony, przystrojone tym razem w soczystą zieleń, unosiły w górę gałęzie, jakby budziły się i z radością witały nowy dzień. Gdy członkowie Armii z ulgą w sercach wcześnie skończyli pracę, udali się do domostw. 
Scott z radością powitał znajome ściany - jak to zwykle bywało, Venus wypytała go o jego bogactwo wiedzy podczas dokonywanych badań. Scott opowiedział jej o swoich przypuszczeniach. 
 - To już kolejny sygnał z innej galaktyki w ciągu kilkunastu miesięcy. - powiedziała Venus, wysłuchując wszystkiego. - Myślę, że Inferno ma rację... ale nie powinien przejmować się Corlettem. 
Scott pokręcił głową.
 - Pracowaliśmy razem tyle lat. - stwierdził. - Więc najwyższa pora, aby Corlett trochę spoważniał. W tym roku skończył trzydziestkę... 
Venus spojrzała na niego.
 - Staramy się jakoś wytrzymywać jego ciągłe docinki... Widać, że Corlett wciąż nie może się oswoić z jego nagłym przejściem na naszą stronę... 
- Zna przecież jego historię. - powiedział Scott. - Poza tym, to, że zniszczył Gallarda mogłoby przesądzić o tym, że mu wybaczył. 
Venus kryła w sobie taką nadzieję. Wiedziała, że jej samej trudno było z początku wybaczyć Infernowi. 
Jednak nie pozostała dla niego obojętna. Wspomnienia z jego poprzedniego wcielenia, wtedy gdy był zgorzkniałym dowódcą robotów, poszły w niepamięć zarówno jej, jak i członkom Armii. Ale najwidoczniej nie Corlettowi. Z początku zarówno Scott jak i dawna dowódczyni Armii, Susan Steward machały na to ręką, bo wiedzieli, że od samego dołączenia Corletta do Armii minęło już osiem lat (Corlett dołączył do Armii w roku 2292, a Scott 2273), więc przypuszczali, iż zdąży przywyknąć. 
Ale najwidoczniej się mylili. 
 Corlett od samego początku darzył Inferna dużą niechęcią. 
Nie mógł zrozumieć, że Inferno jest teraz ,,prawdziwym sobą''. Stawał się coraz bardziej zamknięty w sobie, odosobniony, milczący. Nawet Kometa nie zdołała odkryć w nim przejmującej go złości. Większość dnia przesiadywał samotnie w swoim pokoju i walczył bezradnie z demonami podświadomości, które wyszeptywały mu klątwy w stronę cyborga. Czuł się rozdarty między Scottem a nim. Wyczuwało się w nim jeszcze buntowniczego, młodzieńczego ducha. 
Był najmłodszy z całej gromady. Owszem, bywał uciążliwy dla innych, lecz starsi działacze zwykle przymykali na to oko. Lecz te czasy minęły. A on – wydawałoby się – wcale tego nie wyczuwał. Inferno wiele razy wypominał mu jego dziecinne – jego zdaniem oczywiście - ,,wpadki'', ale ten zdawał się nie przejmować jego słowami – zresztą wogóle go nie słuchał. Scott jeszcze jako tako potrafił do niego przemówić – znali się od lat szkolnych. Ale mimo to Scott czuł, że Corlett zbyt szybko nie wydorośleje. Widocznie potrzebował na ten ciężki proces więcej czasu. 
- Kiedyś pojmie swoje błędy – powiedział autobotce. – Ja też kiedyś byłem szczeniakiem, jak on. 
- On wychowywał się w pełnej rodzinie. - powiedziała Venus. - I w czasie wojny z robotami krył się po miastach. 
- Ja też się kryłem. - przypomniał jej Scott. - To, że pochodzimy z różnych rodzin, o niczym nie świadczy. Zrozum Venus... jakby nie patrzył, obaj przez to przechodziliśmy. Obaj walczyliśmy w '95 i razem zwyciężyliśmy. O co go posądzasz? 
- Nie chcę tego. - zaprzeczyła Venus. - Ale czasem myślałam, że jednak powinieneś czasami przemówić mu do rozsądku. Znacie się dłużej niż z Aleckiem. 
Scott umilkł, rozważając słowa mądrej autobotki. Wiedział, że się nie myli. Nie zamierzał jej tym razem zaprzeczyć. 
Postanowił, że gdy jednak zajdzie potrzeba, postara się zwrócić do Corletta.

***
Stalowa Pięść przyjrzał się widokowi za oknem statku. 
Zbliżali się do jakiejś planety. Nie przypominała im żadnej, którą znali z Układu Słonecznego. 
 - Co, u licha? - zaklął Stalrat. 
