Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gwardia Maszyn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gwardia Maszyn. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 sierpnia 2016

III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Dziewiętnasty

Można było się domyśleć, że ,,po drugiej stronie” Pięść czuł, że już ma ją w swojej garści. 
Był tak zaskoczony pozytywnie, że nie mógł uwierzyć, że Tacata tak szybko się poddała. Ale to dało mu dowód na to, że może odtąd kazać jej to, co tylko sobie wymyśli. Tak jak mówił już żołnierzom – Tacata stanowiła uniwersalny klucz do zwycięstwa nad autobotami. Ale robocica nie podejrzewała, że ten będzie chciał ją wykorzystać – szczególnie, kiedy miał teraz ułatwione to zadanie. Jednak wszystko wcześniej dokładnie to sobie obmyślił, a mimo to nie dzielił się tymi planami z Pieniaczem. 
 - Obmyśliłem dla ciebie szczytowe zadanie. - powiedział. - Planowałem to sam zrobić od dawna, lecz pojawiły się trudności... uznałem, że ty lepiej sobie z nim poradzisz. 
 - A niby dlaczego ja? - obruszyła się Tacata. - Myślałam, że faceci są bystrzejsi w strzelaninie, niż kobiety... a przynajmniej uważają się za takich ogierów, a kobiety powinni wyklinać ponad miarę rozsądku... a tymczasem sami są nierozsądni. 
 - Nie irytuj mnie, żmijo! - warknął Pięść i Tacata natychmiast odczuła ból. - Rozkaz jest rozkazem, a nie gadaniną do rozwydrzonego dzieciaka. Lepiej bądź mi posłuszna, bo inaczej pożałujesz tego... 
Tacata machnęła ręką. 
 - W porządku, zrozumiałam. - burknęła wylewnie. 
Stalowa Pięść westchnął. 
- No nareszcie... a więc teraz, gdy jesteś w rękach Armii, powinnaś wyświadczyć mi małą przysługę, chyba rozumiesz... 
Tacata przewróciła oczami. 
- Taa... no i co? 
- No więc właściwie tylko ty jesteś zdolna do wykonania tego zadania. - podkreślił Pięść. - Zanim wrócisz do naszej bazy, musisz zaaresztować cyborga i tego McDavida i przyprowadzić ich obu do mnie. 
Tacata uniosła w zdumieniu brwi, jednak Pięść nie był w stanie tego zobaczyć. 
 - Tylko tyle?... a zastanawiałeś się w ogóle, jak ja tego dokonam? 
Pięść zachichotał. 
 - Podobno uważasz się za bystrzejszą od nas. - odparł. - Więc będziesz miała okazję to udowodnić. 
Tacata skrzywiła się. 
 Zastanawiało ją jednak, skąd Pięść wie, że ta już widziała McDavida na oczy – i, o dziwo, gdy członkowie Armii ją schwytali, rozpoznała wśród nich tylko Inferna. 
Ale poprzez przysłowiową służbę w tej sekcji, znała już nie tylko jego, ale i kilku autobotów, Clarę Botswanę i Corletta – wspólnika Scotta. Było to dla niej rzeczoznawczą lekcją i zorientowała się w planie Pięści. 
- Tak, mój panie. - odparła już całkiem pokornie. 
 Wciąż jednak nie wiedziała, w jaki sposób schwyta obu mężczyzn. Domyśliła się, że będzie musiała znów polegać na kreatywności. 
 - Dobrze. - odpowiedział jej po chwili Pięść. - Pamiętaj, że jeśli wywiniesz się spod rozkazu, będziesz miała ze mną do czynienia. 
 - Zazwyczaj tak bywa. - odparła całkiem obojętnie Tacata. 
Wtedy poczuła, że ból w okolicy skroni zanikł – Stalowa Pięść rozłączył się z jej umysłu. 
Westchnęła z ulgą. Mogła teraz działać samodzielnie, dopóki nie dotrze do bazy robotów. Upewniając się, czy nie zgubiła broni, prześlizgnęła się przez okno i wyskoczyła na podwórze. 
Nie widziała palących się latarni, więc śmiało podążyła w prawo, gdzie po kilku skrzyżowaniach miała trafić do ukrytej bazy robotów. 
Myślała, że jeśli będzie w stanie uciec, również niepotrzebni jej będą cyborg i McDavid. Nie chciała wykonać rozkazu. Chciała po prostu uciec z Armii. Wiedziała jednak, że będzie zmuszona wytłumaczyć się Pięści z jej nieposłuszeństwa. Ale mimo że starała się nie przejmować jego groźbami, strach przejął ją aż do tego stopnia, że chciała skryć się znowu gdzieś daleko, aby nie znaleźli ją ani roboty, ani Armia. Miała satysfakcję z tego, że Pięść nie widzi jej ucieczki. 
Rozejrzała się ostrożnie i przedzierając się przez zarośla, dotarła mniej więcej w połowie drogi do kryjówki armii. W tejże chwili jednak usłyszała szelest zza krzewów. 
Zatrzymała się, zlękniona. 
Ciemność okolicy przeraziła ją do najwyższego stopnia. 
Nie posiadała żadnych latarek, aby nimi mogła oświetlać ścieżkę. Powstrzymując jednak panikę, pobiegła do widniejącej już wyraźnie w oddali bazy. Biegnąc tak, była jeszcze bardziej wystraszona, niż wtedy, gdy stała w miejscu. 
Biegła, chcąc przeżyć, mimo że wiedziała, co ją czeka, gdy dotrze na miejsce. W jej głowie widniał już wyraźnie obraz wściekłego dowódcy, który z reguły nie przyjmował wymówek i karał tak brutalnie, że zazwyczaj karany był mu posłuszny, a nawet zbytnio. 
Dowódca taki nie był zazwyczaj podziwiany przez resztę – dowodem tego były jego czyny. A Tacata wiedziała, że Pięść nie był typem lizusa. Wszakże w swoich rządach wzorował się na brutalności Gallarda. 
Ratując przymusowo Tacatę z niewoli wiedział, że zyska dużą podporę w walce z znienawidzonymi autobotami i trzymającymi stronę autobotów ludzi. 
Pragnął zniszczyć Armię do ostatka, a ich kwaterę zamienić we własną twierdzę. Liczył w trafność planu i nigdy nie było jeszcze takiego, który mu się sprzeciwił. 
On sam nie pozwalał na sprzeciw. 
Tacata biegła przez cały czas, czując na sobie jakby wzrok latarnii, jakby chciały ją ostrzec przed zdradą. Starała się nie reagować na ich ostre światło. Pragnęła przeżyć, uciekając. 
Zdjęta przerażeniem, nie zauważyła nawet, jak potyka się o coś dużego, leżącego na ziemi. 
Upadła, lecz podniosła się. Ale to, co zobaczyła, sprawiło, iż nie mogła ruszyć się z miejsca. Drogę przegrodził jej duży autobot, który w ciemności rzucał dwa razy większy od siebie cień. Rozbłysł reflektor o świetle tak ostrym, że Tacata musiała zmrużyć oczy. Obok autobota stała robocica. 
- No, proszę. - powiedział autobot. - Ktoś tu wymknął się na nocne łowy? 
 - To ta robocica, Harley'u. - odpowiedziała robocica, którą była Soprano. - Scott chyba bardzo się co do niej pomylił, biedak... 
Tacata popatrzyła na Soprano i Harley'a. Popatrzyła poniżej ich pasów, aby sprawdzić, czy mają broń. Harley owszem był uzbrojony, lecz miał schowany cały arsenał w schowku na piersi. 
Soprano zaś nie miała żadnej. 
 - Skąd w ogóle wiecie, że to wasz Scott mnie przyjął? - spytała. 
Harley prychnął. 
 - To twoje kuszące, ale ociekające jadem słowa wprowadziły go w błąd. Ale autoboty się nie pomyliły. Jesteś sługusem Pięści. 
- Ja? Skąd ci to przyszło do głowy, blaszany głąbie? 
- Po prostu to wiemy. - odparł Harley. - Dzięki ludziom możemy dostrzec to, czego oni nie dostrzegają. I przez to uczą się na błędach. 
- Jesteście głupcami. - syknęła Tacata. - Aż nie sądziłam, że wielki wojownik Armii może do nich należeć... 
Harley chciał wyciągnąć pistolet, lecz w tej chwili Tacata kopnęła go w rękę, w wyniku czego autobot upuścił broń. 
Soprano rzuciła się na Tacatę, chcąc ją unieruchomić, lecz ta wyrwała bicz zza pasa i ścisnęła ją w talii tak, że nie mogła oswobodzić rąk. 
Autobot już dopadał Tacaty, chcąc ratować Soprano, ale robocica z dzikim rykiem naparła na niego strzelając w jego brzuch. Harley zatoczył się, i w tej samej chwili Tacata strzeliła w głowę Soprano, nie pozwalając jej wstać już nigdy. 
Ale Harley jeszcze się nie poddawał. Przeskoczył przepalone pociskiem ciało starej robocicy i rzucił się po raz kolejny na napastniczkę. Autobot pojął, że stoi przed nią prawdziwa wojowniczka. Jednak starał się nie dawać za wygraną. 
Zwinnie mijał okręgi jej bicza, jednak bardziej zważał na ruchy lufy jej pistoletu. 
Strzelił do niej, lecz chybił. Tacata zaśmiała się lodowato. 
- Cóż to, autobocie? - syknęła. - Należysz do Armii, a nie umiesz walczyć? 
