Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tacata. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tacata. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 sierpnia 2016

III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Dziewiętnasty

Można było się domyśleć, że ,,po drugiej stronie” Pięść czuł, że już ma ją w swojej garści. 
Był tak zaskoczony pozytywnie, że nie mógł uwierzyć, że Tacata tak szybko się poddała. Ale to dało mu dowód na to, że może odtąd kazać jej to, co tylko sobie wymyśli. Tak jak mówił już żołnierzom – Tacata stanowiła uniwersalny klucz do zwycięstwa nad autobotami. Ale robocica nie podejrzewała, że ten będzie chciał ją wykorzystać – szczególnie, kiedy miał teraz ułatwione to zadanie. Jednak wszystko wcześniej dokładnie to sobie obmyślił, a mimo to nie dzielił się tymi planami z Pieniaczem. 
 - Obmyśliłem dla ciebie szczytowe zadanie. - powiedział. - Planowałem to sam zrobić od dawna, lecz pojawiły się trudności... uznałem, że ty lepiej sobie z nim poradzisz. 
 - A niby dlaczego ja? - obruszyła się Tacata. - Myślałam, że faceci są bystrzejsi w strzelaninie, niż kobiety... a przynajmniej uważają się za takich ogierów, a kobiety powinni wyklinać ponad miarę rozsądku... a tymczasem sami są nierozsądni. 
 - Nie irytuj mnie, żmijo! - warknął Pięść i Tacata natychmiast odczuła ból. - Rozkaz jest rozkazem, a nie gadaniną do rozwydrzonego dzieciaka. Lepiej bądź mi posłuszna, bo inaczej pożałujesz tego... 
Tacata machnęła ręką. 
 - W porządku, zrozumiałam. - burknęła wylewnie. 
Stalowa Pięść westchnął. 
- No nareszcie... a więc teraz, gdy jesteś w rękach Armii, powinnaś wyświadczyć mi małą przysługę, chyba rozumiesz... 
Tacata przewróciła oczami. 
- Taa... no i co? 
- No więc właściwie tylko ty jesteś zdolna do wykonania tego zadania. - podkreślił Pięść. - Zanim wrócisz do naszej bazy, musisz zaaresztować cyborga i tego McDavida i przyprowadzić ich obu do mnie. 
Tacata uniosła w zdumieniu brwi, jednak Pięść nie był w stanie tego zobaczyć. 
 - Tylko tyle?... a zastanawiałeś się w ogóle, jak ja tego dokonam? 
Pięść zachichotał. 
 - Podobno uważasz się za bystrzejszą od nas. - odparł. - Więc będziesz miała okazję to udowodnić. 
Tacata skrzywiła się. 
 Zastanawiało ją jednak, skąd Pięść wie, że ta już widziała McDavida na oczy – i, o dziwo, gdy członkowie Armii ją schwytali, rozpoznała wśród nich tylko Inferna. 
Ale poprzez przysłowiową służbę w tej sekcji, znała już nie tylko jego, ale i kilku autobotów, Clarę Botswanę i Corletta – wspólnika Scotta. Było to dla niej rzeczoznawczą lekcją i zorientowała się w planie Pięści. 
- Tak, mój panie. - odparła już całkiem pokornie. 
 Wciąż jednak nie wiedziała, w jaki sposób schwyta obu mężczyzn. Domyśliła się, że będzie musiała znów polegać na kreatywności. 
 - Dobrze. - odpowiedział jej po chwili Pięść. - Pamiętaj, że jeśli wywiniesz się spod rozkazu, będziesz miała ze mną do czynienia. 
 - Zazwyczaj tak bywa. - odparła całkiem obojętnie Tacata. 
Wtedy poczuła, że ból w okolicy skroni zanikł – Stalowa Pięść rozłączył się z jej umysłu. 
Westchnęła z ulgą. Mogła teraz działać samodzielnie, dopóki nie dotrze do bazy robotów. Upewniając się, czy nie zgubiła broni, prześlizgnęła się przez okno i wyskoczyła na podwórze. 
Nie widziała palących się latarni, więc śmiało podążyła w prawo, gdzie po kilku skrzyżowaniach miała trafić do ukrytej bazy robotów. 
Myślała, że jeśli będzie w stanie uciec, również niepotrzebni jej będą cyborg i McDavid. Nie chciała wykonać rozkazu. Chciała po prostu uciec z Armii. Wiedziała jednak, że będzie zmuszona wytłumaczyć się Pięści z jej nieposłuszeństwa. Ale mimo że starała się nie przejmować jego groźbami, strach przejął ją aż do tego stopnia, że chciała skryć się znowu gdzieś daleko, aby nie znaleźli ją ani roboty, ani Armia. Miała satysfakcję z tego, że Pięść nie widzi jej ucieczki. 
Rozejrzała się ostrożnie i przedzierając się przez zarośla, dotarła mniej więcej w połowie drogi do kryjówki armii. W tejże chwili jednak usłyszała szelest zza krzewów. 
Zatrzymała się, zlękniona. 
Ciemność okolicy przeraziła ją do najwyższego stopnia. 
Nie posiadała żadnych latarek, aby nimi mogła oświetlać ścieżkę. Powstrzymując jednak panikę, pobiegła do widniejącej już wyraźnie w oddali bazy. Biegnąc tak, była jeszcze bardziej wystraszona, niż wtedy, gdy stała w miejscu. 
Biegła, chcąc przeżyć, mimo że wiedziała, co ją czeka, gdy dotrze na miejsce. W jej głowie widniał już wyraźnie obraz wściekłego dowódcy, który z reguły nie przyjmował wymówek i karał tak brutalnie, że zazwyczaj karany był mu posłuszny, a nawet zbytnio. 
Dowódca taki nie był zazwyczaj podziwiany przez resztę – dowodem tego były jego czyny. A Tacata wiedziała, że Pięść nie był typem lizusa. Wszakże w swoich rządach wzorował się na brutalności Gallarda. 
Ratując przymusowo Tacatę z niewoli wiedział, że zyska dużą podporę w walce z znienawidzonymi autobotami i trzymającymi stronę autobotów ludzi. 
Pragnął zniszczyć Armię do ostatka, a ich kwaterę zamienić we własną twierdzę. Liczył w trafność planu i nigdy nie było jeszcze takiego, który mu się sprzeciwił. 
On sam nie pozwalał na sprzeciw. 
Tacata biegła przez cały czas, czując na sobie jakby wzrok latarnii, jakby chciały ją ostrzec przed zdradą. Starała się nie reagować na ich ostre światło. Pragnęła przeżyć, uciekając. 
Zdjęta przerażeniem, nie zauważyła nawet, jak potyka się o coś dużego, leżącego na ziemi. 
Upadła, lecz podniosła się. Ale to, co zobaczyła, sprawiło, iż nie mogła ruszyć się z miejsca. Drogę przegrodził jej duży autobot, który w ciemności rzucał dwa razy większy od siebie cień. Rozbłysł reflektor o świetle tak ostrym, że Tacata musiała zmrużyć oczy. Obok autobota stała robocica. 
- No, proszę. - powiedział autobot. - Ktoś tu wymknął się na nocne łowy? 
 - To ta robocica, Harley'u. - odpowiedziała robocica, którą była Soprano. - Scott chyba bardzo się co do niej pomylił, biedak... 
Tacata popatrzyła na Soprano i Harley'a. Popatrzyła poniżej ich pasów, aby sprawdzić, czy mają broń. Harley owszem był uzbrojony, lecz miał schowany cały arsenał w schowku na piersi. 
Soprano zaś nie miała żadnej. 
 - Skąd w ogóle wiecie, że to wasz Scott mnie przyjął? - spytała. 
Harley prychnął. 
 - To twoje kuszące, ale ociekające jadem słowa wprowadziły go w błąd. Ale autoboty się nie pomyliły. Jesteś sługusem Pięści. 
- Ja? Skąd ci to przyszło do głowy, blaszany głąbie? 
- Po prostu to wiemy. - odparł Harley. - Dzięki ludziom możemy dostrzec to, czego oni nie dostrzegają. I przez to uczą się na błędach. 
- Jesteście głupcami. - syknęła Tacata. - Aż nie sądziłam, że wielki wojownik Armii może do nich należeć... 
Harley chciał wyciągnąć pistolet, lecz w tej chwili Tacata kopnęła go w rękę, w wyniku czego autobot upuścił broń. 
Soprano rzuciła się na Tacatę, chcąc ją unieruchomić, lecz ta wyrwała bicz zza pasa i ścisnęła ją w talii tak, że nie mogła oswobodzić rąk. 
Autobot już dopadał Tacaty, chcąc ratować Soprano, ale robocica z dzikim rykiem naparła na niego strzelając w jego brzuch. Harley zatoczył się, i w tej samej chwili Tacata strzeliła w głowę Soprano, nie pozwalając jej wstać już nigdy. 
Ale Harley jeszcze się nie poddawał. Przeskoczył przepalone pociskiem ciało starej robocicy i rzucił się po raz kolejny na napastniczkę. Autobot pojął, że stoi przed nią prawdziwa wojowniczka. Jednak starał się nie dawać za wygraną. 
Zwinnie mijał okręgi jej bicza, jednak bardziej zważał na ruchy lufy jej pistoletu. 
Strzelił do niej, lecz chybił. Tacata zaśmiała się lodowato. 
- Cóż to, autobocie? - syknęła. - Należysz do Armii, a nie umiesz walczyć? 
 Harley rzucił się naprzód. 
 Dzika walka nabierała tempa. 
Jeszcze przez blisko kilka minut Harley polegał na unikach, aż w końcu sam zaatakował. Tacata jednak była przygotowana na ten cios. 
Nim Harley wystrzelił w stronę jej twarzy, ta wyskoczyła w górę i wykonując szybki obrót w powietrzu uderzyła go nogami w pierś. Harley upadł na plecy i w tej samej chwili Tacata wylądowała nad nim celując w niego pistoletem. 
Broń autobota leżała w tejże chwili kilka metrów dalej. Harley jednak był osłabiony jej atakiem i nie był w stanie się ruszyć. Tacata z uśmiechem mściwej satysfakcji przeładowała pistolet. 
 - Mam nadzieję, że kiedyś się jeszcze spotkamy. - powiedziała zimno. - Kiedy nasz dowódca przebuduje cię na żołnierza Gwardii...
Kopnęła go w głowę i wystrzeliła największym kalibrem, który roztrzaskał autobotowi twarz i jednocześnie przybliżył do śmierci. 
Tacata zaśmiała się zimno. 
Harley już się nie ruszał. Poczuła zimną satysfakcję. 
 - Już nie jestem z tobą, McDavid. - powiedziała głośno, wiedząc, że nikogo nie ma w pobliżu. 
 - Doskonale. - pochwalił ją głos Pięści w jej umyśle. - Teraz wracaj do bazy i to szybko. 