Co niektóre roboty wpatrywały się w nieznany glob z taką trwogą, jakby ujrzeli uzębionego kosmitę. Można nawet powiedzieć, iż ,,zbledli'' nie wiedząc, co począć. Wszyscy zwrócili się twarzami do dowódcy. 
 - No co? - warknął na nich Pięść. - To tylko planeta, co tak wytrzeszczacie reflektory? 
Tylko on nie zauważał w globie nic podejrzanego. 
 - Czyś ty do reszty oślepł? - syknął na niego Stalrat. - Przecież to Subryna! Pięść jednak machnął na to ręką.
 - I co z tego? 
 - Gallardo wytłumaczyłby ci, co z tego! - ofuknęły go roboty. - To ta sama planeta, na której wylądowali członkowie Armii, zanim McDavid do nich dołączył. 
- Zmieniła się... lecz pozostała tak samo mroczna. 
 - Co to ma do rzeczy? - spytał Pięść. - Durnie! 
- Idiota! - charknęły roboty. Pięść zatrząsł się z gniewu. 
 Mógłby z łatwością porozwalać łby robotom pistoletem laserowym, ale hamował się – musiał mieć przecież sługów. Nie wyobrażał sobie bez nich władzy. Czekał aż na Ziemi zapanuje spokój – wtedy mogliby wrócić. Jego zgorzkniałość i surowość wybiegały daleko poza granice normy. Czas zrobił wówczas z niego samego paskudnego tyrana – gorszego od Gallarda. Wściekłość trawiąca jego umysł tak go przetrząsała, że nie miał ujścia, jak tą wściekłość wyładować. Ta groźna emocja była jak przedśmiertelny ból – rozrywała każdą tkankę... 
Patrzył na roboty, które obejmowały go krytycznymi spojrzeniami. 
Myślał, jak załagodzić sytuację. Wyczuwał głęboką niechęć robotów do niego samego, ale zachowywał postawę przywódcy – był twardy, nieustępliwy i przede wszystkim okrutny. Swoją brutalnością zawsze imponował robotom. Chciał w ten sposób zaznaczyć swą wyższość – robił to nawet w chwilach po śmierci Inferno-człowieka. Ale teraz zdał sobie sprawę, że Inferno-cyborg nie będzie prosił go o wybaczenie. 
Nie chciał tego. Wiedział, że jeśli teraz Inferno się nawrócił, będzie chciał rozpocząć wojnę przeciw niemu. Pomyślał jednak, że może Scott McDavid wybije mu ten manifest z głowy – uśmiechnął się. 
 Jego celem teraz były badania. Autoboty się nie liczyły. Za dużo ich w Kanadzie... 
- Panie? - przerwał mu rozmyślania głos jednego z robotów. - Co teraz? Spojrzał na niego. 
Był to Pieniacz, zbieg z poprzedniej wojny. Gallardo znał go bardzo dobrze. Tak samo jak on i Pięść był niefortunnym dziełem Inferna. Pieniacz był gorączkowy, brutalny i Stalowa Pięść bardzo go cenił. Był doskonałym żołnierzem i wiernym kompanem Inferna, a teraz mianował sobie tytuł dowódcy Gwardii Maszyn. 
Pięść wiedział, iż Pieniacz zawsze stawia trudne pytania, prawie zagadki i za to między innymi wybrał go na dowódcę strzelców. Strzelcy nie doceniali Pieniacza, ale Pięść nie pozostawiał im żadnego wyboru. 
Z początku chciał rządzić armią sam – ale później doszedł do wniosku, że mając u boku agresywnego Pieniacza, może zdziałać więcej. 
- Ty zadajesz mi pytania? - odpowiedział stwierdzeniem na pytanie Pięść. - Razem powinniśmy zarządzić co teraz. Przed nami wielkie zadanie. Na tej planecie – wskazał na glob Subryny – czeka dużo więcej, niż się spodziewamy. 
 - Zamierzasz lądować? - spytał Pieniacz. 
 - Tak, chcę lądować. 
 - A co z nami? 
- Przecież idziecie ze mną. 
Inne roboty były zdumione i przestraszone. 
Wyczuwały, iż z Pięścią coś jest nie tak – nigdy nikt z dowódców nie zarządzał lądowania na nieznanej planecie, bez konsultacji. 
Wydawać by się mogło, że roboty uznały go za szaleńca. Ale nie zdradzały się ani słowem. Pieniacz popatrzył na towarzyszy broni – czekał, aż oni coś powiedzą. Ale nic od nich nie usłyszał. Spojrzał ponownie na Stalową Pięść. 