 Harley rzucił się naprzód. 
 Dzika walka nabierała tempa. 
Jeszcze przez blisko kilka minut Harley polegał na unikach, aż w końcu sam zaatakował. Tacata jednak była przygotowana na ten cios. 
Nim Harley wystrzelił w stronę jej twarzy, ta wyskoczyła w górę i wykonując szybki obrót w powietrzu uderzyła go nogami w pierś. Harley upadł na plecy i w tej samej chwili Tacata wylądowała nad nim celując w niego pistoletem. 
Broń autobota leżała w tejże chwili kilka metrów dalej. Harley jednak był osłabiony jej atakiem i nie był w stanie się ruszyć. Tacata z uśmiechem mściwej satysfakcji przeładowała pistolet. 
 - Mam nadzieję, że kiedyś się jeszcze spotkamy. - powiedziała zimno. - Kiedy nasz dowódca przebuduje cię na żołnierza Gwardii...
Kopnęła go w głowę i wystrzeliła największym kalibrem, który roztrzaskał autobotowi twarz i jednocześnie przybliżył do śmierci. 
Tacata zaśmiała się zimno. 
Harley już się nie ruszał. Poczuła zimną satysfakcję. 
 - Już nie jestem z tobą, McDavid. - powiedziała głośno, wiedząc, że nikogo nie ma w pobliżu. 
 - Doskonale. - pochwalił ją głos Pięści w jej umyśle. - Teraz wracaj do bazy i to szybko. 
Tacata machnęła ręką, uprzytomniając sobie, że Pięść zapomniał o wydanym przezeń rozkazie. 
 - Skąd wiedziałeś, że walczyłam z autobotami? - spytała. 
 Pięść prychnął pogardliwie. 
 - Nie rozśmieszaj mnie, wiedźmo. Wracaj do bazy. 
I teraz Tacata poczuła, że nie ma łatwej decyzji. Jednak zrezygnowała już całkowicie z uprowadzenia cyborga i McDavida. W głowie świtała jej jedna myśl; dotrzeć do bazy. Miała tym łatwiej, że z walki z Harley'em i Soprano wyszła praktycznie bez szwanku, to tym bardziej cieszyło ją to, że gniew Pięści złagodzi fakt, że udało jej się zabić autobota. 
Ale to nagłe spotkanie z autobotem i robocicą Aleca Sunshire'a uprzytomniło ją w fakcie, że teren, który przemierza, może być kontrolowany. 
Uzbroiła się w czujność i ruszyła dalej. 
W międzyczasie przeładowała broń, czując, że jeśli uda jej się dopiąć swego, z pewnością wódz armii da jej ułaskawienie. Skradała się cicho głuchą uliczką, czując, jak mechaniczne serce łomoce jej w piersi. Uznała, że uliczka ta jest wymarła – nie było na niej żywego ducha. 
Ciemne szkielety domów już dawno nie były oświetlane, znakiem tego, że ich domownicy już spali - jeśli nie byli uśpieni na zawsze. Robocica przemknęła się przez ,,wymarłą” okolicę. 
Między ogromnymi budynkami zatrzymała się nagle. Wyczuła coś, czego nie była w stanie rozeznać. Wielkie kolosy budynków rzucały ponure, czarne cienie. Wydawały się groźnymi wojownikami, uśpionymi na czas, gdy przemykający się obok nich wróg nie wydawał z siebie głośniejszych dźwięków. 
Tacata rozejrzała się trzy razy, ale nic nie zobaczyła. 
To zirytowało ją, bo przecież czuła, że coś ją śledzi. 
- Gdzie jesteś, wiedźmo? - syknął głos Pięści. 
 Tacata podskoczyła, ale zaraz potem zebrała odwagę i rzekła: 
- Niedługo będę, szefie. 
Podniosła się i ruszyła dalej. 
Jednak korciło ją dziwnie, aby z każdym jej poczynionym krokiem, spoglądać za siebie. 
Nagle usłyszała warkot silnika i domyśliła się, że to autoboty – jednak nie wiedziała ilu ich jest. 
Gdy zaczęła posuwać się nieco szybciej przed siebie, oślepiło ją światło reflektorów i usłyszała krzyk autobotki Komety: 
- Nie ruszaj się! 
Przerażona Tacata upadła w tył na ziemię i osłoniła oczy ręką. 
W chwilę później stanęły nad nią dwie dwumetrowe prawie autobotki – Kometa i Venus. Spoglądały na robocicę groźnym wzrokiem celując w nią bronią. 
- Nudzi ci się u nas, prawda? - spytała Kometa. 
Tacata zmierzyła autobotki zimnym wzrokiem i nagle poczuła straszny ból głowy. 
- To ty zabiłaś Harley'a i Soprano? - dopytała się Venus. - Ich szczątki będą nam przypominały twoją zdradę... 
- Czego ode mnie chcecie? - spytała robocica. - Chcemy, abyś przestała kryć się ze swoimi zamiarami wobec nas wszystkich. Wiemy, że zwąchałaś się z Pięścią i nie śmiesz nam teraz zaprzeczyć. 
Tacata spojrzała bardzo nieufnie po twarzach autobotek. 
- Z pewnością twoja zdrada zostanie odpowiednio wynagrodzona w walce z twoim panem. - powiedziała surowo Venus. - Jednak wciągnęłaś naszych stwórców w to wielkie bagno kłamstw i intryg. 
- Jakich intryg? - spytała Tacata. - Czy ja was zdradziłam, ujawniając wasze sekrety Pięści? 
- Tego nie wiemy. - odparły autobotki. - Ale z twoją wyszczekaną gębą i przebiegłością jest to możliwe. 
- Same wiecie, że Pięść pożąda waszych sekretów, bardziej niż poprzedni wódz. - powiedziała Tacata. 
Autobotki zasyczały: 
 - Tym bardziej ich nie dostanie! Nie z rąk Armii. 
 Wściekłe autobotki przeładowaly pistolety i trąciły Tacatę lufami. 
- Przestańcie, dziewczęta. - zahamowała Tacata. - Tym bardziej wam się nie uda. 
Wykonała na ziemi pozycję mostka i za jego pomocą skoczyła na nogi. 
Autobotki zaskoczone, omal nie upadły, lecz robocica przewinęła się obok nich i zaczęła uciekać. Autobotki jednak były na to przygotowane. 
Dokonując transformacji, przybrały formę ,,jednokołowych robotów” , dzięki czemu mogły jeździć po ziemi i trzymać w ręce broń. 
Nie namyślając się, od razu rozpoczęły pościg za Tacatą, która przed nimi zmieniła tryb chodu i zamiast stóp miała teraz rolki wspomagane silnikiem. Wyczuły wtedy, że rzeczywiście Tacata jest robotem wywodzącym się z bliższej obecnemu rokowi epoki, gdyż roboty Stalowej Pięści nie miały zaprogramowanego tak zwanego ,,trybu jazdy”. 
Gdy obie mknęły ponad miarę za uciekającą robocicą, były pewne, że ta na którymś zakręcie zmieni kierunek. 
Utworzył się niemal szalony pościg, w trakcie którego autobotki były zmuszone użyć broni. Tacata robiła uniki, jak można było, i tym samym przedłużała pościg. 
Kurz unosił się za nimi, a ciemne uliczki wprawdzie nie zachęcały do tak ostrej jazdy; jednak jasno świecące reflektory autobotek uprzytomniały je o ułożeniu terenu. Tym łatwej miała teraz również Tacata, która mknęła przed nimi jak strzała wypuszczona z łuku. Kilka razy starała się zmylić autobotki, które trafiały do tuneli, które jednak ostatecznie okazywały się skrótami, jednak robocica potrafiła w takich sytuacjach umknąć znowu na parę metrów. 
W takich momentach korciło ich użycie broni, ale się hamowały. Wiedziały, że muszą dostarczyć Tacatę Armii żywą. 
Tym bardziej Venus zależało na satysfakcji Clary. Wiedziała, że tylko dzięki staraniom będzie mogła pracować aż do samozniszczenia, które następowało u każdego autobota w różnych odcinkach czasu – u jednego po piętnastu latach, u innego po dwudziestu. 
Było ono określane jako ,,śmierć naturalna” autobota. One same wiedziały od dawien dawna, że ludzie też mają prawo umrzeć. 
Byli na swój sposób oswojeni z tą myślą już od pierwszego dnia ich istnienia na świecie. 
Czas był nieubłagalny, tym bardziej, że te wszystkie lata istnienia stowarzyszenia, ogień wojenny pochłonął tyle istnień. Obecnie nic nie było pewne. Jedynie śmierć była najpewniejszą rzeczą, jaka dotąd spotkała człowieka. I nawet jeśli tej śmierci by nie było, ani starzenia się, ani chorób – ludzie żyliby szczęśliwie. 
Ale taka zmiana świata była niemożliwa. Pobudzała ona jedynie bujną wyobraźnię ludzką, rysując przed nią obraz iście idealny – jakiego w rzeczywistości nie było. 
Tak bardzo ludzie chcieli zmienić świat, że niemal zapominali, że mają w tym świecie, w którym żyją, sprawy ważniejsze. 
A ważność tych spraw była niemal pierwszorzędna. Człowiek wykonywał na tym świecie ważną misję – żył. I póki nie zawodził go rozum, mógł żyć tak przez całe sto lat. 
