Pokazywanie postów oznaczonych etykietą III. Międzyplanetarna misja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą III. Międzyplanetarna misja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 sierpnia 2016

III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Osiemnasty cz. II

- Jak... jak ty się tu dostałeś? - spytała zlękniona robocica, rozglądając się wkoło. - Jesteś w kwaterze Armii? 
Odpowiedział jej śmiech tak lodowaty, że poczuła dreszcze. 
 - Nie jestem na tyle niepoczytalny, aby tam się zaciągnąć. - powiedział głos Stalowej Pięści. - Ale za to mam już nad tobą kontrolę. 
Tacata zadrżała w miejscu. 
- Kontrolę? Nigdy ci na to nie pozwolę. Jestem wolna, na Ziemi... ucieknę od ciebie i od twojego durnego wojska. 
 Stalowa Pięść zaśmiał się. 
 - Idiotka! Nie możesz nic zrobić bez mojej wiedzy. To znak, że mój nadajnik działa... 
- Jaki nadajnik? Czyś ty poskradał zmysły? Nie rozumiem ani słowa, z tego co mówisz. 
Usłyszała w odpowiedzi śmiech robota. 
 - Nadajnik ten, zaszczepiony w twoim umyśle umożliwia mi kontakt z tobą poprzez myśl i bezpośrednią kontrolę... W ten sposób nic co uczynisz, nie zostanie zatajone, ponieważ jest on tak mały, że nie dostrzeżesz go gołym okiem. 
- To jakim cudem go zaszczepiłeś? - spytała Tacata. - Pomogli ci mali agenci?
- Działa on na taki sam kod, który jest zapisany w moim systemie. - powiedział Pięść. - Po prostu wydobyłem mikroskop, który powiększył go do wielkości kurzego jaja... genialne, nieprawdaż? Teraz nie możesz uciec drugi raz. 
Tacata zamarła, słuchając jego słów. 
Dotarło do niej, że odzyskanie wolności może być tym trudniejsze, że nie wie nawet, gdzie dokładnie Pięść zaszczepił jej ów nadajnik. Wpadła w złość i zaczęła przeklinać pod adresem Stalowej Pięści. 
- No, no – przyhamował ją Pięść. - Taka piękna, a taka wulgarna?... Jesteś moją wojowniczką, zapamiętaj to sobie. Nie przejmuj się, już Pieniacz nauczy cię pokory... chociaż, trudno się dziwić... tyle lat włóczyłaś się jak bezpański kundel... ale nawet taki agresywny kundel musi się podporządkować swojemu panu. 
W tym momencie Tacata poczuła taki ból, jakby ktoś ją rozłupywał za pomocą tępej siekiery. 
Wrzasnęła z bólu i padła na kolana. 
- Nie wydzieraj się tak! - skarcił ją Stalowa Pięść. - Czuj ból, nie myśląc o nim... wtedy nie będzie tak intensywny. 
Tacata dźwignęła się z trudem z ziemi, posłusznie kontrolując intensywność mąk, nie zajmując nimi umysłu. Trwała tak przez piętnaście minut, potem już dwadzieścia, i już po półgodzinie ból nie był tak istotny. 
- Widzisz? - odezwał się Pięść w jej umyśle. - To działa! Jednak nie uwolni cię to spod mojej kontroli... jesteś na moje rozkazy, nie zapominaj o tym.
 Tacata przełknęła ślinę. 
 - Czego ode mnie chcesz? - spytała. 
 - Proszę grzeczniej. - powiedział ostro Stalowa Pięść i natychmiast głowę Tacaty zajął ból. - Co ty sobie myślisz?... że jak przyjąłem ciebie do Gwardii, to masz prawo mi tutaj odszczekiwać? 
Jego słowa niewątpliwie były podobne słowom Pieniacza. Jednak Tacata nie mogła o tym wiedzieć, bo nie była obecna przy tamtej rozmowie. Mimo to potraktowała jego słowa poważnie. 
Czuła, że nie ma nic do stracenia – że musi odzyskać wolność. Postanowiła jednak, że dla świętego spokoju da Pięści kilka satysfakcji. 
- No, dobra, to co byś sobie zażyczył, panie? - spytała, kontrolując ból.

niedziela, 31 lipca 2016

III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Osiemnasty cz. I

Oto w końcu ożyłam po ostatnich wydarzeniach w Dziwnym Świecie i wznawiam opowiadanie!

Wiem, że długo nie było rozdziału, za co wszystkich, którym zależało na nim, najmocniej przepraszam…

No ale w końcu się budzę.
Zapraszam do przetestowania, jak mi poszło ^.^

 >>>>>

Nadszedł wieczór. Co niektórzy, jednak nadal pracowali. Wśród tych osób znalazł się Inferno, Scott, Corlett i oczywiście Clara; byli oni razem z piętnastoma autobotami, w tym Venus, Kometą i Harleyem. Była też blisko trzydziestka innych osób, którzy zostali. 
Dochodziła godzina dwudziesta druga, a oni nadal nie skończyli pracy, rozpoczynając ją od południa. Starali się jednak nie narzekać, organizować przerwy, aby napić się herbaty, zjeść coś, lub porozmawiać. Jeszcze nie chcieli, szczerze powiedziawszy, wracać do domów. 
Tak szczerze oddawali się pracy, że niemal nie czuli zmęczenia. Jednak w najłatwiejszej sytuacji znajdował się Inferno, który jako cyborg mógł długo pracować i krótko odpoczywać – tak jak autoboty. W chwili przerw siadał w fotelu w swoim pokoju, podłączał sobie przewody zasilające na zlocie na karku i tak zażywał odpoczynku, przy okazji ,,regenerując się”. 
Nie potrzebował snu ani pożywienia. Jedynie rzadko kładł się na łożu, podkładając ręce pod głowę i przymykał oczy. W ten sposób jednak zaznawał ludzkiego odczucia odpoczynku – nadal uważał się za człowieka, lecz człowieka w pewnym sensie udoskonalonego. 
Był pierwszym cyborgiem, który powstał na wzór niegdyś żyjącego człowieka. Ludzie oczywiście już od jakiegoś czasu, wiedzieli, że gdzieś w Kanadzie (ci, którzy mieszkali w Stanach i innych krajach oczywiście nie mogli znać jego umiejscowienia) żyje jedyny – jak na razie – cyborg na świecie. Przywykli do tej wiadomości i również zaczęli się zastanawiać, czy rasa cyborgów nie zastąpi kiedyś ludzi. 
Pamiętali o tym, że kiedyś nastąpią być może tak wielkie zmiany, że już tylko nowe pokolenie będzie w stanie je zrozumieć. A zmiany w ,,nowej” Kanadzie, Kanadzie która mimo wielu burz i konfliktów międzyludzkich nadal się rozwijała, były niezbędne tak samo w niej i tak samo na całym świecie. 
Scott dawno już zauważył, że Inferno się zmienił. Potrafił się częściej uśmiechać, jego głos nie przybierał zawsze tego samego zimnego tonu. Powracał do niego jedynie w sytuacji zirytowania i nieodpartej chęci udowodnienia swej racji. 
Jednak czasami wprost nie potrafił inaczej odeprzeć złośliwego ciosu, jak poprzez gniew. Scott starał się, aby ten nie był taki samotny, chociaż sam często cyborg mówił, że potrzebuje więcej samotności. Ale jakoś nigdy tych słów nie brano na poważnie. 
Tacata siedziała samotnie tej nocy (był już późny wieczór) w swoim pokoju, usatysfakcjonowana, że nikt jej - jak na razie - nie kontroluje. Była rozgniewana sama na siebie, że dała się wciągnąć w kontakt z wrogami Pięści. 
Czuła, że zmarnowała sobie szansę na pomoc dla robotów, bo ci, którzy już zapewne wiedzą, że uciekła, nie będą mieli dla niej litości. Bała się, a jednak chciała uciec od Scotta. 
Wiedziała jednak, że Pięść nie doceniłby jej, gdyby ta pojawiłaby się u niego bez słowa. Spojrzała przez okno – ciemność panowała nieprzebita, a jednak Tacata wiedziała, że za pomocą nadajnika może trafić bezbłędnie do bazy robotów. Zdała sobie sprawę, że znienawidziła Armię niemalże tak samo, jak Pięść. Ale nie przejęła się tym – myślała, że być może przywódca robotów obaczy, jak bardzo się myli. 
Wzięła do ręki swój pistolet, który nigdy nie chowała do szuflady, a miała przy sobie. Myślała, że będąc z dala od Armii pojmie, czego tak naprawdę chce. Pojęła, że przez cały ten czas trafiała od niewoli do niewoli – a niewola u Armii była jej ostatnią. 
Jednak doszła do wniosku, że zostanie z robotami Pięści i pomoże im w zniszczeniu autobotów... a potem ucieknie i od nich. Wiedziała, że musi znaleźć swoje powołanie – a tutaj go nie znajdzie. Gdy jednak upewniła się, że pistolet ma przeładowany, a okolica jest pusta, chciała przeskoczyć przez otwarte okno. 
Lecz nim zdążyła to właśnie zrobić, nagle w jej głowie wytworzyło się coś dziwnego – niby pulsujący ból, który wziął się nie wiadomo skąd. Roboty zazwyczaj nie miały pojęcia o ludzkim bólu fizycznym, więc Tacata nie pojęła zrazu o co chodzi. Gdy jednak chciała zrobić krok naprzód, ten właśnie ból ją powstrzymywał – jakby miał nad nią władzę. 
Tacata zaklęła, zapożyczając słowa zasłyszane od Pięści i Corletta, i starając się posunąć naprzód jednak czuła, że im bardziej stara się zrobić krok, tym bardziej ból jej doskwierał. Był jednak niczym w porównaniu z bólem migrenowym, odczuwanym przez na nią właśnie cierpiących; docierał owszem do gałek ocznych, mózgu i wszystkich tych jego części, odpowiadających biologicznie za myślenie. Jednak w tym bólu czaiło się niewątpliwie coś jeszcze...
Jakby ktoś kierował wewnątrz niej tym bólem, jakby ktoś kazał go umacniać i napierał na nią całą mocą, zmuszając do uległości i zatracenia...
 - Nie oprę się tobie! - krzyknęła, chwytając się obiema rękoma za głowę. 
 - Czyżby? - odpowiedział jej zimny głos, który dobiegał z jej umysłu. 
Tacata zdumiała się. 
Nie znała na tyle swych możliwości, aby wiedzieć, że może nawiązać z kimś kontakt na odległość i to jeszcze za pomocą własnego umysłu, który nie był tak uproszczony w budowie, jak żołnierzy Gwardii. Twórcą tego systemu był zapewne jakiś szaleniec, podobny do Einsteina i Tesli jednocześnie, lecz posiadający zarazem kreatywność Leonarda Da Vinci. 
Tacata niewiele wiedziała o tym systemie, wiedziała tylko, że pomaga jej utrzymywać kontakt werbalny. 
Wiedziała, że jak każdy robot bojowy była zobowiązana do kontaktu z jednostką, do której należy. 
- Kim jesteś? - w jej głosie jednak drżał wyraźny strach. 
- Nie wiesz, zdrajczyni? - odpowiedział jej ten sam głos. - Jestem tym, który cię uwolnił z niewoli na Subrynie. 
Tacata rozszerzyła powieki, a jej mechaniczne serce poczęło szybciej bić, jakby uwięzione w transie, który pulsował jej ,,krew” do różnych narządów, które, wzmocnione cybernetyczną metodą, nie mogły ulec uszkodzeniu nawet w strzelaninie.