Tacata machnęła ręką, uprzytomniając sobie, że Pięść zapomniał o wydanym przezeń rozkazie. 
 - Skąd wiedziałeś, że walczyłam z autobotami? - spytała. 
 Pięść prychnął pogardliwie. 
 - Nie rozśmieszaj mnie, wiedźmo. Wracaj do bazy. 
I teraz Tacata poczuła, że nie ma łatwej decyzji. Jednak zrezygnowała już całkowicie z uprowadzenia cyborga i McDavida. W głowie świtała jej jedna myśl; dotrzeć do bazy. Miała tym łatwiej, że z walki z Harley'em i Soprano wyszła praktycznie bez szwanku, to tym bardziej cieszyło ją to, że gniew Pięści złagodzi fakt, że udało jej się zabić autobota. 
Ale to nagłe spotkanie z autobotem i robocicą Aleca Sunshire'a uprzytomniło ją w fakcie, że teren, który przemierza, może być kontrolowany. 
Uzbroiła się w czujność i ruszyła dalej. 
W międzyczasie przeładowała broń, czując, że jeśli uda jej się dopiąć swego, z pewnością wódz armii da jej ułaskawienie. Skradała się cicho głuchą uliczką, czując, jak mechaniczne serce łomoce jej w piersi. Uznała, że uliczka ta jest wymarła – nie było na niej żywego ducha. 
Ciemne szkielety domów już dawno nie były oświetlane, znakiem tego, że ich domownicy już spali - jeśli nie byli uśpieni na zawsze. Robocica przemknęła się przez ,,wymarłą” okolicę. 
Między ogromnymi budynkami zatrzymała się nagle. Wyczuła coś, czego nie była w stanie rozeznać. Wielkie kolosy budynków rzucały ponure, czarne cienie. Wydawały się groźnymi wojownikami, uśpionymi na czas, gdy przemykający się obok nich wróg nie wydawał z siebie głośniejszych dźwięków. 
Tacata rozejrzała się trzy razy, ale nic nie zobaczyła. 
To zirytowało ją, bo przecież czuła, że coś ją śledzi. 
- Gdzie jesteś, wiedźmo? - syknął głos Pięści. 
 Tacata podskoczyła, ale zaraz potem zebrała odwagę i rzekła: 
- Niedługo będę, szefie. 
Podniosła się i ruszyła dalej. 
Jednak korciło ją dziwnie, aby z każdym jej poczynionym krokiem, spoglądać za siebie. 
Nagle usłyszała warkot silnika i domyśliła się, że to autoboty – jednak nie wiedziała ilu ich jest. 
Gdy zaczęła posuwać się nieco szybciej przed siebie, oślepiło ją światło reflektorów i usłyszała krzyk autobotki Komety: 
- Nie ruszaj się! 
Przerażona Tacata upadła w tył na ziemię i osłoniła oczy ręką. 
W chwilę później stanęły nad nią dwie dwumetrowe prawie autobotki – Kometa i Venus. Spoglądały na robocicę groźnym wzrokiem celując w nią bronią. 
- Nudzi ci się u nas, prawda? - spytała Kometa. 
Tacata zmierzyła autobotki zimnym wzrokiem i nagle poczuła straszny ból głowy. 
- To ty zabiłaś Harley'a i Soprano? - dopytała się Venus. - Ich szczątki będą nam przypominały twoją zdradę... 
- Czego ode mnie chcecie? - spytała robocica. - Chcemy, abyś przestała kryć się ze swoimi zamiarami wobec nas wszystkich. Wiemy, że zwąchałaś się z Pięścią i nie śmiesz nam teraz zaprzeczyć. 
Tacata spojrzała bardzo nieufnie po twarzach autobotek. 
- Z pewnością twoja zdrada zostanie odpowiednio wynagrodzona w walce z twoim panem. - powiedziała surowo Venus. - Jednak wciągnęłaś naszych stwórców w to wielkie bagno kłamstw i intryg. 
- Jakich intryg? - spytała Tacata. - Czy ja was zdradziłam, ujawniając wasze sekrety Pięści? 
- Tego nie wiemy. - odparły autobotki. - Ale z twoją wyszczekaną gębą i przebiegłością jest to możliwe. 
- Same wiecie, że Pięść pożąda waszych sekretów, bardziej niż poprzedni wódz. - powiedziała Tacata. 
Autobotki zasyczały: 
 - Tym bardziej ich nie dostanie! Nie z rąk Armii. 
 Wściekłe autobotki przeładowaly pistolety i trąciły Tacatę lufami. 
- Przestańcie, dziewczęta. - zahamowała Tacata. - Tym bardziej wam się nie uda. 
Wykonała na ziemi pozycję mostka i za jego pomocą skoczyła na nogi. 
Autobotki zaskoczone, omal nie upadły, lecz robocica przewinęła się obok nich i zaczęła uciekać. Autobotki jednak były na to przygotowane. 
Dokonując transformacji, przybrały formę ,,jednokołowych robotów” , dzięki czemu mogły jeździć po ziemi i trzymać w ręce broń. 
Nie namyślając się, od razu rozpoczęły pościg za Tacatą, która przed nimi zmieniła tryb chodu i zamiast stóp miała teraz rolki wspomagane silnikiem. Wyczuły wtedy, że rzeczywiście Tacata jest robotem wywodzącym się z bliższej obecnemu rokowi epoki, gdyż roboty Stalowej Pięści nie miały zaprogramowanego tak zwanego ,,trybu jazdy”. 
Gdy obie mknęły ponad miarę za uciekającą robocicą, były pewne, że ta na którymś zakręcie zmieni kierunek. 
Utworzył się niemal szalony pościg, w trakcie którego autobotki były zmuszone użyć broni. Tacata robiła uniki, jak można było, i tym samym przedłużała pościg. 
Kurz unosił się za nimi, a ciemne uliczki wprawdzie nie zachęcały do tak ostrej jazdy; jednak jasno świecące reflektory autobotek uprzytomniały je o ułożeniu terenu. Tym łatwej miała teraz również Tacata, która mknęła przed nimi jak strzała wypuszczona z łuku. Kilka razy starała się zmylić autobotki, które trafiały do tuneli, które jednak ostatecznie okazywały się skrótami, jednak robocica potrafiła w takich sytuacjach umknąć znowu na parę metrów. 
W takich momentach korciło ich użycie broni, ale się hamowały. Wiedziały, że muszą dostarczyć Tacatę Armii żywą. 
Tym bardziej Venus zależało na satysfakcji Clary. Wiedziała, że tylko dzięki staraniom będzie mogła pracować aż do samozniszczenia, które następowało u każdego autobota w różnych odcinkach czasu – u jednego po piętnastu latach, u innego po dwudziestu. 
Było ono określane jako ,,śmierć naturalna” autobota. One same wiedziały od dawien dawna, że ludzie też mają prawo umrzeć. 
Byli na swój sposób oswojeni z tą myślą już od pierwszego dnia ich istnienia na świecie. 
Czas był nieubłagalny, tym bardziej, że te wszystkie lata istnienia stowarzyszenia, ogień wojenny pochłonął tyle istnień. Obecnie nic nie było pewne. Jedynie śmierć była najpewniejszą rzeczą, jaka dotąd spotkała człowieka. I nawet jeśli tej śmierci by nie było, ani starzenia się, ani chorób – ludzie żyliby szczęśliwie. 
Ale taka zmiana świata była niemożliwa. Pobudzała ona jedynie bujną wyobraźnię ludzką, rysując przed nią obraz iście idealny – jakiego w rzeczywistości nie było. 
Tak bardzo ludzie chcieli zmienić świat, że niemal zapominali, że mają w tym świecie, w którym żyją, sprawy ważniejsze. 
A ważność tych spraw była niemal pierwszorzędna. Człowiek wykonywał na tym świecie ważną misję – żył. I póki nie zawodził go rozum, mógł żyć tak przez całe sto lat. 
Kiedy jednak kończył swój żywot, żałował mimo to, że ta misja była w jego mniemaniu ,,niedoskonała” - że w latach młodzieńczych wdał się w złe towarzystwo, że zabił człowieka, umyślnie, czy nieumyślnie, że siedział na odwyku i w więzieniu... tak różna była ta misja, i zawsze tak samo skomplikowana. Autobotki cały czas ścigały Tacatę, nie dociskając jednak spustu. Myślały, że na którymś z kolei zakręcie, ta się potknie i będą miały ją wówczas na wyciągnięcie ręki. 
Cały czas śledziły trasę, nie pozwalając sobie na zgubienie jej sylwetki. Warkot motorów zdawał się nasilać z każdą chwilą. Jednak ani Venus, ani Kometa nie wykazały strachu. 
I Tacata wydawała się jeszcze bardziej zdenerwowana. Mknęła wciąż z dziką szybkością, a i autobotki nie śmiały zwalniać tempa, ściskając pistolety w opuszczonych dłoniach. Tacata spojrzała przed siebie i ujrzała znajomy jej krajobraz. 
Zwiększyła chyżość pościgu, a autobotki zrobiły za nią to samo. 
Coraz bardziej zbliżały się do podniszczonego budynku parterowego, który zdawał się chwiać w oczach. Ale Tacata bez zahamowania zwiększyła szybkość i po chwili zniknęła w ciemnej czeluści wejścia do budynku. Autobotki jednak zatrzymały się w porę przed nim. - Co to jest? - spytała Kometa, wpatrując się w ciemną plamę, jaka stanowiła wejście. Venus nie odpowiedziała. Również patrzyła przez moment w ciemną otchłań wejścia do środka. 
Uniosła w górę pistolet. 
 - Stchórzyła, żmija. - syknęła. - Ale ja nie pójdę jej przykładem. 
Wyostrzyła światło reflektora i nakazała Komecie zrobić to samo. Autobotki powoli weszły do środka. 
Pomieszczenie, do którego trafiły, przypominało im ewidentnie rozpadający się dom. Grunt stanowiła już tylko czarna gleba, na której przewalały się kawałki płytek i drewnianych belek. Ze ścian odpadała farba, a w kącie dojrzały tylko brudny, drewniany stolik. Na samym środku tego pomieszczenia leżał potłuczony żyrandol. Pomieszczenie było niemalże puste i bez wątpienia mroczne. Gdy posunęły się dalej, dojrzały w blasku reflektorów drugie wejście nie posiadające drzwi. Futryna była w kilku miejscach poszarpana. 
Autobotki podążyły wolno naprzód. Gdy jednak weszły do środka, usłyszały zimny głos: 
 - Nie ruszajcie się. Spluwy w dół! 
Rozbłysło ostre światło lampy i Kometa krzyknęła, lecz czyjaś potężna, metalowa dłoń zakryła jej usta. 
Venus poczuła, jak czyjeś ręce krępują jej ruchy. Szarpnęła się, ale była trzymana mocno. W tej samej chwili w obie autobotki uderzył jakiś ciężki przedmiot i obie opadły bez zmysłów na ziemię...