Kiedy jednak kończył swój żywot, żałował mimo to, że ta misja była w jego mniemaniu ,,niedoskonała” - że w latach młodzieńczych wdał się w złe towarzystwo, że zabił człowieka, umyślnie, czy nieumyślnie, że siedział na odwyku i w więzieniu... tak różna była ta misja, i zawsze tak samo skomplikowana. Autobotki cały czas ścigały Tacatę, nie dociskając jednak spustu. Myślały, że na którymś z kolei zakręcie, ta się potknie i będą miały ją wówczas na wyciągnięcie ręki. 
Cały czas śledziły trasę, nie pozwalając sobie na zgubienie jej sylwetki. Warkot motorów zdawał się nasilać z każdą chwilą. Jednak ani Venus, ani Kometa nie wykazały strachu. 
I Tacata wydawała się jeszcze bardziej zdenerwowana. Mknęła wciąż z dziką szybkością, a i autobotki nie śmiały zwalniać tempa, ściskając pistolety w opuszczonych dłoniach. Tacata spojrzała przed siebie i ujrzała znajomy jej krajobraz. 
Zwiększyła chyżość pościgu, a autobotki zrobiły za nią to samo. 
Coraz bardziej zbliżały się do podniszczonego budynku parterowego, który zdawał się chwiać w oczach. Ale Tacata bez zahamowania zwiększyła szybkość i po chwili zniknęła w ciemnej czeluści wejścia do budynku. Autobotki jednak zatrzymały się w porę przed nim. - Co to jest? - spytała Kometa, wpatrując się w ciemną plamę, jaka stanowiła wejście. Venus nie odpowiedziała. Również patrzyła przez moment w ciemną otchłań wejścia do środka. 
Uniosła w górę pistolet. 
 - Stchórzyła, żmija. - syknęła. - Ale ja nie pójdę jej przykładem. 
Wyostrzyła światło reflektora i nakazała Komecie zrobić to samo. Autobotki powoli weszły do środka. 
Pomieszczenie, do którego trafiły, przypominało im ewidentnie rozpadający się dom. Grunt stanowiła już tylko czarna gleba, na której przewalały się kawałki płytek i drewnianych belek. Ze ścian odpadała farba, a w kącie dojrzały tylko brudny, drewniany stolik. Na samym środku tego pomieszczenia leżał potłuczony żyrandol. Pomieszczenie było niemalże puste i bez wątpienia mroczne. Gdy posunęły się dalej, dojrzały w blasku reflektorów drugie wejście nie posiadające drzwi. Futryna była w kilku miejscach poszarpana. 
Autobotki podążyły wolno naprzód. Gdy jednak weszły do środka, usłyszały zimny głos: 
 - Nie ruszajcie się. Spluwy w dół! 
Rozbłysło ostre światło lampy i Kometa krzyknęła, lecz czyjaś potężna, metalowa dłoń zakryła jej usta. 
Venus poczuła, jak czyjeś ręce krępują jej ruchy. Szarpnęła się, ale była trzymana mocno. W tej samej chwili w obie autobotki uderzył jakiś ciężki przedmiot i obie opadły bez zmysłów na ziemię...

wtorek, 19 lipca 2016

III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Siedemnasty

Roboty czuły panikę. 
Wiedziały już, że nie ma z nimi Tacaty, a to w niej dzieliły nadzieję na rychłe zwycięstwo. 
 - Co teraz zrobimy, panie? - pytały. - Trzeba by odszukać i ukarać tą diabelską szkaradę. 
- Więc jej poszukajcie! - zirytował się Stalowa Pięść. - Jak przychodzi co do czego, to wiecie co robić... jak zwykle do czasu... 
Pieniacz podszedł do niego i szepnął do ucha: 
- Wiesz, że bez ciebie nie dadzą sobie rady... są jak dzieci. 
Pięść odepchnął go od siebie. 
 - Zostaw mnie! Znalazły sobie przywódcę...! Cieszcie się, że was jeszcze nie poprzepalałem laserem. 
Roboty natychmiast się cofnęły, nie pojmując jego zachowania. Również przejmowały się zniknięciem Tacaty, a raczej jej ucieczką, ale nie tak bardzo, nie tak wnikliwie jak on. Myślały, że ten oszalał, albo jest nietrzeźwy umysłowo. Jednak musiały mu służyć, bez względu na to, jak okrutne męki będą cierpiały. 
- Co z Tacatą, panie? - spytał jak zawsze wierny Pieniacz. 
Stalowa Pięść spojrzał na niego. 
- Jak to: co? Musimy ją znaleźć, i to rychło. Jeśli trafiła na kogoś z Armii... 
- Nie myśl o tym! - rzucił szybko Stalrat. - Po prostu nie była nas godna. 
Pieniacz syknął pogardliwie. 
- Nie wiesz, co mówisz. - powiedział. - Ona może być kluczem do bram sukcesu nad autobotami. Nie rozumiesz...? Nasz pan wie, co mówi, prawda? - tu spojrzał na Stalową Pięść. 
- Od kiedy ta blacha jest twoim panem? - warknął Stalrat. - Nasz pan nie żyje. 
 - Stary król zawsze znajdzie następcę. - odparł Pięść. - Jeśli nie jest to jego własny syn, to zawsze ktoś z jego dworu wolny się znajdzie. 
Odwrócił się do robotów, spojrzał im w oczy. 
 - Możemy ją znaleźć, o ile mamy przebytą dobrą szkołę. A ukaranie jej należy do mnie. 
 - Mogę ci pomagać w chłoście, panie? - spytał Pieniacz zwilżając wargi językiem. 
- Nie, Pieniaczu. - odparł ostro Stalowa Pięść. - Ale rad jestem, że tak solidnie pociągasz za sobą konsekwencje tej sprawy. Może kiedyś mianuję cię moim następcą... 
Na te słowa służalczy z natury Pieniacz padł na kolana i zajęczał u stóp Pięści: - Tak, panie, nie pożałujesz tego...! Z pewnością wtedy wprowadzę dla ciebie reformę wojska. Będę cię godnie zastępował, zobaczysz, że z takim wojskiem, jakie utworzę zmieciemy autoboty z całego południa, północy, wschodu i zachodu... Nie pożałujesz, panie...! 
 - Przestań skomleć. - warknął Pięść. 
Pieniacz zamarł chwilowo, popatrzył ze strachem na skrzywionych w jego stronę robotów i szybko powstał z klęczek, pocierając zbroję na piersi i chrząkając. 
 - Oczywiście – powiedział już twardym, nieugiętym tonem. - Służę ci, panie. Ja od zawsze byłem, jestem i będę twoim żołnierzem i nawet jeśli razem zginiemy – tym lepiej dla nas, bo byłoby nie w porządku, gdybyśmy umarli, nie znając wzajemnie położenia... dla ciebie wszystko, panie. 
Roboty skrzywiły na ten widok, gdy Pieniacz kłaniał się po raz setny Pięści; uznały że ten podlizuje się przywódcy, aby przypadkiem nie spadła na niego jego ręka. Z tego powodu Pieniacz znalazł się na drugim miejscu czołowej listy znienawidzonych przez robocie wojsko. 
 - Widzicie? - zagadnął Pięść resztę żołnierzy. - Nie ma powodu do obaw. Już mam sposób na tą niewdzięcznicę. 
Roboty jednak spojrzały na niego jak na wariata. 
- Tak? Jakoś nie chce mi się wierzyć... 
 - Znowu ściemniasz... 
 - Ciekawe, czy to nie tylko na twoją korzyść. 
 - Na korzyść nas wszystkich. - odparł Pięść. - Zobaczycie, że jeśli odzyskamy ją, uda nam się zniszczyć autoboty. A jeśli tego dokonamy, przejmiemy kontrolę nad ludnością... tego chciał nasz sławiony pan. Możecie być pewni, że jeśli autoboty wylecą stąd na cztery wiatry, wtedy będziemy mogli pozbyć się Armii. Pamiętajcie, że Inferno będzie na pierwszym miejscu... a może i pospołu egzekwo ze Scottem, nad tym jeszcze nie myślałem... ale sądzę, że tak będzie najlepiej. A co do tej robocicy... wiem już, co robić. 
- Co obmyśliłeś, panie? - dopytywał się Pieniacz. 
 Stalowa Pięść uśmiechnął się mściwie i odrzekł powoli, okrążając roboty: 
 - Pod osłoną nocy, kiedy skończyła swój dyżur przy urządzeniu wykrywającym, uśpiłem ją zastrzykiem substancji, którą pobrałem ze swojego laboratorium. Skończyłem opracowywanie funkcjonarzu nadajnika, który wczepiłem w jej system umysłowy (tak roboty nazywają mózg). Wcześniej prowadziłem przez kilka miesięcy badania nad substancją mikroskopijną, która ,,wczepiona” w czyiś umysł daje kontrolę myśli tej osoby przez tego, kto zainstalował jej urządzenie. Ponadto może wpływać na czyny kontrolowanej osoby... może nawet wyczyścić jej pamięć o pewnym fragmencie jej życia... dzięki temu Tacata będzie w pełni nam służyła, nawet jeśli będzie u McDavida. 
Roboty były niebywale zaskoczone tym pomysłem. Czuły teraz, że Pięść jednak podejrzewał ucieczkę Tacaty i dlatego to zrobił. 
 - Czemu tedy zmuszasz nas, abyśmy jej szukali? - spytał Pieniacz. - Możesz przecież sam rozkazać jej wracać. 
Pięść pokręcił głową. 
- Obawiam się, że będę potrzebował waszej pomocy. - powiedział. - Jesteśmy wojskiem, czy nie?.. Nie zawiedźcie mnie. 