 

wtorek, 19 lipca 2016

III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Siedemnasty

Roboty czuły panikę. 
Wiedziały już, że nie ma z nimi Tacaty, a to w niej dzieliły nadzieję na rychłe zwycięstwo. 
 - Co teraz zrobimy, panie? - pytały. - Trzeba by odszukać i ukarać tą diabelską szkaradę. 
- Więc jej poszukajcie! - zirytował się Stalowa Pięść. - Jak przychodzi co do czego, to wiecie co robić... jak zwykle do czasu... 
Pieniacz podszedł do niego i szepnął do ucha: 
- Wiesz, że bez ciebie nie dadzą sobie rady... są jak dzieci. 
Pięść odepchnął go od siebie. 
 - Zostaw mnie! Znalazły sobie przywódcę...! Cieszcie się, że was jeszcze nie poprzepalałem laserem. 
Roboty natychmiast się cofnęły, nie pojmując jego zachowania. Również przejmowały się zniknięciem Tacaty, a raczej jej ucieczką, ale nie tak bardzo, nie tak wnikliwie jak on. Myślały, że ten oszalał, albo jest nietrzeźwy umysłowo. Jednak musiały mu służyć, bez względu na to, jak okrutne męki będą cierpiały. 
- Co z Tacatą, panie? - spytał jak zawsze wierny Pieniacz. 
Stalowa Pięść spojrzał na niego. 
- Jak to: co? Musimy ją znaleźć, i to rychło. Jeśli trafiła na kogoś z Armii... 
- Nie myśl o tym! - rzucił szybko Stalrat. - Po prostu nie była nas godna. 
Pieniacz syknął pogardliwie. 
- Nie wiesz, co mówisz. - powiedział. - Ona może być kluczem do bram sukcesu nad autobotami. Nie rozumiesz...? Nasz pan wie, co mówi, prawda? - tu spojrzał na Stalową Pięść. 
- Od kiedy ta blacha jest twoim panem? - warknął Stalrat. - Nasz pan nie żyje. 
 - Stary król zawsze znajdzie następcę. - odparł Pięść. - Jeśli nie jest to jego własny syn, to zawsze ktoś z jego dworu wolny się znajdzie. 
Odwrócił się do robotów, spojrzał im w oczy. 
 - Możemy ją znaleźć, o ile mamy przebytą dobrą szkołę. A ukaranie jej należy do mnie. 
 - Mogę ci pomagać w chłoście, panie? - spytał Pieniacz zwilżając wargi językiem. 
- Nie, Pieniaczu. - odparł ostro Stalowa Pięść. - Ale rad jestem, że tak solidnie pociągasz za sobą konsekwencje tej sprawy. Może kiedyś mianuję cię moim następcą... 
Na te słowa służalczy z natury Pieniacz padł na kolana i zajęczał u stóp Pięści: - Tak, panie, nie pożałujesz tego...! Z pewnością wtedy wprowadzę dla ciebie reformę wojska. Będę cię godnie zastępował, zobaczysz, że z takim wojskiem, jakie utworzę zmieciemy autoboty z całego południa, północy, wschodu i zachodu... Nie pożałujesz, panie...! 
 - Przestań skomleć. - warknął Pięść. 
Pieniacz zamarł chwilowo, popatrzył ze strachem na skrzywionych w jego stronę robotów i szybko powstał z klęczek, pocierając zbroję na piersi i chrząkając. 
 - Oczywiście – powiedział już twardym, nieugiętym tonem. - Służę ci, panie. Ja od zawsze byłem, jestem i będę twoim żołnierzem i nawet jeśli razem zginiemy – tym lepiej dla nas, bo byłoby nie w porządku, gdybyśmy umarli, nie znając wzajemnie położenia... dla ciebie wszystko, panie. 
Roboty skrzywiły na ten widok, gdy Pieniacz kłaniał się po raz setny Pięści; uznały że ten podlizuje się przywódcy, aby przypadkiem nie spadła na niego jego ręka. Z tego powodu Pieniacz znalazł się na drugim miejscu czołowej listy znienawidzonych przez robocie wojsko. 
 - Widzicie? - zagadnął Pięść resztę żołnierzy. - Nie ma powodu do obaw. Już mam sposób na tą niewdzięcznicę. 
Roboty jednak spojrzały na niego jak na wariata. 
- Tak? Jakoś nie chce mi się wierzyć... 
 - Znowu ściemniasz... 
 - Ciekawe, czy to nie tylko na twoją korzyść. 
 - Na korzyść nas wszystkich. - odparł Pięść. - Zobaczycie, że jeśli odzyskamy ją, uda nam się zniszczyć autoboty. A jeśli tego dokonamy, przejmiemy kontrolę nad ludnością... tego chciał nasz sławiony pan. Możecie być pewni, że jeśli autoboty wylecą stąd na cztery wiatry, wtedy będziemy mogli pozbyć się Armii. Pamiętajcie, że Inferno będzie na pierwszym miejscu... a może i pospołu egzekwo ze Scottem, nad tym jeszcze nie myślałem... ale sądzę, że tak będzie najlepiej. A co do tej robocicy... wiem już, co robić. 
- Co obmyśliłeś, panie? - dopytywał się Pieniacz. 
 Stalowa Pięść uśmiechnął się mściwie i odrzekł powoli, okrążając roboty: 
 - Pod osłoną nocy, kiedy skończyła swój dyżur przy urządzeniu wykrywającym, uśpiłem ją zastrzykiem substancji, którą pobrałem ze swojego laboratorium. Skończyłem opracowywanie funkcjonarzu nadajnika, który wczepiłem w jej system umysłowy (tak roboty nazywają mózg). Wcześniej prowadziłem przez kilka miesięcy badania nad substancją mikroskopijną, która ,,wczepiona” w czyiś umysł daje kontrolę myśli tej osoby przez tego, kto zainstalował jej urządzenie. Ponadto może wpływać na czyny kontrolowanej osoby... może nawet wyczyścić jej pamięć o pewnym fragmencie jej życia... dzięki temu Tacata będzie w pełni nam służyła, nawet jeśli będzie u McDavida. 
Roboty były niebywale zaskoczone tym pomysłem. Czuły teraz, że Pięść jednak podejrzewał ucieczkę Tacaty i dlatego to zrobił. 
 - Czemu tedy zmuszasz nas, abyśmy jej szukali? - spytał Pieniacz. - Możesz przecież sam rozkazać jej wracać. 
Pięść pokręcił głową. 
- Obawiam się, że będę potrzebował waszej pomocy. - powiedział. - Jesteśmy wojskiem, czy nie?.. Nie zawiedźcie mnie. 
- Oczywiście, panie. - odparły chórem roboty.
***
O świcie Kometa wraz z Venus zapukały do drzwi gabinetu Clary. Były bardzo wzburzone. 
Obie autobotki zaczęły się wzajem przekrzykiwać, oskarżając między wersami Scotta i ją również, dowódczynię, o obecność Tacaty. Obie były tak rozgniewane, że nawet nie syczały na siebie wzajemnie, że sobie przerywają wypowiedzi. Taki wulkan zdań mógł się wydawać śmiesznie skrajcowany, jakby tego słuchać, stojąc z boku, ale sytuacja zrobiła się zbyt poważna. 
- Nie sądzę, aby jej obecność miała dobry wpływ na naszą współpracę! - oburzała się Venus. 
 - Widać, że Pięść mógłby być jej partnerem. - dodała zaraz Kometa. - Została przez niego uwolniona. Przecież nasi przodkowie umieścili ją na Subrynie dożywotnie, aby poniosła karę za spiski i morderstwa przeciw autobotom i Armii. 
- A czy wiadomo, do czego jest jeszcze zdolna?... 
 - Skłóci nas wszystkich ze sobą! 
- Ona tylko czeka, aż ja ze Scottem będziemy patrzeć na siebie wilkiem... 
- I ja z Corlettem... 
 - To przebiegła wiedźma i nie można jej ufać... 
- Ja bym na miejscu Inferna od razu ją zarżnęła... 
Clara jak każdy człowiek, nie była zdolna słuchać dwu rozmówców naraz, więc krzyknęła: 
 - Uspokójcie się obydwie! Zachowujecie się gorzej od robocich głąbów!... Pomyślcie sobie: jakim cudem jest możliwe takie posunięcie? Być może macie rację. Ale tak czy inaczej, trzeba by przyłapać Tacatę na gorącym uczynku – jakby ośmieliła się strzelać do Inferna, albo grzebać w danych naszych komputerów – wtedy możemy ją dyskwalifikować... Ale co możemy począć w tej sytuacji? Cały czas słyszę od was skargi, ale cały czas są to skargi nieuzasadnione... Musimy mieć dowody. 
Autobotki umilkły. 
Przyznawały Clarze rację. Wiedziały, że konieczne jest zebranie dowodów i przedstawienia ich Armii. Tylko wtedy mogli podjąć dalsze kroki. 
Lecz nie tylko autoboty uważały Tacatę za niepoczytalną. Scott już wiele razy słyszał ostrzeżenie tego typu od cyborga. 
Inferno też jakby wyczuwał czającą się w Tacacie zgubę. Chciał, aby wreszcie męskie autoboty nie zwracały na nią uwagi, bo widział, że autobotki były zazdrosne może nie w sensie uczuciowym, a zawodowym. 
 - Popełniłem wielki błąd. - powiedział Scottowi Inferno siedząc skulonym w fotelu. - Ona rzeczywiście ma nawet wiele wspólnego z Pięścią. Clara zawsze musi podejmować właściwą decyzję właśnie wtedy, gdy dostrzeże minusy swojego działania. 
 - Każdy uczy się na błędach przez całe życie, Inferno. - odparł Scott. - Nawet starzec ich nie uniknie. 
 Inferno zakrył dłonią usta i spojrzał w bok, wyraźnie zamyślony. Sądził, że on sam mógł odpowiedzieć za każdy błąd Tacaty, bo w końcu on, z racji tej, że robocica najbardziej się go bała, został jej strażnikiem i kontrolerem. 
- Nie wiem, McDavid, czy to my będziemy się uczyć na błędach Tacaty... Ale to jest możliwe. Nigdy nie wiadomo, co nas spotka. Z robotami nigdy nic nie wiadomo. 
Scott pokiwał wolno głową. Nawet nie przypuszczał takiego rozwoju sytuacji. Sądził, że rzecz miewa się inaczej, niż się tego raczej wszyscy spodziewali. 
A jednak Kanada cały czas ich zaskakiwała. Armia nabrała siły, lecz teraz bardziej skupiała się na badaniach, niż walce. Jej członkowie nieśli kolejne wykonane analizy do wydziałów ufologii i kosmologii, aby ci dogłębnie zbadali inne obiekty we Wszechświecie niż ,,sąsiedzi” Ziemi z Układu Słonecznego. Można by przypuszczać, że nie tylko na Ziemi miało prawo rozwinąć się życie. 
Wiara zaś w istoty wyższe była już swego rodzaju religią, która rozwinęła się jeszcze ponad sto lat temu, czyli w dwudziestym drugim wieku. Inferno miał rację – Kościół upadał, a bogów znów było wielu – byli to bogowie tak samo potężni, lecz ludzie też inaczej ich sobie wyobrażali. 
Scott spojrzał w zamyśleniu na cyborga. Wydawało mu się niemal oczywiste to, co usłyszał od niego na temat religii. Nauka płynąca z tej wiary była pojętna jedynie dla tych, którzy wyjątkowo głęboko ją rozumieli. A tutaj rozum był potrzebny, aby pojąć niektóre rzeczy z reguły niepotrzebujące dłuższego wytłumaczenia. Ludzie poprzez rozwój kultury i nauki mogli zbadać więcej, i więcej przekazać przyszłym pokoleniom. 
Inferno spojrzał na swoje na wpół robocie ręce, i westchnął. 
- Sądzę, że twoja wiedza o robotach w połączeniu z naszą da nam szansę na przeżycie największej burzy wojennej. - powiedział Scott. - Dlatego Armia istniejąca od stu pięćdziesięciu pięciu lat (od 2145 roku) powinna chronić dalsze pokolenia, które przyjdą tu kiedyś zająć nasze miejsce. Pokonamy największe przeszkody... zawsze dawaliśmy radę. 
 Cyborg kiwnął głową, dotknął przez chwilę bok głowy, gdzie miał zloty na przewody umożliwiające mu połączenie z komputerami w stowarzyszeniu. 
Spojrzał na Scotta ciepłym wzrokiem – właściwie po raz drugi może od całych jego dwóch wcieleń. Jego głęboki bursztynowozłoty kolor oczu odbijał światło, którego nie było za oknem – to światło było po prostu. Gdy tak patrzył, powoli jego ręka uchwyciła rękę ludzką i ścisnęła. 
Na jego starczej twarzy pojawił się z wolna uśmiech. Scott widział też ten uśmiech w jego oczach – a jego oczy, muśnięte błękitem nieba również się śmiały.