czwartek, 11 sierpnia 2016

III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Osiemnasty cz. II

- Jak... jak ty się tu dostałeś? - spytała zlękniona robocica, rozglądając się wkoło. - Jesteś w kwaterze Armii? 
Odpowiedział jej śmiech tak lodowaty, że poczuła dreszcze. 
 - Nie jestem na tyle niepoczytalny, aby tam się zaciągnąć. - powiedział głos Stalowej Pięści. - Ale za to mam już nad tobą kontrolę. 
Tacata zadrżała w miejscu. 
- Kontrolę? Nigdy ci na to nie pozwolę. Jestem wolna, na Ziemi... ucieknę od ciebie i od twojego durnego wojska. 
 Stalowa Pięść zaśmiał się. 
 - Idiotka! Nie możesz nic zrobić bez mojej wiedzy. To znak, że mój nadajnik działa... 
- Jaki nadajnik? Czyś ty poskradał zmysły? Nie rozumiem ani słowa, z tego co mówisz. 
Usłyszała w odpowiedzi śmiech robota. 
 - Nadajnik ten, zaszczepiony w twoim umyśle umożliwia mi kontakt z tobą poprzez myśl i bezpośrednią kontrolę... W ten sposób nic co uczynisz, nie zostanie zatajone, ponieważ jest on tak mały, że nie dostrzeżesz go gołym okiem. 
- To jakim cudem go zaszczepiłeś? - spytała Tacata. - Pomogli ci mali agenci?
- Działa on na taki sam kod, który jest zapisany w moim systemie. - powiedział Pięść. - Po prostu wydobyłem mikroskop, który powiększył go do wielkości kurzego jaja... genialne, nieprawdaż? Teraz nie możesz uciec drugi raz. 
Tacata zamarła, słuchając jego słów. 
Dotarło do niej, że odzyskanie wolności może być tym trudniejsze, że nie wie nawet, gdzie dokładnie Pięść zaszczepił jej ów nadajnik. Wpadła w złość i zaczęła przeklinać pod adresem Stalowej Pięści. 
- No, no – przyhamował ją Pięść. - Taka piękna, a taka wulgarna?... Jesteś moją wojowniczką, zapamiętaj to sobie. Nie przejmuj się, już Pieniacz nauczy cię pokory... chociaż, trudno się dziwić... tyle lat włóczyłaś się jak bezpański kundel... ale nawet taki agresywny kundel musi się podporządkować swojemu panu. 
W tym momencie Tacata poczuła taki ból, jakby ktoś ją rozłupywał za pomocą tępej siekiery. 
Wrzasnęła z bólu i padła na kolana. 
- Nie wydzieraj się tak! - skarcił ją Stalowa Pięść. - Czuj ból, nie myśląc o nim... wtedy nie będzie tak intensywny. 
Tacata dźwignęła się z trudem z ziemi, posłusznie kontrolując intensywność mąk, nie zajmując nimi umysłu. Trwała tak przez piętnaście minut, potem już dwadzieścia, i już po półgodzinie ból nie był tak istotny. 
- Widzisz? - odezwał się Pięść w jej umyśle. - To działa! Jednak nie uwolni cię to spod mojej kontroli... jesteś na moje rozkazy, nie zapominaj o tym.
 Tacata przełknęła ślinę. 
 - Czego ode mnie chcesz? - spytała. 
 - Proszę grzeczniej. - powiedział ostro Stalowa Pięść i natychmiast głowę Tacaty zajął ból. - Co ty sobie myślisz?... że jak przyjąłem ciebie do Gwardii, to masz prawo mi tutaj odszczekiwać? 
Jego słowa niewątpliwie były podobne słowom Pieniacza. Jednak Tacata nie mogła o tym wiedzieć, bo nie była obecna przy tamtej rozmowie. Mimo to potraktowała jego słowa poważnie. 
Czuła, że nie ma nic do stracenia – że musi odzyskać wolność. Postanowiła jednak, że dla świętego spokoju da Pięści kilka satysfakcji. 
- No, dobra, to co byś sobie zażyczył, panie? - spytała, kontrolując ból.