- Oczywiście, panie. - odparły chórem roboty.
***
O świcie Kometa wraz z Venus zapukały do drzwi gabinetu Clary. Były bardzo wzburzone. 
Obie autobotki zaczęły się wzajem przekrzykiwać, oskarżając między wersami Scotta i ją również, dowódczynię, o obecność Tacaty. Obie były tak rozgniewane, że nawet nie syczały na siebie wzajemnie, że sobie przerywają wypowiedzi. Taki wulkan zdań mógł się wydawać śmiesznie skrajcowany, jakby tego słuchać, stojąc z boku, ale sytuacja zrobiła się zbyt poważna. 
- Nie sądzę, aby jej obecność miała dobry wpływ na naszą współpracę! - oburzała się Venus. 
 - Widać, że Pięść mógłby być jej partnerem. - dodała zaraz Kometa. - Została przez niego uwolniona. Przecież nasi przodkowie umieścili ją na Subrynie dożywotnie, aby poniosła karę za spiski i morderstwa przeciw autobotom i Armii. 
- A czy wiadomo, do czego jest jeszcze zdolna?... 
 - Skłóci nas wszystkich ze sobą! 
- Ona tylko czeka, aż ja ze Scottem będziemy patrzeć na siebie wilkiem... 
- I ja z Corlettem... 
 - To przebiegła wiedźma i nie można jej ufać... 
- Ja bym na miejscu Inferna od razu ją zarżnęła... 
Clara jak każdy człowiek, nie była zdolna słuchać dwu rozmówców naraz, więc krzyknęła: 
 - Uspokójcie się obydwie! Zachowujecie się gorzej od robocich głąbów!... Pomyślcie sobie: jakim cudem jest możliwe takie posunięcie? Być może macie rację. Ale tak czy inaczej, trzeba by przyłapać Tacatę na gorącym uczynku – jakby ośmieliła się strzelać do Inferna, albo grzebać w danych naszych komputerów – wtedy możemy ją dyskwalifikować... Ale co możemy począć w tej sytuacji? Cały czas słyszę od was skargi, ale cały czas są to skargi nieuzasadnione... Musimy mieć dowody. 
Autobotki umilkły. 
Przyznawały Clarze rację. Wiedziały, że konieczne jest zebranie dowodów i przedstawienia ich Armii. Tylko wtedy mogli podjąć dalsze kroki. 
Lecz nie tylko autoboty uważały Tacatę za niepoczytalną. Scott już wiele razy słyszał ostrzeżenie tego typu od cyborga. 
Inferno też jakby wyczuwał czającą się w Tacacie zgubę. Chciał, aby wreszcie męskie autoboty nie zwracały na nią uwagi, bo widział, że autobotki były zazdrosne może nie w sensie uczuciowym, a zawodowym. 
 - Popełniłem wielki błąd. - powiedział Scottowi Inferno siedząc skulonym w fotelu. - Ona rzeczywiście ma nawet wiele wspólnego z Pięścią. Clara zawsze musi podejmować właściwą decyzję właśnie wtedy, gdy dostrzeże minusy swojego działania. 
 - Każdy uczy się na błędach przez całe życie, Inferno. - odparł Scott. - Nawet starzec ich nie uniknie. 
 Inferno zakrył dłonią usta i spojrzał w bok, wyraźnie zamyślony. Sądził, że on sam mógł odpowiedzieć za każdy błąd Tacaty, bo w końcu on, z racji tej, że robocica najbardziej się go bała, został jej strażnikiem i kontrolerem. 
- Nie wiem, McDavid, czy to my będziemy się uczyć na błędach Tacaty... Ale to jest możliwe. Nigdy nie wiadomo, co nas spotka. Z robotami nigdy nic nie wiadomo. 
Scott pokiwał wolno głową. Nawet nie przypuszczał takiego rozwoju sytuacji. Sądził, że rzecz miewa się inaczej, niż się tego raczej wszyscy spodziewali. 
A jednak Kanada cały czas ich zaskakiwała. Armia nabrała siły, lecz teraz bardziej skupiała się na badaniach, niż walce. Jej członkowie nieśli kolejne wykonane analizy do wydziałów ufologii i kosmologii, aby ci dogłębnie zbadali inne obiekty we Wszechświecie niż ,,sąsiedzi” Ziemi z Układu Słonecznego. Można by przypuszczać, że nie tylko na Ziemi miało prawo rozwinąć się życie. 
Wiara zaś w istoty wyższe była już swego rodzaju religią, która rozwinęła się jeszcze ponad sto lat temu, czyli w dwudziestym drugim wieku. Inferno miał rację – Kościół upadał, a bogów znów było wielu – byli to bogowie tak samo potężni, lecz ludzie też inaczej ich sobie wyobrażali. 
Scott spojrzał w zamyśleniu na cyborga. Wydawało mu się niemal oczywiste to, co usłyszał od niego na temat religii. Nauka płynąca z tej wiary była pojętna jedynie dla tych, którzy wyjątkowo głęboko ją rozumieli. A tutaj rozum był potrzebny, aby pojąć niektóre rzeczy z reguły niepotrzebujące dłuższego wytłumaczenia. Ludzie poprzez rozwój kultury i nauki mogli zbadać więcej, i więcej przekazać przyszłym pokoleniom. 
Inferno spojrzał na swoje na wpół robocie ręce, i westchnął. 
- Sądzę, że twoja wiedza o robotach w połączeniu z naszą da nam szansę na przeżycie największej burzy wojennej. - powiedział Scott. - Dlatego Armia istniejąca od stu pięćdziesięciu pięciu lat (od 2145 roku) powinna chronić dalsze pokolenia, które przyjdą tu kiedyś zająć nasze miejsce. Pokonamy największe przeszkody... zawsze dawaliśmy radę. 
 Cyborg kiwnął głową, dotknął przez chwilę bok głowy, gdzie miał zloty na przewody umożliwiające mu połączenie z komputerami w stowarzyszeniu. 
Spojrzał na Scotta ciepłym wzrokiem – właściwie po raz drugi może od całych jego dwóch wcieleń. Jego głęboki bursztynowozłoty kolor oczu odbijał światło, którego nie było za oknem – to światło było po prostu. Gdy tak patrzył, powoli jego ręka uchwyciła rękę ludzką i ścisnęła. 
Na jego starczej twarzy pojawił się z wolna uśmiech. Scott widział też ten uśmiech w jego oczach – a jego oczy, muśnięte błękitem nieba również się śmiały.







sobota, 27 lutego 2016

III. Międzyplanetarna misja: Rozdział Piąty

Roboty przedzierały się przez zarośla, kląc siarżyście, jak poprzednio. 
Ale Stalowa Pięść, który nimi sterował, nie uspokajał ich, bo wiedział, że to nic nie da. Wiedział, że są rozgniewani, ale nie przejmował się tym. 
 - Durnie! - burknął tylko i wyciągnął zza pazuchy kosę, którą zaczął ciąć pnącza przed sobą. 
Zapadło pełne zdumienia milczenie, ale dowódcy to nie zdziwiło. Uśmiechnął się tylko pod nosem i ruszył przed siebie, a żołnierze za nim. Niektórzy również wyciągnęli swoje noże i zaczęli ciąć dla zabawy kory drzew. Towarzyszył temu głupawy śmiech. 
Lecz nie trwało to długo. Po kilku chwilach Stalowa Pięść odwrócił się do nich. 
- Co wy robicie, durnie? - warknął na nich. 
Stalrat spojrzał na niego z drętowatym uśmiechem. 
 - Przestańcie! - rozkazał im Pięść. - To czyjaś planeta! 
 Roboty naburmuszyły się. W ich oczach błyskał wyraźny ogień gniewu. 
- Bo co? - spytał Pieniacz. - Boisz się kosmitów? 
Pięść chciał do niego podejść, aby chwycić go za gardło, lecz Czarna Kobra stanął między nimi. Uderzył go w pierś, Stalowa Pięść zatoczył się, ale nie upadł. 
Spojrzał ze złością na Kobrę i na Pieniacza. 
 - Sami boicie się siebie nawzajem. - syknął. - Wydałem rozkaz. Mamy zbadać tą planetę. Ten glob jest jak żyła złota! Nadal tego nie rozumiecie? 
 Czarna Kobra spojrzał na Stalową Pięść. 
 - Być może to nie jest dla nas zrozumiałe. - powiedział. - Poza tym, dążysz do zniszczenia autobotów, a ta planeta nie ma z nimi nic wspólnego. 
Wódz robotów poczuł gniew. 
Nie spodziewał się, że nowe roboty, takie jak Czarna Kobra będą tak nieobeznane w sytuacji. Sądził, że jego dzieło unowocześnienia armii robotów będzie w pełni udane. 
Ale zdał sobie sprawę, że się mylił. 
Z Infernem wojsko to nie byłoby takie złe... ale przecież Inferno zdradził! I to boleśnie zdradził! Dołączył do Armii i jej autobotów, nie myśląc kompletnie o tym, co się stanie z robotami w całej Kanadzie. Co za bezmyślność, jak na takiego starca! Z pewnością tego pożałuje, pożałuje tego gorzko! Jeszcze się przekona, co to znaczy zemsta robotów...
 Oprzytomniał, spojrzał na Kobrę... i przypomniał sobie jego słowa. 