środa, 13 lipca 2016

III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Szesnasty

Cześć!

W końcu postanowiłam na tym blogu wziąć się w garść i coś tu napisać. Przeczytałam w tym celu całą trzecią – czyli obecnie tworzoną :) - część Gwiezdnej Armii, i była to dobra decyzja – od razu mam rozdział.
Napisałam go jakieś trzy, cztery dni temu.

Miłych wrażeń!
I dajcie znać, czy Wam się podoba! ;* :*


 >>>>>>

Minęło znowu parę dni i Scott wreszcie wrócił do domowego zaciszu. A raczej, zaciszu tylko w cudzysłowie. 
Venus była na niego bardzo rozgniewana. Twierdziła, że nigdy on sam nie dokonał gorszego wyboru, jak przyjęcie robocicy do Armii. Scott jednak nie rozmawiał z nią tak szczerze i przyjacielsko, jak kiedyś. Inferno też to zauważył. Poczuł wstyd, jednak nie wiedział, jak temu zaradzić. 
Przez moment bał się, że tym razem to autobotka opuści Armię i dla różnicy, nigdy już do niej nie wróci – ani do Scotta. Z każdym dniem coraz ciężej było mu patrzeć na zapaść między istotami, które tak wiele dla siebie wzajem znaczyły. Maj zbliżał się już ku końcowi, a kielichy kwiatów drzew owocowych powiększyły się. Poszły już w niepamięć zgryźliwe mrozy i jedyne co wyczuwalne było w powietrzu, to opary zbliżającego się lata. 
Parkowe klony pozieleniały tak, że wkrótce żaden z nich nie przypominał sobie swojej zimowej nagości. 
Ale wyglądało na to, że stosunki między Venus a Scottem mocno się oziębiły. Inferno również nie wiedział, jak pozbyć się napiętej atmosfery. Nie był w istocie pewny, czy to rzeczywiście powód Tacaty. Ale zauważył u autobotki motyw zazdrości, co był w stanie przewidzieć. Lecz w miarę, jak cała czwórka zadecydowała, że Tacata zamieszka u Scotta i Venus na jakiś czas, Inferno starał się wytłumaczyć Venus całą sprawę, lecz ta nie chciała słuchać nawet swojego stwórcy. 
 - Należy do tej bandy, tak czy nie? - wpadła w złość pewnego razu. - Popełniliście wielki błąd, Sebastianie Patricia... Nie jesteś pewny własnych słów, a mimo to upierasz się przy swoim. Ja na pewno nie będę gospodynią dla tej szkarady. 
Te słowa jednak nie były do końca prawdą, gdyż Tacata była najpiękniejszą robocicą nowego pokolenia. 
Autobotka za wszelką cenę starała się namówić członków Armii, aby lada dzień ją zwolnili, lecz nie usłuchali – w tej branży jednak wyższą pozycję zajmował człowiek. Scott nie miał pojęcia, co robić. Wiele razy dyskutował o tym z cyborgiem. 
- Być może myśli, że już nic dla niej nie znaczysz. - powiedział starzec przeczesując palcami włosy na czole. - Musisz jej pokazać, co do niej czujesz – czyli to, co dawniej. Owszem, być może jest to dla niej trudniejsze, niż my, faceci przypuszczamy... w końcu każda kobieta jest zazdrosna o mężczyznę wtedy, gdy jej na jemu zależy... myślisz, że ja nie miałem podobnych przebojów? - zaśmiał się krótko, lecz szczerze. Scott uśmiechnął się nikliwie, ale milczał. - Nie przejmuj się, Scotty. - powiedział cyborg, a przez jego twarz przemknął uśmiech – uśmiech, który sprawia, że każdy człowiek (czy też cyborg) bez względu na swój prawdziwy wiek, młodnieje. - Przecież jak gdyby coś się z nią działo, gdyby coś knuła, możesz na mnie liczyć. W końcu ja narażałem życie aby ją ujarzmić. Gdyby chciała, mogłaby zabić mnie jednym strzałem, albo ścisnąć mnie swoim biczem niczym pyton. Ale ja przestałem lękać się śmierci; ty też jej się nie bój, Scott. Bolesna śmierć jest dla przeklętych, a śmierć szybka, bez cierpienia – to droga do chwały... jednak nie każdy uczciwy za życia umiera tą właśnie śmiercią. 
Scott nagle zapytał: 
- Dlaczego tak jest? 
- Co...? Ze śmiercią?... No, być może dlatego, że śmierć nie zawsze miewa szacunek dla cierpiącej osoby. A ze mną obchodziła się wyjątkowo brutalnie, zanim moje życie ludzkie zgasło... i może dostałem od niej należytą nauczkę. 
 Scott jednak nie zrozumiał. 
- Jak to: nie ma szacunku? Każdy zmarły musi być szanowany... Kościół tak nas uczył. 
- Ale my nie wierzymy w Kościół. - powiedział twardo Inferno. - Kościół upada... Teraz istoty gwiezdne mają nas w swojej pieczy... ale masz rację, zmarły musi być należycie traktowany. Ale nasza wiara przecież nakazuje to samo... więc pod tym względem nic się nie zmieniło. Teraz, jakby wraca do nas politeizm. 
Scott milczał, rozważając słowa mądrego, doświadczonego w życiu człowieczym cyborga. Pomyślał wtedy o straconym w boju '95 autobocie, Luke'u. Czy on także musiał cierpieć? Nie, on nie cierpiał. On poświęcił się dla Armii, chcąc ratować Venus. 
Jednak śmierć w poświęceniu bywa łaskawa, a szczególnie gdy ten, który się poświęca, chce ratować druhowi życie, bo wie, że ten druh bardziej na nie zasługuje. 
Mężczyzna spojrzał na cyborga i odrzekł: 
 - Powinieneś nas uczyć szacunku wobec śmierci, Inferno. Niektórzy wcale nie kwapią się do odejścia z tego świata, gdy wiedzą, że na nich już czas. 
Starzec spojrzał na niego piwnymi oczyma i jego wzrok spotkał się ze wzrokiem McDavida. Przez chwilę patrzyli na siebie wzajem bezsłownie, aż w końcu cyborg odwrócił głowę. 
- Przestań, McDavid. - powiedział nieco zaostrzonym tonem, jakby zaprzeczał kontaktowi wzrokowemu. 
Scott nie dziwił się jego zachowaniu, i nie próbował wciągać go w ten temat rozmowy. Inferno spoglądał na niego spode łba, miał zmarszczone brwi. Nie próbował jednak sam ponowić spojrzenia mu w oczy. 
 Scott jednak dla porządku położył mu dłoń na ramieniu. 
- Nie denerwuj się, przyjacielu. - powiedział. - Nie ma powodu, abyś tak myślał. 
Cyborg spojrzał na niego pocierając knykciem skroń. 
- Czy zastanawiałeś się kiedyś, czy można kogoś kontrolować poprzez myśl? - spytał. 
Scott pomyślał chwilę. 
Wiedział, że Inferno jest zwyczajny do zadawania zagadkowych pytań i zazwyczaj udzielania wobec innych tak samo zagadkowych odpowiedzi. Jednak, nigdy nie zdarzało mu się zastanawiać nad wypowiedziami cyborga. Myślał on bowiem, że ten typ już tak ma i potrzebuje czasami się wygadać. 
Jednak, potrzebował jeszcze jakiegoś odcinka czasu, aby pojąć jego naturę, z którą tak rzadko się spotykał w jego poprzednim życiu. Jednakże już jakiś czas temu zauważył, że Inferno mógłby być pomocny przy badaniach nad nieznanymi konstelacjami gwiezdnymi, o czym on sam mówił dawno temu. 
Wiedza o nich byłaby z pewnością niezbędna, i to urozmaiciłoby z kolei ich pracę. Przypomniał sobie pytanie, zadane przez niego i nie chcąc ani potwierdzić, ani zaprzeczyć, odparł: 
 - Żyjemy w takich czasach, że z roku na rok coraz więcej możliwości jest dostępnych ludziom. Ale z kolei, czemu ludzie mieliby siebie wzajemnie kontrolować?... Wtedy straciliby poczucie człowieczeństwa. 
Cyborg spojrzał na mężczyznę mrużąc w zirytowaniu powieki. 
- Widziałem na własne oczy, w podświadomości, czym Pięść się stał. - powiedział. - Jeżeli wojna ma wybuchnąć teraz, to czemuż ludzie nie odwzajemniają jego gniewu, tylko skurczają się w sobie, jak zbite psy? 
- Ludzie lękają się śmierci. - odpowiedział Scott. 
- Ale przecież... - cyborg urwał. 
Czuł, że jednak jego dalsza dyskusja na ten trudny temat nie doczeka się trafnego zakończenia. Mężczyźni popatrzyli po sobie, a potem odwrócili głowy, każdy w przeciwną. 
 Scott jednak wiedział, że być może wypowiedział kilka słów za dużo. Rozmowa z Infernem zawsze była trudna, zawiła. Wcale się nie dziwił złości Corletta, ale teraz, gdy miał świadomość, że między nimi zapanowała zgoda, czuł, że on również wkrótce wpadnie w gniew. Ale potrafił się hamować. 
Miał świadomość, że ukończył kilka miesięcy temu trzydzieści pięć wiosen, i potrafił poskramiać złość tak samo jak bunt, i wiedział, że Inferno wyczuwa w nim pewien respekt.