wtorek, 19 lipca 2016

III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Siedemnasty

Roboty czuły panikę. 
Wiedziały już, że nie ma z nimi Tacaty, a to w niej dzieliły nadzieję na rychłe zwycięstwo. 
 - Co teraz zrobimy, panie? - pytały. - Trzeba by odszukać i ukarać tą diabelską szkaradę. 
- Więc jej poszukajcie! - zirytował się Stalowa Pięść. - Jak przychodzi co do czego, to wiecie co robić... jak zwykle do czasu... 
Pieniacz podszedł do niego i szepnął do ucha: 
- Wiesz, że bez ciebie nie dadzą sobie rady... są jak dzieci. 
Pięść odepchnął go od siebie. 
 - Zostaw mnie! Znalazły sobie przywódcę...! Cieszcie się, że was jeszcze nie poprzepalałem laserem. 
Roboty natychmiast się cofnęły, nie pojmując jego zachowania. Również przejmowały się zniknięciem Tacaty, a raczej jej ucieczką, ale nie tak bardzo, nie tak wnikliwie jak on. Myślały, że ten oszalał, albo jest nietrzeźwy umysłowo. Jednak musiały mu służyć, bez względu na to, jak okrutne męki będą cierpiały. 
- Co z Tacatą, panie? - spytał jak zawsze wierny Pieniacz. 
Stalowa Pięść spojrzał na niego. 
- Jak to: co? Musimy ją znaleźć, i to rychło. Jeśli trafiła na kogoś z Armii... 
- Nie myśl o tym! - rzucił szybko Stalrat. - Po prostu nie była nas godna. 
Pieniacz syknął pogardliwie. 
- Nie wiesz, co mówisz. - powiedział. - Ona może być kluczem do bram sukcesu nad autobotami. Nie rozumiesz...? Nasz pan wie, co mówi, prawda? - tu spojrzał na Stalową Pięść. 
- Od kiedy ta blacha jest twoim panem? - warknął Stalrat. - Nasz pan nie żyje. 
 - Stary król zawsze znajdzie następcę. - odparł Pięść. - Jeśli nie jest to jego własny syn, to zawsze ktoś z jego dworu wolny się znajdzie. 
Odwrócił się do robotów, spojrzał im w oczy. 
 - Możemy ją znaleźć, o ile mamy przebytą dobrą szkołę. A ukaranie jej należy do mnie. 
 - Mogę ci pomagać w chłoście, panie? - spytał Pieniacz zwilżając wargi językiem. 
- Nie, Pieniaczu. - odparł ostro Stalowa Pięść. - Ale rad jestem, że tak solidnie pociągasz za sobą konsekwencje tej sprawy. Może kiedyś mianuję cię moim następcą... 
Na te słowa służalczy z natury Pieniacz padł na kolana i zajęczał u stóp Pięści: - Tak, panie, nie pożałujesz tego...! Z pewnością wtedy wprowadzę dla ciebie reformę wojska. Będę cię godnie zastępował, zobaczysz, że z takim wojskiem, jakie utworzę zmieciemy autoboty z całego południa, północy, wschodu i zachodu... Nie pożałujesz, panie...! 
 - Przestań skomleć. - warknął Pięść. 
Pieniacz zamarł chwilowo, popatrzył ze strachem na skrzywionych w jego stronę robotów i szybko powstał z klęczek, pocierając zbroję na piersi i chrząkając. 
 - Oczywiście – powiedział już twardym, nieugiętym tonem. - Służę ci, panie. Ja od zawsze byłem, jestem i będę twoim żołnierzem i nawet jeśli razem zginiemy – tym lepiej dla nas, bo byłoby nie w porządku, gdybyśmy umarli, nie znając wzajemnie położenia... dla ciebie wszystko, panie. 
Roboty skrzywiły na ten widok, gdy Pieniacz kłaniał się po raz setny Pięści; uznały że ten podlizuje się przywódcy, aby przypadkiem nie spadła na niego jego ręka. Z tego powodu Pieniacz znalazł się na drugim miejscu czołowej listy znienawidzonych przez robocie wojsko. 
 - Widzicie? - zagadnął Pięść resztę żołnierzy. - Nie ma powodu do obaw. Już mam sposób na tą niewdzięcznicę. 
Roboty jednak spojrzały na niego jak na wariata. 
- Tak? Jakoś nie chce mi się wierzyć... 
 - Znowu ściemniasz... 
 - Ciekawe, czy to nie tylko na twoją korzyść. 
 - Na korzyść nas wszystkich. - odparł Pięść. - Zobaczycie, że jeśli odzyskamy ją, uda nam się zniszczyć autoboty. A jeśli tego dokonamy, przejmiemy kontrolę nad ludnością... tego chciał nasz sławiony pan. Możecie być pewni, że jeśli autoboty wylecą stąd na cztery wiatry, wtedy będziemy mogli pozbyć się Armii. Pamiętajcie, że Inferno będzie na pierwszym miejscu... a może i pospołu egzekwo ze Scottem, nad tym jeszcze nie myślałem... ale sądzę, że tak będzie najlepiej. A co do tej robocicy... wiem już, co robić. 
- Co obmyśliłeś, panie? - dopytywał się Pieniacz. 
 Stalowa Pięść uśmiechnął się mściwie i odrzekł powoli, okrążając roboty: 
 - Pod osłoną nocy, kiedy skończyła swój dyżur przy urządzeniu wykrywającym, uśpiłem ją zastrzykiem substancji, którą pobrałem ze swojego laboratorium. Skończyłem opracowywanie funkcjonarzu nadajnika, który wczepiłem w jej system umysłowy (tak roboty nazywają mózg). Wcześniej prowadziłem przez kilka miesięcy badania nad substancją mikroskopijną, która ,,wczepiona” w czyiś umysł daje kontrolę myśli tej osoby przez tego, kto zainstalował jej urządzenie. Ponadto może wpływać na czyny kontrolowanej osoby... może nawet wyczyścić jej pamięć o pewnym fragmencie jej życia... dzięki temu Tacata będzie w pełni nam służyła, nawet jeśli będzie u McDavida. 
Roboty były niebywale zaskoczone tym pomysłem. Czuły teraz, że Pięść jednak podejrzewał ucieczkę Tacaty i dlatego to zrobił. 
 - Czemu tedy zmuszasz nas, abyśmy jej szukali? - spytał Pieniacz. - Możesz przecież sam rozkazać jej wracać. 
Pięść pokręcił głową. 
- Obawiam się, że będę potrzebował waszej pomocy. - powiedział. - Jesteśmy wojskiem, czy nie?.. Nie zawiedźcie mnie. 
- Oczywiście, panie. - odparły chórem roboty.
***
O świcie Kometa wraz z Venus zapukały do drzwi gabinetu Clary. Były bardzo wzburzone. 
Obie autobotki zaczęły się wzajem przekrzykiwać, oskarżając między wersami Scotta i ją również, dowódczynię, o obecność Tacaty. Obie były tak rozgniewane, że nawet nie syczały na siebie wzajemnie, że sobie przerywają wypowiedzi. Taki wulkan zdań mógł się wydawać śmiesznie skrajcowany, jakby tego słuchać, stojąc z boku, ale sytuacja zrobiła się zbyt poważna. 
- Nie sądzę, aby jej obecność miała dobry wpływ na naszą współpracę! - oburzała się Venus. 
 - Widać, że Pięść mógłby być jej partnerem. - dodała zaraz Kometa. - Została przez niego uwolniona. Przecież nasi przodkowie umieścili ją na Subrynie dożywotnie, aby poniosła karę za spiski i morderstwa przeciw autobotom i Armii. 
- A czy wiadomo, do czego jest jeszcze zdolna?... 
 - Skłóci nas wszystkich ze sobą! 
- Ona tylko czeka, aż ja ze Scottem będziemy patrzeć na siebie wilkiem... 
- I ja z Corlettem... 
 - To przebiegła wiedźma i nie można jej ufać... 
- Ja bym na miejscu Inferna od razu ją zarżnęła... 
Clara jak każdy człowiek, nie była zdolna słuchać dwu rozmówców naraz, więc krzyknęła: 
 - Uspokójcie się obydwie! Zachowujecie się gorzej od robocich głąbów!... Pomyślcie sobie: jakim cudem jest możliwe takie posunięcie? Być może macie rację. Ale tak czy inaczej, trzeba by przyłapać Tacatę na gorącym uczynku – jakby ośmieliła się strzelać do Inferna, albo grzebać w danych naszych komputerów – wtedy możemy ją dyskwalifikować... Ale co możemy począć w tej sytuacji? Cały czas słyszę od was skargi, ale cały czas są to skargi nieuzasadnione... Musimy mieć dowody. 
Autobotki umilkły. 
Przyznawały Clarze rację. Wiedziały, że konieczne jest zebranie dowodów i przedstawienia ich Armii. Tylko wtedy mogli podjąć dalsze kroki. 
Lecz nie tylko autoboty uważały Tacatę za niepoczytalną. Scott już wiele razy słyszał ostrzeżenie tego typu od cyborga. 
Inferno też jakby wyczuwał czającą się w Tacacie zgubę. Chciał, aby wreszcie męskie autoboty nie zwracały na nią uwagi, bo widział, że autobotki były zazdrosne może nie w sensie uczuciowym, a zawodowym. 
 - Popełniłem wielki błąd. - powiedział Scottowi Inferno siedząc skulonym w fotelu. - Ona rzeczywiście ma nawet wiele wspólnego z Pięścią. Clara zawsze musi podejmować właściwą decyzję właśnie wtedy, gdy dostrzeże minusy swojego działania. 
 - Każdy uczy się na błędach przez całe życie, Inferno. - odparł Scott. - Nawet starzec ich nie uniknie. 
 Inferno zakrył dłonią usta i spojrzał w bok, wyraźnie zamyślony. Sądził, że on sam mógł odpowiedzieć za każdy błąd Tacaty, bo w końcu on, z racji tej, że robocica najbardziej się go bała, został jej strażnikiem i kontrolerem. 
- Nie wiem, McDavid, czy to my będziemy się uczyć na błędach Tacaty... Ale to jest możliwe. Nigdy nie wiadomo, co nas spotka. Z robotami nigdy nic nie wiadomo. 
Scott pokiwał wolno głową. Nawet nie przypuszczał takiego rozwoju sytuacji. Sądził, że rzecz miewa się inaczej, niż się tego raczej wszyscy spodziewali. 
A jednak Kanada cały czas ich zaskakiwała. Armia nabrała siły, lecz teraz bardziej skupiała się na badaniach, niż walce. Jej członkowie nieśli kolejne wykonane analizy do wydziałów ufologii i kosmologii, aby ci dogłębnie zbadali inne obiekty we Wszechświecie niż ,,sąsiedzi” Ziemi z Układu Słonecznego. Można by przypuszczać, że nie tylko na Ziemi miało prawo rozwinąć się życie. 
Wiara zaś w istoty wyższe była już swego rodzaju religią, która rozwinęła się jeszcze ponad sto lat temu, czyli w dwudziestym drugim wieku. Inferno miał rację – Kościół upadał, a bogów znów było wielu – byli to bogowie tak samo potężni, lecz ludzie też inaczej ich sobie wyobrażali. 
Scott spojrzał w zamyśleniu na cyborga. Wydawało mu się niemal oczywiste to, co usłyszał od niego na temat religii. Nauka płynąca z tej wiary była pojętna jedynie dla tych, którzy wyjątkowo głęboko ją rozumieli. A tutaj rozum był potrzebny, aby pojąć niektóre rzeczy z reguły niepotrzebujące dłuższego wytłumaczenia. Ludzie poprzez rozwój kultury i nauki mogli zbadać więcej, i więcej przekazać przyszłym pokoleniom. 
Inferno spojrzał na swoje na wpół robocie ręce, i westchnął. 
- Sądzę, że twoja wiedza o robotach w połączeniu z naszą da nam szansę na przeżycie największej burzy wojennej. - powiedział Scott. - Dlatego Armia istniejąca od stu pięćdziesięciu pięciu lat (od 2145 roku) powinna chronić dalsze pokolenia, które przyjdą tu kiedyś zająć nasze miejsce. Pokonamy największe przeszkody... zawsze dawaliśmy radę. 
 Cyborg kiwnął głową, dotknął przez chwilę bok głowy, gdzie miał zloty na przewody umożliwiające mu połączenie z komputerami w stowarzyszeniu. 
Spojrzał na Scotta ciepłym wzrokiem – właściwie po raz drugi może od całych jego dwóch wcieleń. Jego głęboki bursztynowozłoty kolor oczu odbijał światło, którego nie było za oknem – to światło było po prostu. Gdy tak patrzył, powoli jego ręka uchwyciła rękę ludzką i ścisnęła. 
Na jego starczej twarzy pojawił się z wolna uśmiech. Scott widział też ten uśmiech w jego oczach – a jego oczy, muśnięte błękitem nieba również się śmiały.