Odparł mu gorzkim tonem: 
- Jak to nie ma nic wspólnego? Chyba zbyt mało znasz McDavida... to przecież on... legendarny wojownik Armii... leciał wraz ze swoją załogą na tą planetę... wiele lat temu. Ta właśnie planeta nosi w sobie piętno, znak Armii... dlatego tu jesteśmy. 
Czarna Kobra jednak nie okazywał po sobie, aby rozumiał to, co Pięść do niego mówił. Widać było, iż krótszy czas przebywa na Ziemi niż Pięść i Stalrat. 
Nie znał też Inferna tak dobrze, jak oni i nie wiedział, jaką broń posiada Armia. Autoboty zaś już wiedziały, że Pięść z pewnością stworzył garść nowych robotów, aby nimi sterować w swoich celach. A cel od odejścia Inferna był jeden, taki sam jak sprzed laty, kiedy załoga wylądowała po wieloletniej misji w Galaktyce na Ziemi. 
Wciąż łaknęły władzy – kolejny raz i teraz po tak gorzkich porażkach w roku 2297 nie zamierzali się już cofać. 
Lata tchórzostwa minęły. Chciały roznieść autoboty w pył! Wydawało się, że nic ich nie zatrzyma. Nie tym razem. I na pewno nie następnym, jak nadarzy się okazja. 
Gdyby Inferno był po ich stronie, na pewno nie pozwoliłby na taką słabość. Słabość to nie jego cecha. Słabość to cecha tchórzów.
 - Czuję niemal, jak to ciężkie powietrze napiera na mnie krzepą Armii. - powiedział z obrzydzeniem Stalrat. - Nasz pamięci najdroższej wódz, z pewnością dostałby ataku histerii, gdybyśmy razem z nim teraz tu wylądowali. 
- Nie sądzę. - zaprzeczył Stalowa Pięść. - Napawałby się odorem zapachu tych dziwnych tlenków. Przypomniałoby mu to stare czasy... nasze loty sprzed lat, za panowania Susan Steward. To były dobre chwile, nie zwątpię... Ale wtedy Steward wykryłaby nas jedną sondą. Chociaż Inferno z pewnością nie pozwoliłby nam wpadać w panikę. 
 - Miałem na myśli Gallardo, ty bufonie! - warknął Stalrat. 
Stalowa Pięść syknął groźnie: 
 - Taak? A chcesz znowu się zaksztusić własną śliną? 
Stalrat zasyczał, jak to zawsze robił, gdy wpadał w złość. Nie był jednak już tak głupi, aby sprzeciwić się dowódcy. Wiedział, że Stalowa Pięść mógłby w ataku niepohamowanego gniewu zabić go jednym pociągnięciem za spust. Wolał odtąd zawsze się wycofywać, lecz gdy sprawa ocierała się o temat autobotów – nic go nie zatrzymywało. Zawsze chciał spełnić pragnienie swego pana – teraz już tylko Gallarda. Bo przecież kiedyś i robot i człowiek dążyli do tego samego celu, ramię w ramię, jak druhowie... ale teraz wszystko to uległo bolesnej i trudnej zmianie, ciężkiej do ,,przetrawienia''. 
Roboty myślały, iż za przywódcę będą mieli prawdziwego wojownika. Pięść darzyli nie tyle co nienawiścią, lecz także zimnym, wymuszonym posłuszeństwem. 
Czuli, że jak nie wykonają jakiegokolwiek rozkazu, zginą, chociaż Pięść wolał ich karać tak surowo, aż wymusi na nich pokorę. Mawiali, że nerwowość była przywilejem przywódcy, lecz nie o każdego przywódcę tu chodziło. Trafiał się wódz uporządkowany, spokojny, opanowany... i o dziwo, cierpliwy. Trudno było znaleźć w dzisiejszych czasach właściwą osobę na tą rolę. Ale roboty wiedziały, że Pięść jednak nie spełnia żadnych oczekiwań ,,ich przywódcy'', tego prawdziwego. Owszem, Inferno również bywał nerwowy... ale on potrafił opamiętać się we właściwej chwili... 
Roboty przez długi czas myślały, jaki wódz jest dla nich najlepszy, teraz, gdy nie ma z nimi ani Gallarda, ani Inferna. Stalowa Pięść spotykając się z ciszą, wybuchł maniakalnym śmiechem.
 - Ha! Jednak macie przede mną respekt. To dobrze... bardzo dobrze. Przywódca musi być twardy i opanowany, muszą mieć do niego szacunek... Inferno wiele was nauczył... jednak coś mu zawdzięczamy. 
 Kopnął kamień, leżący na drodze i rzekł: 
 - Musicie być czujni, przygotowani na wszystko. Lecz panika jest tu nie na miejscu. Zbadamy tą planetę, a potem może wykorzystamy jakoś zdobytą wiedzę... bo wiedza, która trafia do rozumu, nie ma prawa się ulotnić. Wiecie o tym... z czasem samo przyswajanie wiedzy i wykorzystywanie jej w praktyce wejdzie wam w nawyk... tak uczył nas Gallardo i ten stary głupiec... a my musimy słuchać ich zardzewiałych rad, bo, jak widać, nadal są zdatne do użytku. 
Roboty ruszyły dalej, teraz już w pełni świadomi sytuacji; musieli słuchać rozkazów Stalowej Pięści. Wiedzieli, że jeśli jednak jak nadarzy się okazja, aby go zabić, wybiorą sobie lepszego przywódcę. Zachowały, jak można się było domyśleć, ten zamiar w głębokiej tajemnicy. 
Gdy przez ścieżkę pnącza rosły coraz rzadziej, Pięść zarządził skręt w prawo, gdzie natrafili na ogrom rozgałęzionych drzew, skąpanych w gorących oparach. 
Roboty uklękły przy ziemi i zebrały próbkę do probówki. Przydałyby się takie do badań. Nie wiedzieli oczywiście, jak długo te próbki roślin wytrzymają bez atmosfery rodzimej planety, lecz musieli podjąć się ryzyka. Roboty pilnie oglądali każdy napotkany okaz i nawet zebrali garstkę tamtejszej gleby. 
Musieli zacząć badania. Pięść przyglądał się temu obojętnie – zbieranie próbek nie było jednym z jego ulubionych zajęć. 
- Bardzo dobrze. - powiedział, gdy roboty skończyły swoje zadanie. - Flora została zebrana. Pozostały nam ślady istot żywych. Ruszamy dalej. 
Roboty włączyły komunikaty z nadajnikiem, które mogły pomóc w wyszukaniu istot żywych. Przez pewien czas napotkali jedynie kilka gatunków ptaków i jaszczurek, lecz to nie wystarczało – potrzebowali śladów istot inteligentnych. 
Stalowa Pięść jednak nakazywał im iść dalej. 
 - Jak nie znajdziemy istoty inteligentnej do zachodu Słońca, będziemy musieli wrócić tu za dwa, może trzy dni... przez ten czas możemy poddać badaniom to, co mamy. 
Roboty musiały przystać na ten układ, więc nic nie odpowiedziały. Pięść poprowadził ich dalej w puszczę, prawie nie odzywając się do nich – potrzebował skupienia. 
Starał się wybadać tutaj ślady Armii, lecz jak dotąd, nic mu się nie udało w tym kierunku. Starał się znosić kąśliwe uwagi robotów. Lecz wiedział, że jednocześnie musiał trzymać nerwy na wodzy. Przez dłuższy jeszcze czas mogli jedynie podziwiać dziwne i dzikie widoki leśnej natury. 
Wszelkie ptactwo leśne szykowało się do snu – znakiem tego, że zbliżał się wieczór. Roboty zauważyły to jednak z pewnym opóźnieniem i Stalowa Pięść wpadł w złość. 
 - Durnie! - warknął, gdy utknęli w głębokim borze. - Musimy wracać i to zaraz! Jak my teraz wrócimy? 
Kręte ścieżki utrudniały rozeznanie trasy i dodatkowo cienie na drzewach ułożyły się tak niefortunnie, że nie można było określić kierunków świata. 
Roboty zaczęły na ślepo doradzać, w którą stronę należy iść, ale Stalowa Pięść nie chciał ich słuchać. 
 - Jesteście durniami. - powtórzył. 
 Jeden z robotów powiedział półgębkiem, że nie posiadają kompasu. To jeszcze bardziej rozzłościło przywódcę. 
 - Teraz mi gadacie takie rzeczy! - syknął. - Trzeba było o tym pomyśleć, zanim tu wylądowaliśmy! 
Roboty zaświeciły reflektorami, które chwyciły w ręce, aby oświetlać sobie drogę. 
Ale widać było, że boją się iść dalej. 
- No, co? - warknął na nich Pięść. - Który taki mądry, niech prowadzi! No, proszę! 
Ale roboty nie ruszały się z miejsca. 
- Durnie! - syknął Stalowa Pięść i zaczął iść na wprost przed siebie. 
Nie uszedł jednak kilku kroków, gdy Stalrat krzyknął: 
 - Hej, stój! Stój! 
 Stalowa Pięść zasyczał jak rozgniewany wąż i odwrócił się wolno w stronę robotów. 
- A wam co strzeliło do łbów? Od kiedy tak bardzo się o mnie troszczycie? 
Roboty patrzyły to na niego, to na otoczenie dookoła. 
 - Coś tu jest. - szepnął Pieniacz. Stalowa Pięść umikł i zaczął nasłuchiwać. 
Usłyszał szelest zarośli i drgnął. Roboty milczały. 
 - Nie ruszać się. - rzekł Stalowa Pięść i przeładował swój karabin. 