- Jak uważasz to za słuszne, ląduj. - powiedział. - Ja nie zamierzam się mieszać. 
Stalowa Pięść szybko rozwarzył słowa Pieniacza. 
- Dobrze. - powiedział. - Zbadamy tą planetę.
 - Nie rób tego! - krzyknął nagle Stalrat. 
Stalowa Pięść brał pod uwagę tylko zdanie tych, którzy mu odpowiadali. Resztę, którzy myśleli inaczej, odrzucał. Odwrócił się wściekły do Stalrata i syknął: 
- Czego się wcinasz? Chcesz w gębę? 
Stalrat naburmuszył się. 
 - Co jest z tobą? Zgadzasz się z tym durniem? 
- Prędzej ciebie bym mianował idiotą. - odparł Pięść patrząc na niego zimno. - Jeden tylko się znalazł na trafny wybór... dobre i to. Twojego zdania nie potrzebuję. 
 Stalrat przełknął ,,gorzką pigułkę'' i odgryzł się: 
- Jesteś samolubny, i to bardziej niż ten wyga. Nie liczyłeś się nigdy ze zdaniem innych. 
Stalowa Pięść odwrócił się do niego. 
 - Jak potrzeba szybkiej decyzji, to milczą jak owce przed paszczą wilka. A jak decyzja już zapadła, to drą gęby jak zarzynane bydło... nic dziwnego, że Inferno z chęcią was wszystkich by pozarzynał. 
 Stalrat uniósł brew. 
 - No i czego się krzywisz? Musisz udowodnić swoją wierność. 
 - Niczego nie muszę udowadniać. - odparł Stalrat. 
- Więc lądujmy na tej planecie! 
 - Po co? Dla spełnienia twojej chorej zachcianki? Dziękuję bardzo z takim usługowaniem! 
Pięść doskoczył do niego chwytając go za krtań. 
 - Czasy się zmieniają. - rzekł – A naszym zadaniem jest przystosowywać się do nich. Jeśli tego nie potrafisz – giniesz. Czy nie rozumiesz?... 
Stalrat rozpaczliwie chwytał w ściśnięte gardło powietrze. 
Zaczął się dusić po niespełna minucie. Szarpał się coraz bardziej, starając się uwolnić od uścisku. Chwycił dłoń Stalowej Pięści trzymającą jego gardło. Przemocą starał się rozewrzeć jego palce. Z jego gardła wydobył się rozpaczliwy charkot. 
 Pięść zaśmiał się. 
- Zaprzestań tym żałosnym gierkom. - syknął. - Wydałem rozkaz, a ty ten rozkaz wykonasz. Gdyby Inferno żył (miał na myśli Inferna z poprzedniego jego wcielenia, czyli czasy gdy był człowiekiem) nie pozwoliłby ci na takie tchórzostwo. Wiem sam, że Gallardo nie uznawał cię za tchórza. Ale pogorszył ci się system... zaprzeczasz sam sobie. 
Roboty obserwowały siebie wzajem, nie szczędząc złośliwości w spojrzeniach. 
 - Puść go, panie. - powiedział Pieniacz. - Dajmy mu czas do namysłu. Jak będzie się stawiał, sam go rozbiorę na części. 
 - Słuszna decyzja, Pieniaczu. - podtwierdził Stalowa Pięść i puścił Stalrata, który opadł na ziemię kaszląc.
 - Czy ja zawsze muszę być duszony? - jęknął Stalrat. - Niedługo te głupki mnie tu usmażą... 
Ale tym razem Stalowa Pięść zlekceważył go. Podszedł do pulpitu sterowniczego. 
 - Zdecydowałem. - powiedział po chwili. - Lądujemy na tym globie. Ciekaw jestem, co kryje... 
Statek przebił się przez ciężką atmosferę planety. 
Roboty wylądowały na ogromnym połaciu ziemi bez żadnych komplikacji. Wygramolili się ze statku w osłaniających ich twarze przezroczystych jak szkło maskach. 
Rozejrzeli się. Planeta była bogata w lasy tropikalne i jeziora. 
Prawie wcale nie wyczuli możliwości występowania równika. Z wielkim podziwem spoglądali na przedziwne leśne rośliny. 
 - Nic dziwnego, że Armia kiedyś tu była. - powiedział Pięść. 
 Stalrat spojrzał na niego, ale milczał. 
Roboty pozostawiły statek na polanie i weszli w las. 
Nie zapomnieli o uzbrojeniu. Każdy miał w pogotowiu karabin laserowy. Byli gotowi na wszystko, zdecydowani, twardzi psychicznie... 
Nie zapominali wszakże o nagrodzie, jaka nadarzyć się mogła, za badania tak długo nie widzianej planety. 