środa, 15 czerwca 2016

III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Czternasty


Rozdział niniejszy dedykuję Izie – jedynej osobie, która wiernie trwała przy tej historii, mimo trudności ^.^



Miłego czytania życzę! ^.^


Z chęcią poznam Wasze opinie na temat postaci, których losy obecnie śledzicie ~`.^

 >>>

Scott spojrzał niepewnie w stronę, dokąd udał się cyborg. 
W chwilę potem (minęła już godzina od jego odejścia) mężczyźni usłyszeli dwa wystrzały, co postanowiło ich na nogi lepiej niż ostry dźwięk budzika o poranku. Wyciągnęli przed siebie pistolety. 
 - Żyje. - stwierdził po chwili ciszy Scott. - Chyba ma jeńca. 
Jak najszybciej potrafili, popędzili w stronę ścieżki osłoniętej zaroślami, dokąd poszedł ich towarzysz. Nadajnik wskazał im prawidłowe współrzędne miejsca, gdzie aktualnie znajdował się Inferno. Starali się nie marnować czasu na przedzieranie się przez puszczę, więc ruszyli poboczną ścieżką. Las coraz bardziej gęstniał, toteż światła latarek się zaostrzyły, gdy przyszło im posuwać się nieco w bok, tak, jakby chcieli spotkać się z cyborgiem po skosie. Nie tracili krzepy, tymbardziej, że Scott starał się prowadzić ich jak najbliżej potencjalnej drogi cyborga. W końcu nadajnik na nadgarstku Scotta, jak również Corletta wyznaczył bardzo silny sygnał. 
 - Zbliżają się. - zaalarmował Bluegott. 
- Czy ty powiedziałeś...? - zaczął Scott. 
 Lecz w chwilę później członkowie Armii zobaczyli dwie ściśnięte ze sobą postacie. Nie pozostało im nic innego, jak czekać, aż ci się zbliżą. Alec zerknął przez lornetkę, zawieszoną na piersi. Zobaczył przez powiększające szkło, że jedną z tych postaci jest Inferno, prowadzący za spętane ręce kogoś, przypominającego innego cyborga. 
Popatrzyli w zdumieniu po sobie. Jednak, gdy Inferno zbliżył się do nich na tyle, że mogli rozpoznać jego rysy twarzy, Alec spytał nieco żartobliwie: 
- A kogoż nam to przyprowadziłeś, Piekło niepojęte? 
Inferno jednak nie był skory do żartów – zresztą, nigdy nie bywał w tak ,,poważnej” sytuacji. 
Spojrzał jedynie na Aleca krzywo i odparł w stronę Scotta: 
- Chyba miałeś rację, McDavid. To służąca Pięści. 
- No proszę! - klasnął w dłonie Corlett, przyglądając się robocicy spętanej przez Inferna. - To chyba stara znajoma Susan. 
 - Co? - nie zrozumiał Scott. 
Ale w chwilę potem stanął mu ten moment w oczach; Susan Steward, dowódczyni Armii, leżąca w śniegu, nad jej głową była jakby ,,aureola” z jej własnej krwi po samobójczym strzale w głowę poprzedzonym ciosem robocicy w podbrzusze (które i tak było dość śmiertelne), w jej oczach ślady niedawnych łez, a ona sama była zimna jak lód. 
Wzdrygnął się na tę myśl i w końcu pojął; robocica zabiła ich dowódczynię. Dziwił się, że nikt wcześniej mu o tym nie mówił. 
- Skąd o tym wiesz? - spytał Scott Corletta. 
- Gdy byłem poza Armią podsłuchałem kilka rozmów robotów. - odparł Corlett. - Do tego nawet Gallardo by się nie przyznał. 
Tacata zmierzyła mężczyzn zimnym wzrokiem i rzekła: 
 - Jesteście bystrzejsi, niż myślałam. Jednak macie pecha, ponieważ nie zejdę na waszą stronę i jeśli mi tylko Pięść rozkaże, wymorduję was w ciągu jednej nocy. 
 Scottowi źrenice się rozjarzyły z gniewu; przycisnął do jej policzka pistolet. 
- Nim przystąpisz do tego dzieła, zmierzysz się ze mną. - powiedział. 
- I ze mną. - dodał cyborg ściskając jej pęta. 
Tacata spojrzała po ich gniewnych twarzach i wybuchła krótkim, zimnym śmiechem. 
- Bezczelny złom płci niewieściej! - syknął Inferno uderzając ją pięścią w głowę. 
Cios oszołomił Tacatę na jakiś czas, lecz cyborg użył niewątpliwie całej swej siły. Gdy po niespełna minucie powróciła do przytomności, jej wzrok zbłądził na Scocie a potem na Corlecie, których widziała wten czas najwyraźniej. Jej twarz wykrzywiła się wściekłością tak czystą i dobitną, że Scottowi natychmiast skojarzyło się to z gniewem Gallardo. 
- Czego chcecie? - spytała. 
 Scott spojrzał zagadkowo na Aleca. Nigdy dotychczas nie zastanawiali się nad tym, co by chcieli od samego Pięści, gdyby mieli taką okazję. Jednak wiedzieli, że mimo wszystko robocica boi się ich. Ale Scott od razu wywnioskował o co chodzi. Odparł jej śmiało, twardo i dobitnie: 
- Dowiedzieć się, co knuje Pięść. 
Ale znowuż odpowiedział mu zimny śmiech robocicy. 
- Ha! Myślisz, synu McDavidów, że tak łatwo ci to wyjawię? 
Scotta nie dziwiło jednakże, skąd robocica tak dużo wie o nich samych – podejrzewał, że to sprawka Pieniacza, Kobry i samej Pięści. 
 - Nie masz wyboru... - powiedział cyborg. - Tak samo jak twój nowy pan nie daje wam wyboru. 
Tacata zwróciła ku niemu głowę. 
- Wy też nie będziecie go mieli... Stalowa Pięść stęsknił się za wami. Chciałby się z wami spotkać. 
Cyborg zmrużył podejrzliwie oczy. Widać było, że zwietrzył w chytrych słowach Tacaty ukryty podstęp. Ale milczał na ten temat ponieważ miał nadzieję, że jego towarzysze też to zauważą. 
 Tacata uśmiechnęła się sarkazmatycznie, rada z tego, że członkowie Armii tak szybko przeanalizowali jej słowa. Przeczuwała, że tym bardziej będzie narażona na gniew Scotta i cyborga, lecz wiedziała, że jeśli rozegra to rozsądnie, ci nie odważą się unieść lufy przeciw niej. 
Jej najwyższy stopień przebiegłości przewyższał nawet największy szczebel gniewu cyborga i samego Gallarda. Mając teraz przed samymi oczyma tych wielkich wojowników Armii, a w szczególności Scotta, syna McDavida i panny Easton (która przyjęła podczas ceremonii ślubnej nazwisko małżonka), zdawała sobie teraz jasno sprawę, co przyjdzie jej zrobić, czego musi dopilnować, aby już nigdy więcej Kanada nie posłyszała czegokolwiek o Gwiezdnej Armii. Przez ten stosunkowo krótki czas ,,zniewolenia” u robotów, zdążyła już bardzo wiele pojąć w ich rozumowaniu i wiedziała już iście dokładnie, co planował Pięść. Mianowała go swoim panem, chociaż żadnemu z wojów się do tego nie przyznała, nawet jemu samemu. Wydawała się im tajemnicza i zupełnie inna od robotów z ich pokolenia – tak jakby przemieścić człowieka z okresu średniowiecza do czasów rozwinięcia największej technologii elektronicznej. 
Scott spojrzał Tacacie w oczy z dozą ostrzegawczą i rzekł: 
- Być może mu trochę tęskno, gdy nie ma z nim Gallardo... 
 - Ja uściskam go najserdeczniej. - przekonywał Inferno puszczając Scottowi oko. 
Tacata spojrzała na Scotta, niemal przeszywając go wzrokiem. Po jego umięśnionej sylwetce, a w szczególności ramionach, pojęła, że ma do czynienia z wojownikiem z krwi i kości; potrafił dźwignąć ciężki karabin. Olśniło ją w przekonaniu, że jednak Stalowa Pięść nie kłamał. 
Jednak wiedziała, że walczyła już nieraz z naprawdę silną jednostką kosmitów subryńskich, więc nie zdumiało ją wcale, że taki wojownik dał radę nawrócić ze złej drogi cyborga, który był silniejszy od zwykłego człowieka. 
Jednakże czuła wielmożną pychę i czuła, że dałaby jemu radę, nawet uzbrojona jedynie w bicz. Szarpnęła się cyborgowi i warknęła w jego stronę: 
 - Od kiedy jesteś taki uczuciowy? W takim razie okaż trochę serca i wypuść mnie wolno. 
- Darmo tego nie zrobię. - odgryzł się Inferno. 
 - Więc dajcie mi z wami pracować. - odrzekła Tacata. 
 Inferno popatrzył po towarzyszach, a Corlett, Alec i Scott spojrzeli po sobie w tej samej chwili. Przez chwilę nie wiedzieli, jak prawidłowo zareagować na to oświadczenie, więc czuli po trosze zdumienia, zaskoczenia i nieufności. 
Inferno jednak, lepiej niż ktokolwiek inny w Armii, wiedział, do czego są zdolne roboty, więc podjął podejrzliwym tonem: 