wtorek, 21 czerwca 2016

III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Piętnasty

- Panie – odezwał się kilka minut po północy Pieniacz. - Tacata nie wraca już od kilkunastu godzin. 
Stalowa Pięść milczał, bardzo rozzłoszczony, tak rozgniewany, że nie był zdolny teraz nawet bić rękoma swoich, jak to zazwyczaj robił, gdy coś szło nie po jego myśli. 
- Kiedy ta jędza się wymknęła? - spytał zaraz Czarna Kobra, a stojący obok niego Stalrat prychnął pogardliwie. 
 - Nie mam pojęcia. - syknął Pieniacz. - Nie widziałem, jak ona pakowała manatki, jasne? 
- I weź tu zaufaj kobiecie! - dodał zaraz Stalrat. 
- Milczeć! - zirytował się Pięść. - Macie ją odszukać, zrozumiano? 
Roboty zorientowały się teraz, że nie mają łatwego zadania. Wydawało się, że zaczęli czuć niechęć do Tacaty, niemalże nienawiść. 
- A skąd my się dowiemy, gdzie ona wybyła? - spytał Pieniacz. Stalowa Pięść spojrzał na nich, jak na nieporadne dzieci – bo tak w tejże chwili się zachowywali. Jednak nie żywił dla nich współczucia na długo. 
 - Jesteście wojsko, czy nie? - odpowiedział im. - Macie nadajniki, ruszajcie! Nie spodziewałem się, że będę musiał was, rasowych żołnierzy, uczyć jak się strzela z karabinu! Na ogon komety! - zaklął. - Nie chcę słyszeć od któregokolwiek z was o tym, że nie możecie sobie poradzić z tak podłą, sykliwą żmiją. 
- A ty, to niby co, nie chcesz jej szukać? - spytał Pieniacz. - Jakoś nie kwapisz się do jej odszukania, a na nas zwalasz wszystko, cokolwiek by to nie było. Myślisz, że tylko służący mają za zadanie skomleć u nóg dowódcy, a ten natomiast ma na nich szczekać? 
Stalowa Pięść drgnął, zaszokowany tak dobitnymi (i prawdziwymi) słowami z ust Pieniacza – woja, którego cenił sobie ponad miarę i był dla niego jak brat. 
Ale, jak to zazwyczaj bywa, Pieniacz miał zwyczaj porównywania jego rządów i ich wojska do sfory, nie wiadomo czemu. 
 - Nie jesteśmy psami, Pieniaczu. - odparł. 
 - Ale twoje rządy są podobne psiej czelności. - syknął robot. - Czy nie rozumiesz? Niepotrzebnie zaufałeś Tacacie. Trzeba było ją rzucić na żer subryńskim jaszczurom... o ile one żywią się metalem. 
Stalowa Pięść odwrócił się do nich. 
- Zakończyły się lata pokoju, chłopcy. Musimy ruszać do walki. Tylko wtedy ją odzyskamy. 
 - Czy ty myślisz, że wojna to jedyne rozwiązanie? - zagadnął Stalrat. - Autoboty zduszą nas prędzej czy później. Wiesz, co było wtedy w '97... ta porażka może być jeszcze większa! 
- Już nie pozwolimy sobie na błędy. - przekonał Pięść. - Inferno pójdzie na pierwszy ogień, a potem może McDavid... ale jeśli będą jeszcze te autobotki, też będzie mi miło je gościć na szubienicy. 
Przez tąże chwilę roboty słuchały jego słów bez szmeru, bez jęku nawet. Znały już go nadzbyt dobrze i postanowiły sobie, że dopóki on żyje, będą mu służyć, jednak pragnęły, aby ten czas okazał się krótszy od rządów Inferna i Gallarda. 
Milczały więc, niby pokornie, jednak ich serca były przepełnione mściwym pragnieniem. Zamierzały iść za ciosem i nigdy nie dać się oszukać. Te ostatnie pięć lat (poczynając od roku 2295) nauczyły ich wiele więcej, niż kiedykolwiek. Postanowiły nigdy nie wracać do przeszłości. Uważały, że nie zamierzają wziąć odwetu za autoboty teraz, lecz z pewnością musiały zmierzyć się z nimi – ale jeszcze nie teraz. 
Wiedziały jednakże, że roboty funkcjonują jeszcze w Kanadzie, a najwięcej (lecz znacznie mniej od autobotów) jest ich w Ottawie, stolicy. Wszystkie niemal prowincje były podzielone na określoną ilość autobotów w miastach – tak samo było w sąsiednich Stanach. 
Gdy produkcja masowa autobotów w Kanadzie dobiegła końca (Stany ukończyły tą produkcję po wojnie w Kanadzie w '70 roku), jakiś czas potem autoboty pobierały naukę od ludzi, aby później im pomagać w budownictwie. Wzajemna pomoc była bardzo ważna, szczególnie, gdy roboty zaczęły się buntować przeciw swym panom. Obecnie ,,rasa” ta była całkowicie niezależną od ludzkości. Polegały jedynie na sobie. Jednakże zachowały w sobie wiedzę od ludzi. 
Wydawało się, że zapomniały czasów, kiedy żyły pospołu z ludźmi i dzieliły ludźmi marzenia. Ale autoboty już dawno wiedziały, że nadejdzie czas, kiedy to roboty pojmą swój wielki, niewybaczalny niemal błąd. Miały w sobie taką nadzieję, każdego dnia jednak karmiły ją wątpliwościami. Ale musiały też pojąć, że jeśli żyją razem z nimi, musiały też ich znosić, dopóki roboty nie będą w stanie zrozumieć, co tak złego uczyniły ludzkości, lub dopóki one nie polegną z rąk ludzkich.