Stalowa Pięść prowadził roboty naprzód wysuwając przed siebie komunikat z nadajnikiem. Chciał w ten sposób wybadać ślady życia na starym globie, starszym jeszcze od Ziemi. 
Znalazł silny sygnał, co mogło świadczyć o zwierzętach zamieszkujących las. 
 - Chyba coś mamy. - powiedział po półgodzinie marszu. 
Machnął ręką na roboty i skierował się w stronę gęściej rosnących drzew. Roboty siarczyście klęły przedzierając się przez zarośla, ale Pięść nie zwracał na nich uwagi.
 - Zachciało mu się lądować! - syczały za jego plecami. - Następnym razem niech sam ląduje. 
 - Przymknąć się! - warknął w końcu robot. Był wściekły. - Nie wiedziałem że wierność przysięgną mi sami tchórze. - powiedział z odrazą. 
 - Sam chciałeś tu lądować, więc sam badaj! - odparły na to roboty. - Myślałeś, że po odejściu Inferna wszyscy będziemy wokół ciebie skakać? Stalowa Pięść drgnął. Nigdy jeszcze nie spotkał się z takim buntem. Myślał, że tak jak rządził Inferno, tak on będzie rządził po śmierci Gallardo – potężny, niezwyciężony... pragnął dosłownie tej chwili. Lecz absolutnie nie myślał o tym, że może go spotkać coś tak strasznego jak bunt załogi. Było to dla niego jak splunięcie w twarz, pohańbienie jego osoby. 
 - Jesteście armią. - powiedział surowym tonem. - Wojskiem, które posiada dowódcę i temu dowódcy ma być wierna. Gdyby był tu Gallardo ustawiłby wam kable mózgowe jak potrzeba... 
- Nie musisz nas ustawiać. - wtrącił Czarna Kobra. - Sami wiemy, jak należy się zachować. My nie przysięgliśmy ci wierności, tylko sam pchałeś się do włóczni dowódcy. 
 - Jakiej znów włóczni? - warknął Pięść. 
 - To taka metafora. - powiedział Kobra. - Jesteś też dość ciemny jak na dowódcę... Gallardo przewyższał cię inteligencją wielokrotnie. Inferno też kojarzył wszystkie fakty... 
 - Inferno zabił naszego przywódcę! - ryknął Stalowa Pięść. - To takim prawem go bronicie? Zwąchaliście się z McDavidem? 
Roboty spojrzały na niego z tak czystą nienawiścią, że wstrząsnęło go zdumienie. Czuł, że teraz ma cały pokaz czarno na białym – roboty nie akceptowały jego rządów. Ale nie obchodziło go to. Chciał mieć władzę w swoich rękach. Pragnął w jednej chwili ich wszystkich ukarać – lecz nie miał do tego podstaw.
 - Ty chciałeś się go pozbyć podczas bitwy. - powiedział Kobra. - wtedy, jak walczył z Gallardo. 
 - Miałem dobre intencje. - odrzekł Stalowa Pięść. - Czułem, że on nas zdradzi. A wy nie wierzyliście. 
 Czarna Kobra zaśmiał się. 
- Nikt się tego nie spodziewał. - rzekł. - Ty zresztą też nie. Ta bitwa nam wszystkim otworzyła oczy. 
Nowy dowódca spojrzał na Kobrę. Przyznawał mu rację. Wiedział, że jednak w duchu przeżywały tą samą rozpacz po śmierci Gallardo. Było to dla nich wciąż żywym szokiem. 
Mimo iż był już rok 2300, wspomnienia z roku 2297 wciąż były dla nich żywe. Człowiek też tak miewa – dopóki wydarzenie nie jest dla niego wstrząsające lub ekscytujące – tego zdarzenia nie pamięta. 
Po prostu zapomina... człowiek jest zaiste dziwną istotą... 
- Kiedyś autoboty odśpiewają nam za wszystko. - powiedział Kobra. - Ty zabijesz McDavida, a ja zajmę się jego autobotką.
 - A co z Infernem? - spytał Stalowa Pięść. 
 Czarna Kobra zaśmiał się. 
- Weźmiemy go do spowiedzi. Wyszczeka nam całą Armię, co do joty. Potem, będziesz mógł się z nim pobawić. 
- Słusznie. - powiedział Pięść. - Ale najkorzystniej będzie, kiedy on i McDavid będą przyblokowani. Wtedy nigdzie nie uciekną. Urządzimy im imprezę na cześć szlachetnych członków Armii. 
Kobra spojrzał na Pięść. 
Podobał mu się jego plan. Ale on i tak przerobiłby go na nieco mroczniejszy...