- A skąd mamy wiedzieć, że nas nie zdradzisz? Myślisz, że masz do czynienia ze szczeniakami? 
 Jego towarzysze, mimo iż jakoś przywykli do jego złośliwych odzywek, teraz jednak zadziwili się tak bardzo, że poczuli coś w rodzaju wdzięczności: Inferno wiedział, jak nie pozwolić wrogowi na manipulację. Szczególnie Corlett teraz poczuł, że jednak może od byłego działacza pobrać sporą i co najważniejsze, cenną edukację. 
Tacata przekonała się jednak teraz, że zaciśnięcie cyborga w ,,pętlę serdecznych słów”, będzie jednak trudniejsze niżby była sama walka z armią autobotów. Ten jednak nadal ją trzymał skrępowaną, nie czując wyraźnie dla niej zmiłowania. 
Scott podszedł do niej i spojrzał jej w oczy; wiedział, że był na wyższej pozycji niż ona, więc był pewny, że robocica porzuci wszelkie nadzieje na zbieg. 
 - Wyglądasz na samotniczkę. - powiedział. - Lecz ja nie przyjmę cię tak łatwo... Mimo wszystko jesteś związana z Gwardią Maszyn. Radzę ci jednak, abyś wróciła tam, skąd przybyłaś, inaczej polegniesz razem ze swym panem w bitwie, która niewątpliwie nastąpi, jeśli Pięść nie pojmie rządu autobotów. 
Tacata prychnęła. 
- Przecież on nienawidzi autobotów! - krzyknęła. - A w Kanadzie jest ich coraz więcej. To wasze całe stowarzyszenie powoduje rozpad produkcji robotów... a one też są potrzebne. 
 - Przecież pamiętasz tamtą wojnę która wybuchła trzy lata temu. - powiedział Scott. - Gdyby nie autoboty, te szalone maszyny spaliłyby całą Kanadę i wymordowaliby wszystką ludność. 
 - Te roboty działały poprzez niepoczytalność. - odrzekła natychmiast Tacata. 
Inferno zaczerwienił się z gniewu. 
- A czy ty byłaś poczytalna, zabijając Susan? - warknął. 
Tacata była zaskoczona tym pytaniem. Bardzo się go bała, i nie chciała na nie odpowiadać. Bardzo szybko pojęła, czemu Stalowa Pięść tak bardzo go nienawidzi (pomijając fakt morderstwa Gallardo i jego przystąpienie do Armii). 
Wydawał jej się rzeczywiście urodzonym przywódcą; o dziwo, lepszym od Pięści. Pięść był wszakże nieobliczalny i okrutniejszy nawet od samego Gallarda. Ale mimo wszystko, Inferno był przytomny umysłowo, gdy walczył przeciw byłemu przywódcy robotów. 
Wspomnienia z tej bitwy stanęły mu przed oczami tak, jakby zdarzyła się ona rok temu. Takich rzeczy nie wymażesz łatwo z pamięci, choćbyś starał się na różne sposoby – te żyją w tobie i korcą niczym zakazany owoc, aby opętać prędzej czy później twój umysł, abyś nie poznał się na przyszłości, i żebyś tak rychło nie spostrzegł się, że tu czeka cię coś zupełnie innego od przeżyć sprzed lat trzech. Roboty jednakże tę miały wadę, że jeśli cokolwiek wielkiego wydarzy się w ich rozwoju, rozpamiętują to na długo dopóty, dopóki nie wydarzy się rzecz jeszcze jedna, potężniejsza w ich mniemaniu od poprzedniej; i ciągle powracają do tego zdarzenia myślami i językiem, czują wciąż to samo, co wtedy, tak samo intensywnie i silnie, aż nic nie jest w stanie oderwać ich od tych wspomnień; w efekcie czego zapominały, że najważniejsza jest dlań przyszłość. 
Zapomniały też dawno słów Inferna przed śmiercią jego ludzkiego ciała: mówił wtedy, że ma powody dla którego chce żyć, jak również, dlaczego chce umrzeć. W zasadzie, każdy człowiek miał takież powody; nie chciał cierpieć, a jednak nie chciał też opuszczać bliskich, dla których znaczył tak wiele. 
 Przez wiele lat pojęcie śmierci dla człowieka było równie tajemnicze, co pojęcie nauki o otaczającym go świecie; w tymże świecie cały czas coś ulegało zmianie, często bez zapowiedzi; a śmierć też zawsze była tajemnicza i mroczna; pojawiała się niewiadomo człekowi skąd, i nigdy nie można było przewidzieć, kiedy kolejny raz ktoś inny zamknie oczy. 
Tacata wiedziała, że zabijając Susan Steward jedna sobie nienawiść Gwiezdnej Armii. Nienawidziła jej od samego początku morderczej walki przeciw autobotom. 
Teraz, gdy pojęła, że syn McDavidów związany na swój sposób ze stowarzyszeniem walczył przeciw robotom i ,,opętał” cyborga, wiedziała, że jej tajną misją, jest niewątpliwie pozbycie się Scotta raz na zawsze i to tak, aby ani Inferno, ani ktokolwiek inny z Armii się o tym nie dowiedział. Toteż mogła tu liczyć na własny spryt. Czując, że cyborg zaciska jej mocniej pęta na nadgarstkach, syknęła: 
- Być może coś mnie opętało, tego nie wiem. Ale wiedziałam, że musiałam walczyć... zaatakowaliście naszą rasę. 
- A wy paliliście naszą ziemię i mordowaliście bliskich nam ludzi! - odparł jej Inferno. - To przez twojego pana i dawnego wodza stałem się, czym byłem, a zaprawdy nie byłem was godzien... możecie mnie zwać zdrajcą, psem, zbiegiem. Nie przeraża mnie wasze wojsko... w końcu ja je założyłem. 
 Mężczyźni milczeli, przysłuchując się jego bardzo sensownym i autentycznym słowom. Wydawało się, że docenili sens jego trudnych przeżyć, przez które siłą rzeczy musiał przejść. Tacata nie była zdolna teraz spojrzeć mu w oczy, bo wyczuła strach – pierwszy raz od jej wygnania przez autoboty na Subrynę; właściwie starała się unikać jego wzroku, lecz nie chciała też dłużej patrzeć na Scotta. Ci natychmiast to zauważyli. 
- Jest od tysiącleci wśród rasy ludzi powiedzenie, że oczy są zwierciadłem duszy. - powiedział wolno Inferno. - Zaś twoje są niewątpliwie tym zwierciadłem, w którym żadna żywa istota się nie obaczy. 
Tacata milczała, wzrok wbijając w ziemię. 
- Skąd mamy wiedzieć, że można na tobie polegać, jak już raz byłaś w legowisku naszych wrogów? - spytał Alec posługując się przysłowiem. 
Inferno oddychał głęboko, pierś mu falowała, jednak jego oczy bacznie śledziły każdy gest robocicy. 
 Ta natomiast, doznawszy uczucia, że nie ma łatwej decyzji, odparła: 
- Stalowa Pięść jest szaleńcem, nie przywódcą. To śmierć Gallardo uczyniła go takim. A ja nie służę szaleńcom. 
Przez chwilę mężczyźni milczeli w zadumie, rozważając, co zrobić. Zorientowali się jednakże, że robocica usiłuje ich skusić podstępem. Jednakże chcieli się przekonać, czy naprawdę słowa jej były tyle warte, na ile je ceniła. 
Inferno nic nie odpowiedział, wpatrywał się tylko w Scotta, a po chwili skinął na niego głową, aby to on zadecydował; wszakże nie było przy nich Clary, a wydawało im się, że Scott mógłby z powodzeniem być mianowany zastępcą dowódcy. Scott popatrzył chwilowo po towarzyszach, jakby szukał w nich potwierdzenia gestu cyborga, ale oni też czekali na jego sygnał. 
Po ledwie piętnastominutowej ciszy, odezwał się: 
- Jeśli sama jesteś szalona, to nie ulega wątpliwości, że padniesz pod jednym strzałem. Nie zaufamy ci jednak całkowicie, nie jesteśmy dziećmi. Przyjmiemy cię, za warunkiem, że nie zdradzisz Pięści naszego położenia, bo naszych stowarzyszeniowych sekretów z pewnością ci nie wyjawimy... Będziesz musiała iść za naszymi rozkazami, a Inferno będzie twoim strażnikiem. 
 Przez chwilę myśleli, że robocica zacznie diabolić dziecinnie, dlaczego akurat wybrali starca, lecz ona milczała, przełykając jednak ślinę, jak gorzką pigułkę. 
 - Pamiętaj, że podlegasz rozkazom nas wszystkich. - powiedział Scott. - A Clary i moich w szczególności. Jeśli jednak posłyszę, że coś przyniosłaś na języku do Pięści, możesz być pewna, że twój los nie będzie rysował się jasno. 
 - Tak jest, synu McDavidów. - odparła z niezwykłą uległością Tacata, a Inferno odwiązał jej nadgarstki. - Przyda mi się trochę swobodniejszego życia wśród waszych potężnych maszyn, jako podzięka za długie więzienie na obcej planecie.