Podszedł do robotów i zaczął wpatrywać się w daleki punkt za nimi. Roboty zadrżały, chcąc obejrzeć się za siebie, ale Pięść powstrzymał je gestem. Przez pewien czas wodził wzrokiem za nieokreślonym obiektem. Widać było jego skupienie i czujność. 
Roboty nie zrozumiały, ale były przejęte. Usłyszały w chwilę później silniejszy i głośniejszy szelest. Roboty skierowały lufy karabinów w miejsce, skąd usłyszeli hałas. 
 - Nie strzelać! - wstrzymał ich Pięść. - Nie wiemy jeszcze, co to za licho. 
W tej chwili usłyszeli głośny wrzask i nad głową Stalowej Pięści przeleciało coś, co przypominało robota, lecz było smuklejsze, bardziej delikatne... 
Roboty jednak i tak zamarły z przerażenia. W chwilę później Pięść zatrzymał robocicę, która lądując na ziemi została przez niego przypadkiem potrącona ramieniem i upadła. Nim jednak Pięść się do niej zbliżył, ta objęła go pełnym przerażenia wzrokiem i spojrzała w stronę, skąd słychać było szelest, który nie cichł, a narastał. 
Stalowa Pięść przyjrzał się uważnie robocicy. Widać było, iż była nowocześniejszej technologii, gdyż jej sylwetka bardziej przypominała kobietę, niż sylwetka Soprano. Była uzbrojona w pistolet i elektryczny bicz. 
- Kim jesteś? - spytał twardo Pięść. 
Robocica położyła palec na ustach i szepnęła: 
 - Zamilcz, żołnierzu! Oni nadchodzą. 
 - Kto? - spytał Pieniacz. 
 Robocica zadrżała. Rozległ się potężny ryk, który narastał z każdą chwilą. Przypominało to trochę ryk rozwścieczonego stada tyranozaurów, jednak w ich mrożącej krew w żyłach nucie było coś jeszcze... 
 - Gospodarze. - syknęła robocica i wyciągnęła bicz. 
 W tej chwili przez zarośla wyskoczyli kosmici przypominający zmutowane jaszczury, które szczerząc kły naparły na nich całą siłą. Roboty uniosły karabiny i rozpoczęły strzelaninę. 
Kosmici przełamali opór gałęzi. 
- Zabić te bydlęta! - krzyknął Stalowa Pięść. 
 Obcy jednak okazali, że nie zamierzają się poddać. Brnęły wielką nawałnicą na roboty, które starały się je zatrzymać za wszelką cenę. Roboci żołnierze dokładnie przyjrzeli się przybyszom. 
Przypominali trochę efekt skrzyżowania jaszczura z człowiekiem. 
Miały szarozieloną skórę i żółte oczy, którymi omiotały okolicę. Ich spiczaste uszy były w niektórych miejscach powygryzane. Kosmici mieli płaskie nosy, przypominające nieco ludzkie, lecz mniejsze i ich odległość od ust była większa. 
Mierzyły co najmniej dwa metry wzwyż. Ich sylwetki były potężnie zbudowane, a ich dziki wygląd przekonał roboty, że nie mają dobrych zamiarów. 
Roboty jednak również nie chciały ustanowić z nimi pokoju. Strzelali bez ostrzeżenia, tak jak oni ich zaatakowali. Byli naprawdę silni, chociaż nic na to nie wskazywało. 
Roboty z początku myślały, że napoją się zwycięstwem i wrócą w jednym kawałku jako drużyna, lecz się mylili. 
Kosmici rzucali się na nich znienacka i czynili wszystko, ażeby zwycięstwo należało się im. Roboty jednakże strzelały do nich w dalszym ciągu, lecz jaszczury zaczęły odważać się na wytrącanie im uderzeniami ogonów broni z rąk, a następnie pożeraniu ich żywcem – jednak po chwili wypluwały szczątki pozostałego metalu. 
Strzelanina połączyła się z rzezią. Była to niebezpieczna mieszanka. Sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli. 
Wrzaski umierających w męczarniach robotów, zagłuszała skupienie na przetrwaniu tym, co pozostali. Wkrótce jaszczury stąpały po szczątkach pokonanych robotów, lecz Stalowa Pięść i jego wciąż zmniejszająca się drużyna stawiali uparty opór. 
Pięść samodzielnie ubił trzech i doskoczył do Stalrata, aby pozbawić życia kolejnych kosmitów. 
Kosmici ryczeli, przypiekani żywcem roztapiającym się metalem, a niebawem powstał pożar. Wciąż jeszcze nie mogli się od nich oswobodzić. W ten sposób prezentowali swoją siłę. Stalowa Pięść wrzeszczał na swoich, aby ich wszystkich położyć... to był zacięty bój. Nim się skończył, na wodza robotów skoczył jeden z ogromnych jaszczurów i niemal zdusił go uderzeniem ogona. Robot odleciał w tył i uderzył o konar drzewa. 
Poczuł ból. Jednak nie zamierzał się poddać. Spojrzał w oczy jaszczurowi, który już na niego napierał. Złamał jego opór strzałem w oko. 
Ryczący z bólu kosmita zatoczył się, a w tej chwili na kark skoczyła mu robocica. Uniosła w górę świetlisty bicz i uderzyła z całej sily nim o bark jaszczura. W miejscu, gdzie uderzyła, na grubej skórze obcego powstała gruba szrama. 
Robocica wrzasnęła w przypływie odwagi i strzeliła laserowym pociskiem w gardziel kosmity pięć razy. Następnie drugi raz przyłożyła mu biczem i kosmita zaczął się zataczać, czując zbliżającą się śmierć. Pieniacz dobiegł do stóp jaszczura wbijając mu nóż w udo. Następnie zaczął biec w przeciwną stronę, aby pokonany wróg nie zgniótł go własnym cielskiem. 
- Skacz! - wrzasnął do robocicy. Ta przygrzała mu biczem jeszcze dwa razy i skoczyła wykonując salto w powietrzu. Pięść wstrzymał gestem strzelców, dopóki robocica nie wylądowała na ziemi. 
 - Dobić! - wrzasnął i zaczęli w grupie ostrzeliwać już na wpółmartwego kosmitę. Gdy padł już ostatecznie pokonany, Pięść powiedział do robocicy: 
- No, skoro już ubiliśmy gospodarzy – chwycił ją za gardło – czas się dowiedzieć, kim jest gość na tej planecie! Robocica nie spodziewała się tego ruchu. Przywódca robotów ścisnął jej szyję i spojrzał w oczy. W jego wzroku było podejrzenie i gniew. Roboty pierwsze to wyczuły. 
- Czego chcesz? - syknęła robocica. 
- Zadać ci kilka trudnych pytań. - odparł gorzkim tonem Pięść. 
Robocica wyczuła teraz, że jej rozmówca jest zapalczywy i bezlitosny. 
Wiedziała, że pochodzi z innej, dalszej epoki, niż ona i być może rządzi się innym, surowszym prawem. Ale widocznie nie zdziwiło ją to. 
Wpatrywała się w twarz Stalowej Pięści bez poruszenia powieką. Roboty wokół milczały, w skupieniu czekając na wyrok dla obcej im istoty – obcej, bo niestworzonej przez ich dawnego pana. - Niech zgadnę, żołnierzyku. - powiedziała zimno robocica. - Chcesz się dowiedzieć, kim jestem, i skąd się tu wzięłam? Pięści spodobał się jej zimny, wyniosły ton, chociaż był skierowany do jego osoby. 
 - Mniej więcej. - odparł. - Ale ja nie mam czasu na żarty. 
Skierował lufę swojego karabinu w jej skroń. 
 - Poczekaj, głupcze. - powiedziała. - Może i nie masz poczucia humoru, ale za to potrafisz się śmiać z czyjejś śmierci, prawda? To się nazywa czarny humor. Zapamiętaj to sobie. 
W tym momencie uderzyła obiema rękoma ściśniętymi w pięści głowę dowódcy robotów, przez co zaskoczony wódz puścił ją, a ona wywinęła się kozłem w powietrzu (lecz zamierzonym kozłem) i kopnęła go w locie w twarz. 
Pięść cofnął się zatoczony, lecz w chwilę później odzyskał równowagę. Tymczasem jego rywalka dopadła swojej broni i wcelowała w niego pistoletem. Roboty z podziwem obserwowały całą akcję. 
 - Żmija! - warknął Stalowa Pięść. - Gdyby nie my, kosmici przeżuwałyby teraz nasze kable! 
 - Kosmici zaatakowali nie tylko was. - odparła robocica. - Tak naprawdę chcieli zabić mnie
Stalowa Pięść zmrużył oczy. 
- Więc cię ocaliliśmy, choć nie leży to w naszej naturze. - powiedział. - W innym razie, zginęłabyś najpierw przetrawiona przez kosmitę, a potem ten kosmita padłby przysmażony laserem z naszych dział. I tak śmierć ma zawsze równe szanse. 
Robocica zaśmiała się lodowato. 
- To prawda. Ale nie wyklucza to faktu, że zawdzięczam wam życie, a wy zaś, chcecie mnie teraz zabić... więc jeśli tak ma wyglądać to dziwne koło, może ja mam was pozabijać? 
- Nie masz szans. - powiedział Stalowa Pięść. - Ty jesteś jedna, a nas jest siedmiu. Poza tym, reszta naszej załogi krąży w sondach kosmicznych, które możemy wezwać jednym kodem sygnałowym. 
- Nie wiesz na co mnie stać. - odparła robocica. 