*** 
 
Pojawienie się Tacaty w kwaterze stowarzyszenia wywołało burzę podejrzeń i niejasne spojrzenia, jak zresztą można się było spodziewać. Z drugiej strony jednak, przyglądali się jej w niemym podziwie; jej niebiesko-fioletowa, niemal nie uszkodzona zbroja, połyskiwała klarowniej od zbroi bojowej Inferna. 
Jej sylwetka wywołała ogólny stan rzeczy wśród męskich autobotów. Mężczyźni jednak, którzy ją przyprowadzili, nie mówili wiele na jej temat; jedynie Clarze powiedzieli, że Tacata dołącza się do nich. 
Przywódczyni Armii nie zareagowała na to entuzjazmem, lecz nie chciała mówić o tym, co myśli, w obecności robocicy. Wezwała więc zatem trzech mężczyzn na rozmowę na ten temat. 
Gdy Corlett, Alec i Scott weszli do jej gabinetu i zajęli miejsca, ta, jak zwykle, aby rozerwać spiętą atmosferę, jaka zazwyczaj się tworzy, na przykładzie, gdy uczeń jest wzywany ,,na dywanik” do dyrektora, zaproponowała im filiżankę herbaty. 
Corlett zgodził się nieco niechętnie, chociaż upijał ze swej filiżanki małymi łykami, zaś Alec i Scott grzecznie odmówili. 
Clara jednak nie naciskała na przyjaciół. Wyczuwała, że ta wymiana zdań może być na ich sposób nieco krępująca. Wiedzieli oni wszyscy, że Tacata jest obdarowywana podejrzeniem, toteż żaden z członków Armii nie mógł pojąć, czemu tu jest. Nie wiedzieli, co jest tego przyczyną, i nawet się tego nie spodziewali. Clara jednak starała się być godną następczynią Susan. 
Scott widział, jak jego towarzysze zacierają pod stolikiem knykcie ze zdenerwowania, a Alec westchnął ciężko, starając się poskromić złość. 
 - Nie macie się o co denerwować. - uspokoiła ich Clara. - Jednak, czy jesteście pewni, czy Tacata nie zdradzi naszego umiejscowienia, nawet pod grozą śmierci? Sami wiecie, że roboty nie mogą pogodzić się z rządami autobotów. Ona nie boi się was, widać to po niej, i nie wiadomo, czy będzie chciała uprowadzić któregoś z naszych. 
- Nie ośmieli się. - powiedział Inferno. - Żywi przede mną trwogę. Jeżeli uczyni coś któremuś z naszych, z pewnością poczuję się do odpowiedzialności, aby ją należycie ukarać... i nawet jeśli wtedy zetknę się z samym Pięścią, będę uszczęśliwiony tym bardziej że zginę z jego ręki, nie jej. W pewnym sensie, ma co do mnie trochę racji w swej nienawiści – i ma do tego prawo. 
 Clara była zaskoczona postawą cyborga – nigdy dotychczas nie spotkała się z takim iście żołnierskim honorem w jego statusie. 
 - Być może zbierze w sobie odwagę na tyle dużą, że jeden zdrajca robotów jej nie przerazi. - odparła. - Skoro mierzyła się już z armią wygłodniałych jaszczurów subryńskich, to co jej po jednym cyborgu?... zastrzeli albo udusi, jak większość. 
 - Zadbamy o to, aby pożałowała swoich czynów. - przekonywał cyborg. 
 Teraz był całkowicie pewny swoich słów. Jako Sebastian Patricia, nigdy nie rzucał słów na wiatr. 
Teraz, starał się nie powtarzać błędów przeszłości – był już za stary na taką manipulację losu. Czuł, że jego udział w tej instytucji być może będzie jego ostatnią pracą w jego życiu, ponieważ wiedział, że jako cyborg może teraz zakończyć żywot za pomocą jednego laserowego strzału. Był już oswojony z myślą o śmierci, bo już raz jej ,,doświadczył”. 
Nie potrafił jednak pojąć, że inni ludzie, szczególnie młodzi, nie są obeznani w tym temacie, a przecież i oni też często wcześnie opuszczają ten świat – zbyt wcześnie. Gdyby jednak mieli nieco więcej rozumu od młodszych lat, wiedzieliby, co to cierpienie. Również mieliby szacunek do cierpiących starszych ludzi, może i w wieku człowieczym Inferna, ale o słabszych siłach witalnych i umysłowych. 
 Gdy jednak Inferno kończył po cichu w '95 roku sześćdziesiąt pięć wiosen, doskonale wiedział, że jemu rychlej przyjdzie pożegnać się z życiem. W ciele człowieka żył więc już sześćdziesiąt siedem lat, a w ciele cyborga – jego ,,nowym życiu” - przebywał ledwie trzy lata. I tak odliczało się to w ten sposób, jakby nadal żył jako człowiek – bo cyborg był swojego rodzaju człowiekiem. 
Mimo nieukrywanej nienawiści do wrogów Armii, nie zapominał, dzięki komu zyskał ,,nowe życie”. Był wierny przywódczyni Armii, a najbardziej jednak jej członkowi, dzięki któremu, zyskał światłość świadomości, kim jest naprawdę. 
Był niezwykle wdzięczny całej Armii. I za to też właśnie obiecał, że pomoże schwytać wszystkie pojedyncze jednostki robotów, które ośmielą się spiskować przeciw stowarzyszeniu. A wydawało się Clarze, że Tacata była jedną z pierwszych. 
Nie wypowiedziała jednak swoich spostrzeżeń głośno. Wpatrywała się w mężczyzn tak, jakby nie do końca ufała ich możliwościom. Szczególnie typ spojrzenia, jakim darzyła Inferna wydawał się Scottowi nieco nadopiekuńczy. 
 - Nie jestem pewna, czy z własnej woli odejdzie od Pięści. - powiedziała. - Wydaje mi się, że rychło będzie chciała uciec, ale pod osłoną nocy i to tak, aby nasze radary jej nie wykryły. Ja bym dała jej czas na ucieczkę. I tak, prędzej czy później spotkalibyśmy się w boju. 
Mężczyźni spojrzeli kolejno po sobie. Nie zamierzali sprzeciwiać się jej słowom. Co niektórzy odzyskali jasność widzenia, ale nie Scott i Inferno – oni upierali się przy swoim. A ponieważ Corlett wiedział, jaki Scott potrafi być uparty, postanowił jednak niedługo zamienić słowo z cyborgiem. Jednak nie było to łatwe. 
 Cały czas, gdy Scott kończył poszczególne analizy i w trakcie przerwy starał się zagadać cyborga, ten zawsze go spławiał tak uprzejmie, że nie poczuwał się do wrażenia, że kiedyś mu się uda. On jednak nie wiedział, co Scott planuje. Zdawał sobie sprawę jedynie, że trzeba pozwolić Tacacie uciec. 
Venus, autobotka Scotta, również była zwolenniczką teorii Clary. Wraz ze swoją wspólniczką, autobotką Corletta, Kometą, starały się przekonać swoich stwórców, że jednak Clara ma rację. 
Jedynie Harley, autobot firmy i robocica Aleca, Soprano, nie byli w stanie pojąć, o co chodzi w tej dziwnej aferze. 
- To właśnie przez roboty straciliśmy Luke'a. - przypominała mężczyznom po raz któryś Venus. - Nie zdajecie sobie sprawy, w co ta żmija was wciągnie. Mogła nadal być na Subrynie i lada dzień umrzeć, nikt by po niej nie płakał, bo na Ziemi nie dokonała chwalebnych czynów. 
Jednak żaden z nich nie był odważny jej odpowiedzieć. 
- Sami widzicie. - ciągnęła Venus. - Jesteście przecież dorośli i odpowiedzialni, zgadza się? Więc to wy spokojnie możecie odpowiedzieć za jej zdradę. 
Kometa nie mówiła nic, bo stwierdziła, że to Venus powiedziała za nią wszystko.


środa, 15 czerwca 2016

III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Czternasty


Rozdział niniejszy dedykuję Izie – jedynej osobie, która wiernie trwała przy tej historii, mimo trudności ^.^



Miłego czytania życzę! ^.^


Z chęcią poznam Wasze opinie na temat postaci, których losy obecnie śledzicie ~`.^