czwartek, 2 czerwca 2016

III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Trzynasty

Było już ciemno na zewnątrz, więc mężczyźni wybiegli z budynku uzbrajając się w latarki i mikroskopijne czujniki szpiegowskie, które Inferno wczepił im w kombinezony. Mieli też u pasa pistolety, którymi powoli mierzyli przed siebie, wietrząc niebezpieczeństwo. 
Cyborg jednakże posunął się przed ludźmi, z racji tego, że miał lepiej rozwinięte cechy biologiczne. Podłączył się pod urządzenie szpiegujące i wczepił je sobie w miejsce oczu jak okulary przeciwsłoneczne. Uniósł w górę lufę pistoletu i dał znak gestem wolnej ręki, aby ruszali. 
Posuwali się naprzód dookoła budynku wolno i ostrożnie, a potem zaczęli badać teren położony dalej od niego. Uliczki były puste, lecz cyborg wiedział, że tylko to może uśpić czujność ludzi. 
Naraz cyborg usłyszał znowu szelest z parku i natychmiast rozkazał ludzkim towarzyszom tam się udać. Tak, jak przeczuwali, park był mroczny o tej porze i tak cichy, że słyszeli jedynie własne oddechy i przytłumiony łomot serca. 
Scott chciał o coś zapytać, lecz Inferno uciszył go sykiem. Zaczęli się skradać wzdłuż ścieżki, bacząc, aby żaden nie zbłądził. Smugi światła, rzucane przez latarki i częściowo instrument szpiegowski, uprzytomniało ich w kryjącym się niebezpieczeństwie, które z każdym ich krokiem porusza się coraz dalej. 
Scott, który przez wojenną przeszłość nauczył się odpowiedniej czujności godnej żołnierza, wiedział, że roboty potrafiły na wiele sposobów zmylić Armię i już nie raz za panowania w dowództwie Susan Steward, członkowie wojska ginęli za sprawą błahego oszustwa. 
Toteż gdy Inferno starał się pouczać młodszego Corletta, mając jedynie na celu pomoc, ten natychmiast się obruszał – za to Scotta słuchał słowo do słowa. Jednak Scott wiedział, że same pouczenia nie wystarczą – bywało, iż musiał zmierzyć się z niebezpieczeństwem twarzą w twarz, jaką miał już okazję w czasie wojny z robotami. Według Scotta (i Clary) wykazał się wielkim męstwem. Zawsze starał się zaangażować w tą naukę też jego autobotkę, Kometę. 
Teraz jednak, gdy byli razem – w grupie – czuli, że nic nie jest w stanie im przeszkodzić. Starali się jednakże zbytnio nie wymuszać szybszego kroku, na twardy nakaz cyborga, a wiedzieli, że ten ma bezwzględną rację i ma nad nimi taktyczną przewagę. 
Gdy jednak dotarli do samego centrum parku, Inferno zatrzymał się i nakazał im gestem to samo. Ci natychmiast się zatrzymali, jednak ich twarze wyrażały powszechne zdumienie. 
Scott, który stał najbliżej niego, szepnął: 
- Co jest? 
Inferno zmierzył go wzrokiem i odrzekł: 
- Chyba miałeś rację, McDavid. Ktoś nas śledzi. 
- Co masz na myśli? Ja niczego podobnego nie powiedziałem. 
Cyborg zacisnął wyszczerzone zęby, i po chwili, gdy prześledził okularami szpiegowskimi okolicę, odparł: 
- Naładujcie broń. To może być krwawe... a może i przepalone spotkanie. 
Nikt nie pojął jego jak zwykle zagadkowych wypowiedzi, ale posłusznie naładowali pistolety. 
Opuścili je jednak na wysokość bioder, ale Inferno natychmiast ich skorygował: 
- Co wy robicie? Myślicie, że wróg zaatakuje wasze dolne partie ciała? 
Scott zapytał o dziwo spokojnym tonem: 
- Coś ty taki nerwowy? 
 Cyborg nie odpowiedział na jego pytanie, tylko odwróciwszy się do nich i jeszcze raz – już ostrzejszym tonem – nakazał unieść lufy przed siebie. 
Alec popatrzył na towarzyszy i wykonał ,,rozkaz" cyborga, a w chwilę później powtórzyła to reszta. 
Scott jednak zagadnął: 
- To, że w tej kwestii masz rację, to nie znaczy, że zostaniesz kiedyś dowódcą Armii. Musisz zważać na to, że twój temperament czasami wprost nie da się lubić, więc masz to szczęście, że jesteś od nas mocniejszy, ale jedynie w broni. 
 - Być może. - odparł obojętnie Inferno. - Jednakże znamy się nie od wczoraj. Jesteś żołnierzem, McDavid, ale czasami popełniasz niegodne żołnierza błędy. 
- Każdy ma swoje błędy na własnym sumieniu, ty też. - odparł ostro Scott. - Pamiętaj o naszej umowie między nami. Jeżeli uniesiesz przeciw nam broń, nawet w zwykłym gniewie, grozi ci banicja. 
 Inferno prychnął pogardliwie, chociaż w duchu przyznawał Scottowi rację. W posępnym milczeniu odwrócił się do nich tyłem i poprowadził ich dalej przez ciemny park. Szli tak pewnie z dwie godziny, nawet nie zauważając, że na niebie pojawił się księżyc. 
W parku ciemniało coraz bardziej, za sprawą tego, że przechadzali się pod rozłożystymi drzewami. Naraz usłyszeli szelest zarośli, i nie byli pewni czy to zając, czy coś innego. Alec skierował nieco świetlistego strumienia na obiekt zarośli, skąd ów szelest usłyszeli. Wytężali wzrok w ciemności, jednak nie dostrzegli wiele, ale cyborg ostrzegł: 
- Tam ktoś jest. 
Inferno uniósłszy swój pistolet do góry zaczął się przechadzać przez krzaki, o dziwo nie czyniąc przy tym dużego hałasu. 
Ludzie stali w miejscu, nieco zlęknieni. 
 - Jeśli usłyszycie dwa wystrzały, jeden po drugim – zaalarmował ich cyborg. - Przybądźcie w miejsce czerwonych światełek. 
- A jeśli jest tam ich więcej? - spytał Corlett. 
 Cyborg spojrzał na niego. 
- Chyba raczej poradzę sobie rychlej niż wy wszyscy. Nie jestem człowiekiem. 
 - Mimo wszystko przydałaby ci się pomoc. - powiedział Alec. Inferno zmierzył go gniewnym wzrokiem. 
- Jak będę potrzebował pomocy, powiadomię was. 
Mężczyźni kiwnęli głowami. 
- Jeśli to jeden z tamtych... - powiedział Scott. 
Cyborg odwrócił głowę ku niemu. 
 - ... to uważaj na siebie. - dokończył syn Stevena. 
Cyborg kiwnął głową i w chwilę później odszedł, znikając im z oczu. Wytężył wzrok i skierował się w stronę gąszczy. Wiedział, że jednak wróg zamaskował się dość dobrze, jak dla ludzi, ale cyborg taki czy inny od razu go by upatrzył, jak wilk sarnę w pustym borze. 
W jego umyśle świtało jedno postanowienie – nie zawieść Scotta. Czas był cenny, tym bardziej że był jak umykający szarak. 
A jego biegowi trzeba było dorównać, jeśli chciało się przeżyć. Inferno doskonale o tym wiedział. Nie opuścił pistoletu ani na chwilę, aby nie narazić się na atak z zaskoczenia – o ile taki miałby nastąpić. 
Starał się wszędy być zapobiegliwy. 
Przełączył na instrumencie szpiegowskim tryb podczerwieni i kontynuował poszukiwania, nie zapominając jednakże o ich celu. Przez pewien czas nie napotkał żywej duszy, chociażby ptaka, co go zdumiało niewątpliwie. 
Ale był wytrwały, nie zamierzał tak łatwo rezygnować. 
Czym prędzej przyspieszył kroku, nie przechodząc dalej niż kilkanaście mil od miejsca, gdzie pozostawił towarzyszy. 
Z podejrzeniem rozglądał się dookoła, wiedząc, że park nie mógł tak nagle ucichnąć. Zauważył w końcu jakiś jak gdyby ludzki cień przemykający się jak duch między drzewami. 
Bezszelestnie podążył w jego kierunku, nie myśląc o tym, że niebawem wypuści z dłoni pistolet, więc zacisnął palce na jego uchwycie, czując jego zimną stal. 