Pięść zaśmiał się. 
- Tak? Może i masz rację, ale za to ty nie wiesz, z jakim wojownikiem się mierzysz. 
 - Jesteś w końcu wojownikiem, czy zabójcą? - spytała robocica. - Bo jak dobrze zauważyłam, równie dobrze możesz być hybrydą. 
Wystrzeliła z pistoletu tak niespodziewanie, że Pięść od razu został postrzelony. 
Na jego twarzy pojawiło się szczere zaskoczenie. Nie był zdumiony faktem, iż został postrzelony (niegroźnie), lecz samym szczegółem, iż celowała do niego kobieta. 
Potarł zbroję na piersi, która została jedynie zarysowana nieznacznie i rzekł: 
- Jesteś dla nas obca... a że cuchnie od ciebie Armią, to drugi powód naszego stosunku wobec ciebie. Zwąchałaś się z Susan Steward, prawda? 
 Robocica uśmiechnęła się pod nosem. 
- Można tak powiedzieć. Ale Steward nie żyje. 
Stalowa Pięść zmrużył podejrzliwie oczy. 
Robocica wciąż trzymała go na muszce. 
 - Skąd wiesz? - spytał powoli. 
Ta zniżyła broń, lecz nie schowała jej. - Jeśli mnie oszczędzisz, opowiem ci o tym. - powiedziała. 
Stalowa Pięść spojrzał na stojącego obok niego Pieniacza. 
- Ja bym nie zażynał jeszcze tej żmii, a ty? - spytał. 
Pieniacz wzruszył ramionami. 
- Czy ja wiem? Lepiej mieć się na baczności. Ona jest mocniejsza od nas wszystkich. Widzę to po jej strukturze. Najwidoczniej nie ma pojęcia o cyborgu, ale może nam pomóc w pozbyciu się McDavida. 
Stalowa Pięść spojrzał z zaskoczeniem na towarzysza. 
- Masz więcej rozumu niż Stalrat. - powiedział. - Pytanie tylko, czy na to przystanie. - dodał szeptem. 
Zwrócił się potem do robocicy: 
- Dobrze, oszczędzimy cię... ale od tej pory będziesz musiała funkcjonować na naszych zasadach!
 Robocicy jednak nie przestraszył jego groźny ton. 
Zaśmiała się gorzko. 
- Każdy nowy monarcha chce wprowadzić własne zasady... ja nie mam nic do stracenia. 
 - Więc może powiedz nam, jak się nazywasz? 
Robocica schowała pistolet i podeszła do Pięści na kilka kroków. - Mów mi Tacata. Stalowa Pięść zbliżył się do niej i syknął: 
 - Zanim jednak cię przyjmiemy, musimy wiedzieć nieco więcej o tobie samej... mnie nazywaj Stalową Pięścią, dla porządku, skoro mamy się do siebie odnosić po imieniu... skąd przybywasz? 
Robocica wskazała ciemne już niebo. 
- Narodziłam się na planecie, którą większość z was nazywa Ziemią. - powiedziała. - Zostałam skazana na wygnanie przez autoboty podczas wielkiej wojny w Vancouver roku 2297. 
- Chwileczkę. - przerwał jej Pięść. - Chcesz powiedzieć, iż byłaś członkiem tej wojny?... Robocica spojrzała na niego z odrazą. 
- A co? Może nie? 
- W naszym wojsku nie było kobiet. - powiedział Stalrat. - Inferno wtedy nami kierował i zadecydował, iż zaatakujemy jako armia robotów płci męskiej... zresztą każdy z naszych ma formę mężczyzny. 
- Fakt, w Kosmosie też była nas jedynie garstka. - dodał Pieniacz. - Umocniliśmy się po zmianie struktury cielesnej tego starego głupca. 
- To ja zabiłam Susan Steward. - powiedziała Tacata. - Oszołomiłam ją strzałem, a potem ona sama odebrała sobie możliwość przetrwania... potem zaś zatrzymał mnie jeden z tych autogłupków i aresztował pod tym zarzutem... musiał mnie śledzić. 
 Stalowa Pięść spojrzał na Stalrata i Pieniacza. Potem przeniósł znowu wzrok na Tacatę. 
- Co się wtedy stało? - spytał. 
 - Walczyłam niegdyś z Armią w osobnej drużynie robotów. - powiedziała Tacata. - Nie byliśmy tak potężni, jak niektórzy, ale przez pewien czas dawaliśmy radę. Nasza działalność istniała czterdzieści lat (czasy 2240-80, lecz nie było to tak istotne), lecz Armia ją wykryła trzy lata później. Więc autoboty, po zniszczeniu tego wojska, poczęły czyhać na moje życie. Wiedziały, że niektórzy członkowie zostali zniszczeni, jeszcze przed wielką wojną w 2270 (wtedy Scott uciekł z Ziemi dzięki statkowi kosmicznemu, a w jej czasie urodził się jego przyjaciel, Corlett). Musiałam się ukrywać przed ludźmi i przed autobotami, co nie było łatwe. Wiedzieli, że powstałam dzięki zebraniu próbki DNA autobota, lecz przerobili mnie na robota, co wywołało u nich gniew. Widocznie przypomnieli sobie dawną drużynę, do której należałam. Gdy zaczęły podejrzewać mnie o związek z kosmicznymi misjami, na które leciała Armia... w jednej z nich badacze omal nie zostali zabici – zaczęli mnie ścigać. Uciekłam, kiedy wezwano pomoc dla nich. Ukryłam się w jednej z grot i tam czekałam rok. 
Wysłałam sygnał do sondy i gdy doczekałam się statku, uciekłam stamtąd. Udało mi się wylądować na Ziemi, ale autoboty wciąż o mnie pamiętały... obiecałam sobie, że wtedy zemszczę się na Armii. Przez wiele lat ją obserwowałam z ukrycia i znałam bardzo dobrze jej przywódcę. Nienawidziłam jej... 
Wybuchła pierwsza wojna (Tacata wylądowała na Ziemi nieco później niż Armia, krótko po urodzinach Scotta), z której nic mi nie przyszło. Musiałam się wycofać. Lecz nadal starałam się łamać kody szyfru, uszkadzać sygnały sondownicze zbliżające się do Ziemi. Wydaje mi się, że w ten właśnie sposób autoboty mnie wykryły. 
Czułam, że szykują się do drugiej wojny... więc i ona przyszła... i wtedy poczułam, że musiałam coś ze sobą zrobić. Ukrywałam się w różnych miejscach, lecz zawsze tak, aby autoboty mnie nie wykryły. Nadeszła jeszcze większa wojna (wojna w roku 2297, po odzyskaniu życia Inferna z ciała człowieka do ciała cyborga), po której Vancouver na długo nie mogło się podnieść. Mnóstwo autobotów spłonęło, zanim jeszcze jatka rozpoczęła się na dobre. Z różnych stron nadciągały samoloty bojowe. 
Zrozumiałam, że to sprawka Armii. Postanowiłam walczyć. Lecz działałam z ukrycia. Bałam się ujawnić swoją tożsamość... 
 - Spotkałaś się kiedyś z cyborgiem? - przerwał jej Stalowa Pięść. 
 Tacata umilkła na chwilę, myśląc, lecz odparła: 
 - Na mojej drodze nie stanęła inna istota, prócz autobotów i ich ludzkich ochroniarzy. Pieniacz zaklął. 
 - Przebiegły szczur! Był nam przywódcą, a on nas zdradził... Umarł, lecz przywróciliśmy mu życie i nadaliśmy nowe ciało. A on nas tak... 
 Stalowa Pięść nakazał robotowi milczenie gestem ręki. 
 - Kto to był? - spytała Tacata. 
Stalowa Pięść odrzekł: - Nasz dawny przywódca... zabójca dowódcy naszego wojska... cyborg, Sebastian Patricia, kryjący się pod pseudonimem Inferno. 
 Tacata zamarła z podziwu. 
 - Przecież to piekło! - powiedziała. 
Stalowa Pięść wiedział przecież co oznacza imię ich dawnego wodza – wszakże był swojego rodzaju Kanadyjczykiem, i wiedział, co ono kryje. 
- Tak... - odparł wolno. - Wcielił się w piekło... 
Tacata jednak nie dosłyszała tej kwestii. 
 - Sebastian Patricia, powiadasz? - spytała robocica. - Może kiedyś otarło mi się to nazwisko o system słuchowy, ale nigdy nie widziałam go na oczy. 
Stalowa Pięść odwrócił się do niej. 
- Nie miałaś okazji go ujrzeć. - powiedział. - Tak samo McDavida... 
- Możliwe. - potwierdziła Tacata. 
- Co się wtedy stało, jak walczyłaś? - spytał ciekaw końca opowieści Stalrat. 
Tacata westchnęła. 
 - Jak wam zapewne wiadomo, walka się zaostrzała. - powiedziała. - Lecz to nie było najgorsze. Nadal się bałam. Chciałam stamtąd zbiec, ale coś mnie tam wtedy trzymało, mówiło mi wewnętrznie że mam zostać i walczyć... a ja... nie mogłam. 
- Miałaś broń? - spytał Pięść. 
 - Jak każdy. - odparła obojętnie Tacata. - Z początku miałam tą broń, którą udało mi się zdobyć w hotelu. Ale była zbyt słaba... bałam się, że jeśli się ujawnię, zginę. 
 - Ciekawe, czy autoboty zauważyły kradzież broni. - powiedział Pieniacz. - Bo, o ile się nie mylę, powinni coś wykryć. 