 >>>

Scott spojrzał niepewnie w stronę, dokąd udał się cyborg. 
W chwilę potem (minęła już godzina od jego odejścia) mężczyźni usłyszeli dwa wystrzały, co postanowiło ich na nogi lepiej niż ostry dźwięk budzika o poranku. Wyciągnęli przed siebie pistolety. 
 - Żyje. - stwierdził po chwili ciszy Scott. - Chyba ma jeńca. 
Jak najszybciej potrafili, popędzili w stronę ścieżki osłoniętej zaroślami, dokąd poszedł ich towarzysz. Nadajnik wskazał im prawidłowe współrzędne miejsca, gdzie aktualnie znajdował się Inferno. Starali się nie marnować czasu na przedzieranie się przez puszczę, więc ruszyli poboczną ścieżką. Las coraz bardziej gęstniał, toteż światła latarek się zaostrzyły, gdy przyszło im posuwać się nieco w bok, tak, jakby chcieli spotkać się z cyborgiem po skosie. Nie tracili krzepy, tymbardziej, że Scott starał się prowadzić ich jak najbliżej potencjalnej drogi cyborga. W końcu nadajnik na nadgarstku Scotta, jak również Corletta wyznaczył bardzo silny sygnał. 
 - Zbliżają się. - zaalarmował Bluegott. 
- Czy ty powiedziałeś...? - zaczął Scott. 
 Lecz w chwilę później członkowie Armii zobaczyli dwie ściśnięte ze sobą postacie. Nie pozostało im nic innego, jak czekać, aż ci się zbliżą. Alec zerknął przez lornetkę, zawieszoną na piersi. Zobaczył przez powiększające szkło, że jedną z tych postaci jest Inferno, prowadzący za spętane ręce kogoś, przypominającego innego cyborga. 
Popatrzyli w zdumieniu po sobie. Jednak, gdy Inferno zbliżył się do nich na tyle, że mogli rozpoznać jego rysy twarzy, Alec spytał nieco żartobliwie: 
- A kogoż nam to przyprowadziłeś, Piekło niepojęte? 
Inferno jednak nie był skory do żartów – zresztą, nigdy nie bywał w tak ,,poważnej” sytuacji. 
Spojrzał jedynie na Aleca krzywo i odparł w stronę Scotta: 
- Chyba miałeś rację, McDavid. To służąca Pięści. 
- No proszę! - klasnął w dłonie Corlett, przyglądając się robocicy spętanej przez Inferna. - To chyba stara znajoma Susan. 
 - Co? - nie zrozumiał Scott. 
Ale w chwilę potem stanął mu ten moment w oczach; Susan Steward, dowódczyni Armii, leżąca w śniegu, nad jej głową była jakby ,,aureola” z jej własnej krwi po samobójczym strzale w głowę poprzedzonym ciosem robocicy w podbrzusze (które i tak było dość śmiertelne), w jej oczach ślady niedawnych łez, a ona sama była zimna jak lód. 
Wzdrygnął się na tę myśl i w końcu pojął; robocica zabiła ich dowódczynię. Dziwił się, że nikt wcześniej mu o tym nie mówił. 
- Skąd o tym wiesz? - spytał Scott Corletta. 
- Gdy byłem poza Armią podsłuchałem kilka rozmów robotów. - odparł Corlett. - Do tego nawet Gallardo by się nie przyznał. 
Tacata zmierzyła mężczyzn zimnym wzrokiem i rzekła: 
 - Jesteście bystrzejsi, niż myślałam. Jednak macie pecha, ponieważ nie zejdę na waszą stronę i jeśli mi tylko Pięść rozkaże, wymorduję was w ciągu jednej nocy. 
 Scottowi źrenice się rozjarzyły z gniewu; przycisnął do jej policzka pistolet. 
- Nim przystąpisz do tego dzieła, zmierzysz się ze mną. - powiedział. 
- I ze mną. - dodał cyborg ściskając jej pęta. 
Tacata spojrzała po ich gniewnych twarzach i wybuchła krótkim, zimnym śmiechem. 
- Bezczelny złom płci niewieściej! - syknął Inferno uderzając ją pięścią w głowę. 
Cios oszołomił Tacatę na jakiś czas, lecz cyborg użył niewątpliwie całej swej siły. Gdy po niespełna minucie powróciła do przytomności, jej wzrok zbłądził na Scocie a potem na Corlecie, których widziała wten czas najwyraźniej. Jej twarz wykrzywiła się wściekłością tak czystą i dobitną, że Scottowi natychmiast skojarzyło się to z gniewem Gallardo. 
- Czego chcecie? - spytała. 
 Scott spojrzał zagadkowo na Aleca. Nigdy dotychczas nie zastanawiali się nad tym, co by chcieli od samego Pięści, gdyby mieli taką okazję. Jednak wiedzieli, że mimo wszystko robocica boi się ich. Ale Scott od razu wywnioskował o co chodzi. Odparł jej śmiało, twardo i dobitnie: 
- Dowiedzieć się, co knuje Pięść. 
Ale znowuż odpowiedział mu zimny śmiech robocicy. 
- Ha! Myślisz, synu McDavidów, że tak łatwo ci to wyjawię? 
Scotta nie dziwiło jednakże, skąd robocica tak dużo wie o nich samych – podejrzewał, że to sprawka Pieniacza, Kobry i samej Pięści. 
 - Nie masz wyboru... - powiedział cyborg. - Tak samo jak twój nowy pan nie daje wam wyboru. 
Tacata zwróciła ku niemu głowę. 
- Wy też nie będziecie go mieli... Stalowa Pięść stęsknił się za wami. Chciałby się z wami spotkać. 
Cyborg zmrużył podejrzliwie oczy. Widać było, że zwietrzył w chytrych słowach Tacaty ukryty podstęp. Ale milczał na ten temat ponieważ miał nadzieję, że jego towarzysze też to zauważą. 
 Tacata uśmiechnęła się sarkazmatycznie, rada z tego, że członkowie Armii tak szybko przeanalizowali jej słowa. Przeczuwała, że tym bardziej będzie narażona na gniew Scotta i cyborga, lecz wiedziała, że jeśli rozegra to rozsądnie, ci nie odważą się unieść lufy przeciw niej. 
Jej najwyższy stopień przebiegłości przewyższał nawet największy szczebel gniewu cyborga i samego Gallarda. Mając teraz przed samymi oczyma tych wielkich wojowników Armii, a w szczególności Scotta, syna McDavida i panny Easton (która przyjęła podczas ceremonii ślubnej nazwisko małżonka), zdawała sobie teraz jasno sprawę, co przyjdzie jej zrobić, czego musi dopilnować, aby już nigdy więcej Kanada nie posłyszała czegokolwiek o Gwiezdnej Armii. Przez ten stosunkowo krótki czas ,,zniewolenia” u robotów, zdążyła już bardzo wiele pojąć w ich rozumowaniu i wiedziała już iście dokładnie, co planował Pięść. Mianowała go swoim panem, chociaż żadnemu z wojów się do tego nie przyznała, nawet jemu samemu. Wydawała się im tajemnicza i zupełnie inna od robotów z ich pokolenia – tak jakby przemieścić człowieka z okresu średniowiecza do czasów rozwinięcia największej technologii elektronicznej. 
Scott spojrzał Tacacie w oczy z dozą ostrzegawczą i rzekł: 
- Być może mu trochę tęskno, gdy nie ma z nim Gallardo... 
 - Ja uściskam go najserdeczniej. - przekonywał Inferno puszczając Scottowi oko. 
Tacata spojrzała na Scotta, niemal przeszywając go wzrokiem. Po jego umięśnionej sylwetce, a w szczególności ramionach, pojęła, że ma do czynienia z wojownikiem z krwi i kości; potrafił dźwignąć ciężki karabin. Olśniło ją w przekonaniu, że jednak Stalowa Pięść nie kłamał. 
Jednak wiedziała, że walczyła już nieraz z naprawdę silną jednostką kosmitów subryńskich, więc nie zdumiało ją wcale, że taki wojownik dał radę nawrócić ze złej drogi cyborga, który był silniejszy od zwykłego człowieka. 
Jednakże czuła wielmożną pychę i czuła, że dałaby jemu radę, nawet uzbrojona jedynie w bicz. Szarpnęła się cyborgowi i warknęła w jego stronę: 
 - Od kiedy jesteś taki uczuciowy? W takim razie okaż trochę serca i wypuść mnie wolno. 
- Darmo tego nie zrobię. - odgryzł się Inferno. 
 - Więc dajcie mi z wami pracować. - odrzekła Tacata. 
 Inferno popatrzył po towarzyszach, a Corlett, Alec i Scott spojrzeli po sobie w tej samej chwili. Przez chwilę nie wiedzieli, jak prawidłowo zareagować na to oświadczenie, więc czuli po trosze zdumienia, zaskoczenia i nieufności. 
Inferno jednak, lepiej niż ktokolwiek inny w Armii, wiedział, do czego są zdolne roboty, więc podjął podejrzliwym tonem: 
- A skąd mamy wiedzieć, że nas nie zdradzisz? Myślisz, że masz do czynienia ze szczeniakami? 