Zacisnął również zęby i nagle w tejże chwili, jak był o niecały kilometr od tajemniczej postaci, ta zatrzymała się. 
 Cyborg uskoczył za drzewo. Powoli wychylił głowę zza pnia i wytężył wzrok w stronę ów postaci. Przekradł się jeszcze parę metrów, lecz stwierdził, że tajemniczy cień nie ruszył się z miejsca, czego się raczej nie spodziewał. 
Gdy przyjrzał mu się bliżej, za pomocą nadajnika, zauważył iż ta ma kształt człowieka, lecz nie jest nim do końca. 
Pamiętając, aby odbezpieczyć pistolet w odpowiedniej chwili, posunął się dalej, zważając na to, że potencjalny wróg może go zauważyć. 
Starał się maskować za każdym razem, nie spuszczając wzroku z przybliżającej się coraz bardziej postaci z każdym jego poczynionym krokiem. W końcu ów postać odwróciła się wprost w jego stronę, a on zamarł na otwartej przestrzeni, nie będąc pewnym, czy go zobaczyła, czy nie. Powstrzymywał drżenie całego ciała, a ręka z pistoletem zamarła mu w powietrzu. 
 Jednak gdy obcy obiekt znajdował się od niego niecały metr, cyborg rzucił się na niego niczym drapieżnik polujący w dziczy, nie wydając z siebie niepotrzebnego wrzasku. Jego ofiara, i tak zaskoczona tym atakiem, szarpała się dziko, ponieważ schwycił ją w pasie. Kopnęła go w goleń, a on odruchowo ją puścił krzycząc z bólu. Instynktownie wcelował w nią broń, gdy ona upadła na ziemię, straciwszy wyraźnie czucie w nogach. 
- Kim jesteś? - spytał twardo Inferno; nie spodziewał się, że w obliczu gniewu wydobędzie ze swojej ściśniętej krtani tak złowieszczy syk. 
Rozpoznał w swojej ofierze robota płci żeńskiej, jednak ze względu na to, że ukrywała się przed nim był wobec niej podejrzliwy (i całkiem słusznie). 
Ta, śledząc oczyma ruchy jego lufy, była w widocznym szoku. 
Cyborg szturchnął ją nogą i warknął: 
 - Zadałem pytanie, robocia przybłędo, więc oczekuję odpowiedzi! 
Robocica zmrużyła drwiąco oczy. 
 - Mimo iż przystąpiłeś do Armii, charakterek masz tak samo cięty, jak twój język. Stalowa Pięść miał rację. 
 Cyborg nie pojął jej odpowiedzi. 
 - O czym ty gadasz? 
 - Nie domyślasz się? Pięść dąży do tego, aby zmieść Gwiezdną Armię raz na zawsze z powierzchni Kanady. I ciebie wraz z nią. 
Inferno zdjął ze skroni okulary szpiegowskie i odbezpieczył pistolet, cały czas trzymając robocicę na muszce. Przyglądał jej się podejrzliwie, mrużąc oczy i marszcząc brwi. 
- Nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę. - powiedział ostrzegawczym tonem. - Jesteś z Pięścią, tak czy nie? 
Robocica drgnęła, próbując się podnieść, ale Inferno postąpił krok w jej stronę i warknął: 
- Wara i gleba! Jesteś z nim czy nie? 
Robocica zmierzyła go zimnym wzrokiem, jednak cyborg, jak można się było domyśleć, nie zląkł się tym. Patrzyła zagubiona i bezradna dookoła siebie – nie spodziewała się, że ona, jako wojowniczka, nie będzie miała wielkich szans z cyborgiem. 
Przez dłuższą chwilę byli duszeni niemal śmiertelną ciszą, ale w końcu robocica uznała, iż skoro już zetknęła się z cyborgiem, musi obmyśleć wpierw, jak wydostać się z jego pęt. Wiedziała z relacji Stalowej Pięści i Pieniacza, że Inferno jest nieprzewidywalnym i trudnym przeciwnikiem, jeśli zmierzyć się z nim w pojedynkę. 
Ona jednak, polegając wszakże na kreatywności w walce, czuła, że taki przeciwnik jak on może z łatwością gorzko się potknąć i wpaść w jej sidła. Wypatrywała w nim samym słabego punktu, gdzie by można uderzyć, milcząc gorzko, aby cyborg nie koncentrował się wyłącznie na niej. Zniewolenie na Subrynie nauczyło ją, iż w wielu przypadkach musi polegać na szybkości działania. 
Tamtejsze dni, wspomnienie potwornie trudnych trzech lat utożsamiło ją teraz w fakcie, iż musi stoczyć kolejną walkę, kolejną jatkę, która być może ocali ją i ześle chwałę z ust Pięści, że zabiła Inferna – cyborga tak bardzo znienawidzonego przez pomocnika Gallardo. 
W chwili tej, wywinęła się spod jego lufy jak strzała, z czego cyborg wystrzelił instynktownie, lecz chybił. Przez ułamek sekundy stał nieruchomo, lecz gdy w chwilę potem robocica znalazła się na jego tyłach, zablokował jej cios ręką, schwytując jej nadgarstek. 
Tacata jednak wyzwoliła się z jego uścisku kopniakiem w najsłabsze miejsce, w wyniku czego miała czas by uciec, albo obezwładnić przeciwnika. 
Wybrała to drugie. 
Okrążyła go na jego tyły i już go miała spętać laserowym sznurem, gdy nagle Inferno wyślizgnął się – dosłownie – spod jej więzów i ścisnął ją zgiętym ramieniem, przyciskając do siebie i trącając pistoletem jej skroń. Tacata, która nie zdążyła wcześniej wyciągnąć broni, poczuła, że ramię cyborga ściska jej gardło. Jej ręka błądziła po omacku w pobliżu schowka na broń znajdujący się u jej pasa. 
Inferno zaś skupiał się przede wszystkim na jej unieruchomieniu. Nie zauważył jednak na początku, że ta chce sięgnąć pistoletu. 
Wytężył całą swoją cybordzką siłę (a miał ją o wiele większą niż śmiertelnik), aby nie dopuścić do przejęcia inicjatywy przez Tacatę. Przeładował ponownie pistolet, a Tacata usłyszała jego trzask. 
Była niemal pewna, że jeśli nie zdoła się oswobodzić z jego uścisku, zginie być może nie tylko z jego ręki. Przeczuwała, że Inferno z pewnością nie działa sam – ale póki co, musiała skupić się na nim jednym. 
Szarpnęła się, ale cyborg trzymał ją mocno. Nie spodziewała się po nim tak wielkiej siły – nie znała wogóle rasy cyborgów, a Inferno był jedynym (niegdyś człowiek) którego spotkała. 
Uderzył ją lufą pistoletu, dając jej ostrzeżenie. 
 - Już wiem, kim jesteś. - wyszeptał złowieszczo, aby obudzić w robocicy strach. - Prowadzisz pomocnika Gallardo, zgadza się? 
Tacata odwróciła głowę aby spojrzeć obiektowi nienawiści robotów w oczy. Dostrzegała w piwnych tęczówkach cyborga nieokreślony błysk, jakby przebiegłość jego natury. Zmrużyła gniewnie źrenice i syknęła: 
 - Jakim prawem stawiasz mi to pytanie, zdrajco
 Inferno przydusił ją ręką, a ta zachłysnęła się własnym oddechem, kaszląc. 
 - Niech to słowo nigdy więcej nie ciśnie się na twoje usta. - zagroził. - Nasz szlachetny wojownik chciałby z tobą pomówić. 
Tacata nie pojęła, że ten ma na myśli Scotta. 
 - Ty sam nie jesteś wojownikiem. - odparła jak zwykle pełna sarkazmu. - Poza tym, nie jestem w nastroju na pogaduszki. 
Inferno jednak nie dał się oszukać. Nabierając pewności, że Tacata mu nie umknie, spętał ją laserowym sznurem tak, że ręce miała skrzyżowane z tyłu. 
Popchnął ją do przodu, jak policjant aresztowanego przestępcę. 
 - Wygląda na to, że puścisz jeszcze parę z gęby. - powiedział. - Myślisz, że nie wiem, co ty tam knujesz ze swoim panem? 
 - Ty też coś kręcisz, diable wcielony. - odcięła się Tacata. - Jeszcze zapłaczesz łzami ludzkimi... 
 - Zamilcz, żmijo. - syknął Inferno i popchnął ją skrępowaną przed siebie. 
Wyciągnął pistolet lufą do góry i wystrzelił dwa razy.