 Jego towarzysze, mimo iż jakoś przywykli do jego złośliwych odzywek, teraz jednak zadziwili się tak bardzo, że poczuli coś w rodzaju wdzięczności: Inferno wiedział, jak nie pozwolić wrogowi na manipulację. Szczególnie Corlett teraz poczuł, że jednak może od byłego działacza pobrać sporą i co najważniejsze, cenną edukację. 
Tacata przekonała się jednak teraz, że zaciśnięcie cyborga w ,,pętlę serdecznych słów”, będzie jednak trudniejsze niżby była sama walka z armią autobotów. Ten jednak nadal ją trzymał skrępowaną, nie czując wyraźnie dla niej zmiłowania. 
Scott podszedł do niej i spojrzał jej w oczy; wiedział, że był na wyższej pozycji niż ona, więc był pewny, że robocica porzuci wszelkie nadzieje na zbieg. 
 - Wyglądasz na samotniczkę. - powiedział. - Lecz ja nie przyjmę cię tak łatwo... Mimo wszystko jesteś związana z Gwardią Maszyn. Radzę ci jednak, abyś wróciła tam, skąd przybyłaś, inaczej polegniesz razem ze swym panem w bitwie, która niewątpliwie nastąpi, jeśli Pięść nie pojmie rządu autobotów. 
Tacata prychnęła. 
- Przecież on nienawidzi autobotów! - krzyknęła. - A w Kanadzie jest ich coraz więcej. To wasze całe stowarzyszenie powoduje rozpad produkcji robotów... a one też są potrzebne. 
 - Przecież pamiętasz tamtą wojnę która wybuchła trzy lata temu. - powiedział Scott. - Gdyby nie autoboty, te szalone maszyny spaliłyby całą Kanadę i wymordowaliby wszystką ludność. 
 - Te roboty działały poprzez niepoczytalność. - odrzekła natychmiast Tacata. 
Inferno zaczerwienił się z gniewu. 
- A czy ty byłaś poczytalna, zabijając Susan? - warknął. 
Tacata była zaskoczona tym pytaniem. Bardzo się go bała, i nie chciała na nie odpowiadać. Bardzo szybko pojęła, czemu Stalowa Pięść tak bardzo go nienawidzi (pomijając fakt morderstwa Gallardo i jego przystąpienie do Armii). 
Wydawał jej się rzeczywiście urodzonym przywódcą; o dziwo, lepszym od Pięści. Pięść był wszakże nieobliczalny i okrutniejszy nawet od samego Gallarda. Ale mimo wszystko, Inferno był przytomny umysłowo, gdy walczył przeciw byłemu przywódcy robotów. 
Wspomnienia z tej bitwy stanęły mu przed oczami tak, jakby zdarzyła się ona rok temu. Takich rzeczy nie wymażesz łatwo z pamięci, choćbyś starał się na różne sposoby – te żyją w tobie i korcą niczym zakazany owoc, aby opętać prędzej czy później twój umysł, abyś nie poznał się na przyszłości, i żebyś tak rychło nie spostrzegł się, że tu czeka cię coś zupełnie innego od przeżyć sprzed lat trzech. Roboty jednakże tę miały wadę, że jeśli cokolwiek wielkiego wydarzy się w ich rozwoju, rozpamiętują to na długo dopóty, dopóki nie wydarzy się rzecz jeszcze jedna, potężniejsza w ich mniemaniu od poprzedniej; i ciągle powracają do tego zdarzenia myślami i językiem, czują wciąż to samo, co wtedy, tak samo intensywnie i silnie, aż nic nie jest w stanie oderwać ich od tych wspomnień; w efekcie czego zapominały, że najważniejsza jest dlań przyszłość. 
Zapomniały też dawno słów Inferna przed śmiercią jego ludzkiego ciała: mówił wtedy, że ma powody dla którego chce żyć, jak również, dlaczego chce umrzeć. W zasadzie, każdy człowiek miał takież powody; nie chciał cierpieć, a jednak nie chciał też opuszczać bliskich, dla których znaczył tak wiele. 
 Przez wiele lat pojęcie śmierci dla człowieka było równie tajemnicze, co pojęcie nauki o otaczającym go świecie; w tymże świecie cały czas coś ulegało zmianie, często bez zapowiedzi; a śmierć też zawsze była tajemnicza i mroczna; pojawiała się niewiadomo człekowi skąd, i nigdy nie można było przewidzieć, kiedy kolejny raz ktoś inny zamknie oczy. 
Tacata wiedziała, że zabijając Susan Steward jedna sobie nienawiść Gwiezdnej Armii. Nienawidziła jej od samego początku morderczej walki przeciw autobotom. 
Teraz, gdy pojęła, że syn McDavidów związany na swój sposób ze stowarzyszeniem walczył przeciw robotom i ,,opętał” cyborga, wiedziała, że jej tajną misją, jest niewątpliwie pozbycie się Scotta raz na zawsze i to tak, aby ani Inferno, ani ktokolwiek inny z Armii się o tym nie dowiedział. Toteż mogła tu liczyć na własny spryt. Czując, że cyborg zaciska jej mocniej pęta na nadgarstkach, syknęła: 
- Być może coś mnie opętało, tego nie wiem. Ale wiedziałam, że musiałam walczyć... zaatakowaliście naszą rasę. 
- A wy paliliście naszą ziemię i mordowaliście bliskich nam ludzi! - odparł jej Inferno. - To przez twojego pana i dawnego wodza stałem się, czym byłem, a zaprawdy nie byłem was godzien... możecie mnie zwać zdrajcą, psem, zbiegiem. Nie przeraża mnie wasze wojsko... w końcu ja je założyłem. 
 Mężczyźni milczeli, przysłuchując się jego bardzo sensownym i autentycznym słowom. Wydawało się, że docenili sens jego trudnych przeżyć, przez które siłą rzeczy musiał przejść. Tacata nie była zdolna teraz spojrzeć mu w oczy, bo wyczuła strach – pierwszy raz od jej wygnania przez autoboty na Subrynę; właściwie starała się unikać jego wzroku, lecz nie chciała też dłużej patrzeć na Scotta. Ci natychmiast to zauważyli. 
- Jest od tysiącleci wśród rasy ludzi powiedzenie, że oczy są zwierciadłem duszy. - powiedział wolno Inferno. - Zaś twoje są niewątpliwie tym zwierciadłem, w którym żadna żywa istota się nie obaczy. 
Tacata milczała, wzrok wbijając w ziemię. 
- Skąd mamy wiedzieć, że można na tobie polegać, jak już raz byłaś w legowisku naszych wrogów? - spytał Alec posługując się przysłowiem. 
Inferno oddychał głęboko, pierś mu falowała, jednak jego oczy bacznie śledziły każdy gest robocicy. 
 Ta natomiast, doznawszy uczucia, że nie ma łatwej decyzji, odparła: 
- Stalowa Pięść jest szaleńcem, nie przywódcą. To śmierć Gallardo uczyniła go takim. A ja nie służę szaleńcom. 
Przez chwilę mężczyźni milczeli w zadumie, rozważając, co zrobić. Zorientowali się jednakże, że robocica usiłuje ich skusić podstępem. Jednakże chcieli się przekonać, czy naprawdę słowa jej były tyle warte, na ile je ceniła. 
Inferno nic nie odpowiedział, wpatrywał się tylko w Scotta, a po chwili skinął na niego głową, aby to on zadecydował; wszakże nie było przy nich Clary, a wydawało im się, że Scott mógłby z powodzeniem być mianowany zastępcą dowódcy. Scott popatrzył chwilowo po towarzyszach, jakby szukał w nich potwierdzenia gestu cyborga, ale oni też czekali na jego sygnał. 
Po ledwie piętnastominutowej ciszy, odezwał się: 
- Jeśli sama jesteś szalona, to nie ulega wątpliwości, że padniesz pod jednym strzałem. Nie zaufamy ci jednak całkowicie, nie jesteśmy dziećmi. Przyjmiemy cię, za warunkiem, że nie zdradzisz Pięści naszego położenia, bo naszych stowarzyszeniowych sekretów z pewnością ci nie wyjawimy... Będziesz musiała iść za naszymi rozkazami, a Inferno będzie twoim strażnikiem. 
 Przez chwilę myśleli, że robocica zacznie diabolić dziecinnie, dlaczego akurat wybrali starca, lecz ona milczała, przełykając jednak ślinę, jak gorzką pigułkę. 
 - Pamiętaj, że podlegasz rozkazom nas wszystkich. - powiedział Scott. - A Clary i moich w szczególności. Jeśli jednak posłyszę, że coś przyniosłaś na języku do Pięści, możesz być pewna, że twój los nie będzie rysował się jasno. 
 - Tak jest, synu McDavidów. - odparła z niezwykłą uległością Tacata, a Inferno odwiązał jej nadgarstki. - Przyda mi się trochę swobodniejszego życia wśród waszych potężnych maszyn, jako podzięka za długie więzienie na obcej planecie.


czwartek, 2 czerwca 2016

III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Trzynasty

Było już ciemno na zewnątrz, więc mężczyźni wybiegli z budynku uzbrajając się w latarki i mikroskopijne czujniki szpiegowskie, które Inferno wczepił im w kombinezony. Mieli też u pasa pistolety, którymi powoli mierzyli przed siebie, wietrząc niebezpieczeństwo. 
Cyborg jednakże posunął się przed ludźmi, z racji tego, że miał lepiej rozwinięte cechy biologiczne. Podłączył się pod urządzenie szpiegujące i wczepił je sobie w miejsce oczu jak okulary przeciwsłoneczne. Uniósł w górę lufę pistoletu i dał znak gestem wolnej ręki, aby ruszali. 
Posuwali się naprzód dookoła budynku wolno i ostrożnie, a potem zaczęli badać teren położony dalej od niego. Uliczki były puste, lecz cyborg wiedział, że tylko to może uśpić czujność ludzi. 
Naraz cyborg usłyszał znowu szelest z parku i natychmiast rozkazał ludzkim towarzyszom tam się udać. Tak, jak przeczuwali, park był mroczny o tej porze i tak cichy, że słyszeli jedynie własne oddechy i przytłumiony łomot serca. 
Scott chciał o coś zapytać, lecz Inferno uciszył go sykiem. Zaczęli się skradać wzdłuż ścieżki, bacząc, aby żaden nie zbłądził. Smugi światła, rzucane przez latarki i częściowo instrument szpiegowski, uprzytomniało ich w kryjącym się niebezpieczeństwie, które z każdym ich krokiem porusza się coraz dalej. 
Scott, który przez wojenną przeszłość nauczył się odpowiedniej czujności godnej żołnierza, wiedział, że roboty potrafiły na wiele sposobów zmylić Armię i już nie raz za panowania w dowództwie Susan Steward, członkowie wojska ginęli za sprawą błahego oszustwa. 
Toteż gdy Inferno starał się pouczać młodszego Corletta, mając jedynie na celu pomoc, ten natychmiast się obruszał – za to Scotta słuchał słowo do słowa. Jednak Scott wiedział, że same pouczenia nie wystarczą – bywało, iż musiał zmierzyć się z niebezpieczeństwem twarzą w twarz, jaką miał już okazję w czasie wojny z robotami. Według Scotta (i Clary) wykazał się wielkim męstwem. Zawsze starał się zaangażować w tą naukę też jego autobotkę, Kometę. 
Teraz jednak, gdy byli razem – w grupie – czuli, że nic nie jest w stanie im przeszkodzić. Starali się jednakże zbytnio nie wymuszać szybszego kroku, na twardy nakaz cyborga, a wiedzieli, że ten ma bezwzględną rację i ma nad nimi taktyczną przewagę. 
Gdy jednak dotarli do samego centrum parku, Inferno zatrzymał się i nakazał im gestem to samo. Ci natychmiast się zatrzymali, jednak ich twarze wyrażały powszechne zdumienie. 
Scott, który stał najbliżej niego, szepnął: 
- Co jest? 
Inferno zmierzył go wzrokiem i odrzekł: 
- Chyba miałeś rację, McDavid. Ktoś nas śledzi. 
- Co masz na myśli? Ja niczego podobnego nie powiedziałem. 
Cyborg zacisnął wyszczerzone zęby, i po chwili, gdy prześledził okularami szpiegowskimi okolicę, odparł: 
- Naładujcie broń. To może być krwawe... a może i przepalone spotkanie. 
Nikt nie pojął jego jak zwykle zagadkowych wypowiedzi, ale posłusznie naładowali pistolety. 
Opuścili je jednak na wysokość bioder, ale Inferno natychmiast ich skorygował: 
- Co wy robicie? Myślicie, że wróg zaatakuje wasze dolne partie ciała? 
Scott zapytał o dziwo spokojnym tonem: 
- Coś ty taki nerwowy? 
 Cyborg nie odpowiedział na jego pytanie, tylko odwróciwszy się do nich i jeszcze raz – już ostrzejszym tonem – nakazał unieść lufy przed siebie. 
Alec popatrzył na towarzyszy i wykonał ,,rozkaz" cyborga, a w chwilę później powtórzyła to reszta. 
Scott jednak zagadnął: 
- To, że w tej kwestii masz rację, to nie znaczy, że zostaniesz kiedyś dowódcą Armii. Musisz zważać na to, że twój temperament czasami wprost nie da się lubić, więc masz to szczęście, że jesteś od nas mocniejszy, ale jedynie w broni. 
 - Być może. - odparł obojętnie Inferno. - Jednakże znamy się nie od wczoraj. Jesteś żołnierzem, McDavid, ale czasami popełniasz niegodne żołnierza błędy. 
- Każdy ma swoje błędy na własnym sumieniu, ty też. - odparł ostro Scott. - Pamiętaj o naszej umowie między nami. Jeżeli uniesiesz przeciw nam broń, nawet w zwykłym gniewie, grozi ci banicja. 
 Inferno prychnął pogardliwie, chociaż w duchu przyznawał Scottowi rację. W posępnym milczeniu odwrócił się do nich tyłem i poprowadził ich dalej przez ciemny park. Szli tak pewnie z dwie godziny, nawet nie zauważając, że na niebie pojawił się księżyc. 
W parku ciemniało coraz bardziej, za sprawą tego, że przechadzali się pod rozłożystymi drzewami. Naraz usłyszeli szelest zarośli, i nie byli pewni czy to zając, czy coś innego. Alec skierował nieco świetlistego strumienia na obiekt zarośli, skąd ów szelest usłyszeli. Wytężali wzrok w ciemności, jednak nie dostrzegli wiele, ale cyborg ostrzegł: 
- Tam ktoś jest. 
Inferno uniósłszy swój pistolet do góry zaczął się przechadzać przez krzaki, o dziwo nie czyniąc przy tym dużego hałasu. 
Ludzie stali w miejscu, nieco zlęknieni. 
 - Jeśli usłyszycie dwa wystrzały, jeden po drugim – zaalarmował ich cyborg. - Przybądźcie w miejsce czerwonych światełek. 
- A jeśli jest tam ich więcej? - spytał Corlett. 
 Cyborg spojrzał na niego. 
- Chyba raczej poradzę sobie rychlej niż wy wszyscy. Nie jestem człowiekiem. 
 - Mimo wszystko przydałaby ci się pomoc. - powiedział Alec. Inferno zmierzył go gniewnym wzrokiem. 
- Jak będę potrzebował pomocy, powiadomię was. 
Mężczyźni kiwnęli głowami. 
- Jeśli to jeden z tamtych... - powiedział Scott. 
Cyborg odwrócił głowę ku niemu. 
 - ... to uważaj na siebie. - dokończył syn Stevena. 
Cyborg kiwnął głową i w chwilę później odszedł, znikając im z oczu. Wytężył wzrok i skierował się w stronę gąszczy. Wiedział, że jednak wróg zamaskował się dość dobrze, jak dla ludzi, ale cyborg taki czy inny od razu go by upatrzył, jak wilk sarnę w pustym borze. 
W jego umyśle świtało jedno postanowienie – nie zawieść Scotta. Czas był cenny, tym bardziej że był jak umykający szarak. 
A jego biegowi trzeba było dorównać, jeśli chciało się przeżyć. Inferno doskonale o tym wiedział. Nie opuścił pistoletu ani na chwilę, aby nie narazić się na atak z zaskoczenia – o ile taki miałby nastąpić. 
Starał się wszędy być zapobiegliwy. 
Przełączył na instrumencie szpiegowskim tryb podczerwieni i kontynuował poszukiwania, nie zapominając jednakże o ich celu. Przez pewien czas nie napotkał żywej duszy, chociażby ptaka, co go zdumiało niewątpliwie. 
Ale był wytrwały, nie zamierzał tak łatwo rezygnować. 
Czym prędzej przyspieszył kroku, nie przechodząc dalej niż kilkanaście mil od miejsca, gdzie pozostawił towarzyszy. 
Z podejrzeniem rozglądał się dookoła, wiedząc, że park nie mógł tak nagle ucichnąć. Zauważył w końcu jakiś jak gdyby ludzki cień przemykający się jak duch między drzewami. 
Bezszelestnie podążył w jego kierunku, nie myśląc o tym, że niebawem wypuści z dłoni pistolet, więc zacisnął palce na jego uchwycie, czując jego zimną stal. 
Zacisnął również zęby i nagle w tejże chwili, jak był o niecały kilometr od tajemniczej postaci, ta zatrzymała się. 
 Cyborg uskoczył za drzewo. Powoli wychylił głowę zza pnia i wytężył wzrok w stronę ów postaci. Przekradł się jeszcze parę metrów, lecz stwierdził, że tajemniczy cień nie ruszył się z miejsca, czego się raczej nie spodziewał. 
Gdy przyjrzał mu się bliżej, za pomocą nadajnika, zauważył iż ta ma kształt człowieka, lecz nie jest nim do końca. 
Pamiętając, aby odbezpieczyć pistolet w odpowiedniej chwili, posunął się dalej, zważając na to, że potencjalny wróg może go zauważyć. 
Starał się maskować za każdym razem, nie spuszczając wzroku z przybliżającej się coraz bardziej postaci z każdym jego poczynionym krokiem. W końcu ów postać odwróciła się wprost w jego stronę, a on zamarł na otwartej przestrzeni, nie będąc pewnym, czy go zobaczyła, czy nie. Powstrzymywał drżenie całego ciała, a ręka z pistoletem zamarła mu w powietrzu. 
 Jednak gdy obcy obiekt znajdował się od niego niecały metr, cyborg rzucił się na niego niczym drapieżnik polujący w dziczy, nie wydając z siebie niepotrzebnego wrzasku. Jego ofiara, i tak zaskoczona tym atakiem, szarpała się dziko, ponieważ schwycił ją w pasie. Kopnęła go w goleń, a on odruchowo ją puścił krzycząc z bólu. Instynktownie wcelował w nią broń, gdy ona upadła na ziemię, straciwszy wyraźnie czucie w nogach. 
- Kim jesteś? - spytał twardo Inferno; nie spodziewał się, że w obliczu gniewu wydobędzie ze swojej ściśniętej krtani tak złowieszczy syk. 
Rozpoznał w swojej ofierze robota płci żeńskiej, jednak ze względu na to, że ukrywała się przed nim był wobec niej podejrzliwy (i całkiem słusznie). 
Ta, śledząc oczyma ruchy jego lufy, była w widocznym szoku. 
Cyborg szturchnął ją nogą i warknął: 
 - Zadałem pytanie, robocia przybłędo, więc oczekuję odpowiedzi! 
Robocica zmrużyła drwiąco oczy. 
 - Mimo iż przystąpiłeś do Armii, charakterek masz tak samo cięty, jak twój język. Stalowa Pięść miał rację. 
 Cyborg nie pojął jej odpowiedzi. 
 - O czym ty gadasz? 
 - Nie domyślasz się? Pięść dąży do tego, aby zmieść Gwiezdną Armię raz na zawsze z powierzchni Kanady. I ciebie wraz z nią. 
Inferno zdjął ze skroni okulary szpiegowskie i odbezpieczył pistolet, cały czas trzymając robocicę na muszce. Przyglądał jej się podejrzliwie, mrużąc oczy i marszcząc brwi. 
- Nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę. - powiedział ostrzegawczym tonem. - Jesteś z Pięścią, tak czy nie? 
Robocica drgnęła, próbując się podnieść, ale Inferno postąpił krok w jej stronę i warknął: 
- Wara i gleba! Jesteś z nim czy nie? 
Robocica zmierzyła go zimnym wzrokiem, jednak cyborg, jak można się było domyśleć, nie zląkł się tym. Patrzyła zagubiona i bezradna dookoła siebie – nie spodziewała się, że ona, jako wojowniczka, nie będzie miała wielkich szans z cyborgiem. 
Przez dłuższą chwilę byli duszeni niemal śmiertelną ciszą, ale w końcu robocica uznała, iż skoro już zetknęła się z cyborgiem, musi obmyśleć wpierw, jak wydostać się z jego pęt. Wiedziała z relacji Stalowej Pięści i Pieniacza, że Inferno jest nieprzewidywalnym i trudnym przeciwnikiem, jeśli zmierzyć się z nim w pojedynkę. 
Ona jednak, polegając wszakże na kreatywności w walce, czuła, że taki przeciwnik jak on może z łatwością gorzko się potknąć i wpaść w jej sidła. Wypatrywała w nim samym słabego punktu, gdzie by można uderzyć, milcząc gorzko, aby cyborg nie koncentrował się wyłącznie na niej. Zniewolenie na Subrynie nauczyło ją, iż w wielu przypadkach musi polegać na szybkości działania. 
Tamtejsze dni, wspomnienie potwornie trudnych trzech lat utożsamiło ją teraz w fakcie, iż musi stoczyć kolejną walkę, kolejną jatkę, która być może ocali ją i ześle chwałę z ust Pięści, że zabiła Inferna – cyborga tak bardzo znienawidzonego przez pomocnika Gallardo. 
W chwili tej, wywinęła się spod jego lufy jak strzała, z czego cyborg wystrzelił instynktownie, lecz chybił. Przez ułamek sekundy stał nieruchomo, lecz gdy w chwilę potem robocica znalazła się na jego tyłach, zablokował jej cios ręką, schwytując jej nadgarstek. 
Tacata jednak wyzwoliła się z jego uścisku kopniakiem w najsłabsze miejsce, w wyniku czego miała czas by uciec, albo obezwładnić przeciwnika. 
Wybrała to drugie. 
Okrążyła go na jego tyły i już go miała spętać laserowym sznurem, gdy nagle Inferno wyślizgnął się – dosłownie – spod jej więzów i ścisnął ją zgiętym ramieniem, przyciskając do siebie i trącając pistoletem jej skroń. Tacata, która nie zdążyła wcześniej wyciągnąć broni, poczuła, że ramię cyborga ściska jej gardło. Jej ręka błądziła po omacku w pobliżu schowka na broń znajdujący się u jej pasa. 
Inferno zaś skupiał się przede wszystkim na jej unieruchomieniu. Nie zauważył jednak na początku, że ta chce sięgnąć pistoletu. 
Wytężył całą swoją cybordzką siłę (a miał ją o wiele większą niż śmiertelnik), aby nie dopuścić do przejęcia inicjatywy przez Tacatę. Przeładował ponownie pistolet, a Tacata usłyszała jego trzask. 
Była niemal pewna, że jeśli nie zdoła się oswobodzić z jego uścisku, zginie być może nie tylko z jego ręki. Przeczuwała, że Inferno z pewnością nie działa sam – ale póki co, musiała skupić się na nim jednym. 
Szarpnęła się, ale cyborg trzymał ją mocno. Nie spodziewała się po nim tak wielkiej siły – nie znała wogóle rasy cyborgów, a Inferno był jedynym (niegdyś człowiek) którego spotkała. 
Uderzył ją lufą pistoletu, dając jej ostrzeżenie. 
 - Już wiem, kim jesteś. - wyszeptał złowieszczo, aby obudzić w robocicy strach. - Prowadzisz pomocnika Gallardo, zgadza się? 
Tacata odwróciła głowę aby spojrzeć obiektowi nienawiści robotów w oczy. Dostrzegała w piwnych tęczówkach cyborga nieokreślony błysk, jakby przebiegłość jego natury. Zmrużyła gniewnie źrenice i syknęła: 
 - Jakim prawem stawiasz mi to pytanie, zdrajco
 Inferno przydusił ją ręką, a ta zachłysnęła się własnym oddechem, kaszląc. 
 - Niech to słowo nigdy więcej nie ciśnie się na twoje usta. - zagroził. - Nasz szlachetny wojownik chciałby z tobą pomówić. 
Tacata nie pojęła, że ten ma na myśli Scotta. 
 - Ty sam nie jesteś wojownikiem. - odparła jak zwykle pełna sarkazmu. - Poza tym, nie jestem w nastroju na pogaduszki. 
Inferno jednak nie dał się oszukać. Nabierając pewności, że Tacata mu nie umknie, spętał ją laserowym sznurem tak, że ręce miała skrzyżowane z tyłu. 
Popchnął ją do przodu, jak policjant aresztowanego przestępcę. 
 - Wygląda na to, że puścisz jeszcze parę z gęby. - powiedział. - Myślisz, że nie wiem, co ty tam knujesz ze swoim panem? 
 - Ty też coś kręcisz, diable wcielony. - odcięła się Tacata. - Jeszcze zapłaczesz łzami ludzkimi... 
 - Zamilcz, żmijo. - syknął Inferno i popchnął ją skrępowaną przed siebie. 
Wyciągnął pistolet lufą do góry i wystrzelił dwa razy.