- Nawet jeśli wykryli, to za późno. - odparła Tacata. - Więc jedynie w tej kwestii miałam szczęście. Ale przez długi czas nie widziałam okazji, aby ją wypróbować, wystrzelić... bo coś mnie blokowało. 
 - Więc byłaś idiotką. - syknął Pieniacz. - Ja na twoim miejscu utłukł wszystkich, którzy wpadliby mi pod nogi. 
 - Nie rozumiesz. - przerwał mu Stalowa Pięść. - Autoboty chciały ją unicestwić. Zbyt dobrze się znaliście. 
 - To prawda. - powiedziała Tacata. - Ale później i tak szukaliby mnie w mniejszych grupach. A wtedy nie miałabym gdzie uciekać. Nie miałam wyboru... musiałam walczyć. Nadal strzelałam do niektórych, którzy byli bliżej z ukrycia, podpalałam budynki... to mi się jak dotąd udawało. Walka wrzała nadal, a ja miałam coraz mniej energii... Ubiłam trzech z tych ogromnych silników, podsyłając im bombę. Jednak miałam jeszcze taktykę... 
- Spotkałaś się ze Steward twarzą w twarz? - spytał Stalowa Pięść. 
Tacata wzruszyła ramionami. 
- Raczej nie. - odparła. - Ale zaatakowałam ją zaraz po jej osłabieniu przez innego żołnierza. Upadła na ziemię. Krwawiła... zrozumiałam, że aby wykazać się godną jej przeciwniczką, muszę dać jej szansę samej się zabić. I o dziwo, udało się. Zamknęła wtedy oczy i nigdy już ich nie otworzyła... a ja czułam satysfakcję. Upajałam się tym zwycięstwem parę chwil, aż nie poczułam na skroni lufy pistoletu. Zrozumiałam, że to autoboty. Chciałam uciec, ale byli szybsi i silniejsi. Wynieśli mnie z pola bitwy, zanim nie zobaczyłam dobiegającego do jej ciała mężczyzny... ale więcej już nie zobaczyłam. 
Zamknęli mnie skutą kajdankami w jednym z radiowozów i zawieźli na posterunek. Bitwa wciąż jeszcze się toczyła, lecz gdy usadzili mnie w fotelu i zaczęli wypytywać kolejno o różne bzdury, wyczułam, że wojna dobiegła końca. Ale nie mój proces. 
Siedziałam w areszcie kilka dni, zanim nie ogłosili dla mnie wyroku. Byłam samotna, opuszczona... tylko strażnik z mechanicznym psem przechodził tamtędy od czasu do czasu. Mój pokój był monitorowany. Czułam się śledzona każdego dnia. Nie mogłam w spokoju pomyśleć, zamknąć się w sobie... Broń, którą mi zabrali zaraz po areszcie zamknęli w specjalnej gablocie na klucz. Czułam się niemalże naga bez broni. 
Zaczęłam obwiniać sama siebie, dlaczego w tym właśnie momencie się ujawniłam, a nie w innym. W telewizji rozpowszechnili pogrzeb Susan Steward. Ale ja nie miałam żałoby, ani następnego dnia po pogrzebie, ani w następnych... nie czułam żalu. 
Dopiero po kilku dniach poznałam ostateczny wyrok: wygnanie na planetę poza Układem. Nim po mnie przyszli, wykradłam im beznabojową broń. Wypuścili mnie wtedy z celi i zaprowadzili do kapsuły kosmicznej, położonej o kilkadziesiąt jardów stąd. Kazali mi do niej wejść, a gdy odmówiłam, dwa autoboty wepchnęły mnie tam do środka. 
Czułam się osaczona, ale po dokładnym odliczeniu energii tych autobotów, wyczułam, że nie mam z nimi szans, więc poddałam się ich woli. Byłam uwięziona w tej kapsule, a fakt, że jednak udało mi się wykraść broń, wcale mnie nie satysfakcjonował. Wiedziałam jednak, że gdziekolwiek mnie poślą, będę mogła uciec... ale myliłam się. 
Lot trwał prawie piętnaście godzin. Gdy się skończył, czułam pewnego rodzaju ulgę, lecz wiedziałam, że moje życie na Ziemi dobiegło końca. Gdy stanęłam na tej planecie, wyczułam, że nie jest pusta i martwa. Byłam skazana na życie w ciągłym strachu, w nieprzerywanym stresie, w lęku o własny żywot. Nadajnik co jakiś czas alarmował mnie o obecności kosmitów, więc musiałam przed nimi uciekać – nie byli przyjaźnie nastawieni. 
Tak żyłam przez prawie trzy lata. Kryłam się przez cały ten czas, z wielkim trudem zdobywając materiały niezbędne do przetrwania. Zdarzało się, że musiałam zabijać tych, którzy wchodzili mi w drogę. Każdego dnia marzyłam o ucieczce stąd... Marzyłam, aby wrócić na Ziemię. 
 - A co się stało ze statkiem, który przyniósł cię tutaj? - spytał Stalowa Pięść. 
 - Został zniszczony po moim przylocie. - powiedziała Tacata. - Wtedy właśnie musiałam umknąć do lasu, aby tam się ukryć... ale już następnego dnia musiałam uciekać w inny zakątek lasu aby spędzić tam dwa, góra trzy dni i znowu uciekać w inne miejsce... i tak przez cały czas. Ta piekielna ucieczka z tego miejsca zaczyna się szybko, lecz nie tak łatwo kończy. Skoro więc teraz wy tu wylądowaliście, nie umkniecie stąd tak szybko... jakaś wielka moc kontroluje tą planetę... 
Roboty były zdumione historią robocicy. 
Wyczuwały niemal, że one, mimo wszystko, przeżyłyby tutaj góra dwa dni, ale ona musiała przetrwać na tym globie aż trzy lata. Zdawały sobie sprawę, jak musiało być jej trudno każdego dnia ścigać się o życie z kosmitami, którzy – jak niedawno sami się zorientowali – byli wyjątkowo nieprzyjaźnie nastawieni. Zaczęli się dziwić Armii, w jaki sposób udało im się dokonać badań. Tacata jednak wydawała im się twardą, opanowaną wojowniczką. Stalowa Pięść spojrzał na nią i rzekł: 
- Wiele przeszłaś, to pewne. I właśnie takich wojowników poszukujemy... a ty jesteś niemal doskonałą członkinią wojska. 
 - Do czego zmierzasz? - spytała Tacata, mrużąc oczy. 
 Stalowa Pięść spotkał się z nią spojrzeniem. Tacata nie poruszyła się. Wyczuła jednak w jego spojrzeniu zdecydowanie. 
- Proponuję ci współpracę w zamian za oswobodzenie cię z tej planety. 
Roboty zadygotały za plecami Pięści. Pieniacz ścisnął wargi. 
Stalrat zakasłał głośno, lecz przywódca nie zwrócił na to uwagi. 
Tacata uśmiechnęła się zimno (co bardzo odpowiadało Pięści) i odpowiedziała:
 - Obym nie pożałowała tej decyzji, żołnierzu. Jesteś wielkim wojownikiem, lecz czy godzien zaufania? 
Nim jednak Pieniacz chciał coś wtrącić, Stalowa Pięść odrzekł: 
- Masz na to słowo wodza i całej Gwardii. 
 Tacata spojrzała na niego i chwyciła jego dłoń. 
 - Pomogę ci zniszczyć autoboty. Daję ci słowo honoru.

czwartek, 12 listopada 2015

III. Międzyplanetarna misja: Rozdział Pierwszy

Statek robotów krążył w Kosmosie. 
 Już trzeci rok. 
Według okresu ziemskiego, był już maj. 
Roboty były zestresowane i mocno poddenerwowane. Przewodził nimi Stalowa Pięść, zastępca Gallarda, który poskradał życie na wojnie z autobotami. Pięść wciąż jeszcze żył tym okresem i nie mógł sobie wybaczyć tego, co się wtedy stało. Roboty wprawdzie niechętnie uznały go za przywódcę, ale okrutny blaszany tyran nie dał im wyboru. 
Sam mianował siebie wodzem. Jak sam o sobie mówił, (przedrzeźniając Gallarda) nie lubił, gdy ktoś zakłóca stary porządek, lecz tą zmianę przyjął bez mrugnięcia okiem. Widać było, że pragnął być przywódcą, zarówno robotów, jak i maszyn rozumnych. 
 Chociaż miał w pamięci porażkę z autobotami (i to podwójną, bo skutkowała śmiercią Gallarda), nie chciał przestać uprzybliżać autobotom. Ponadto, nie mógł znieść faktu że Inferno odszedł - odmieniony, w ciele cyborga, silniejszy i - o, zgrozo! - mądrzejszy a także rozważniejszy. 
Przez wiele lat jego umysłem manipulował Gallardem, który z jego rąk stracił życie. A roboty uznawały to za porażkę totalną. 
 - Miał się nie dowiedzieć, kim jest naprawdę. - mówiły między sobą. - Miał być posłuszny nam, chociaż mianowaliśmy go przywódcą. Gallardo bałaganił mu umysł przez tyle lat... to było miłe z jego strony. Ale teraz... gdy stoi po stronie tego McDavida... nie jesteśmy w stanie stwierdzić do czego się posunie. 
 - Posunie? - spytał ironicznie Stalowa Pięść, który słyszał całą ich rozmowę (wszyscy byli w jednym pomieszczeniu statku, przy pulpicie sterowniczym) - Jeszcze się nie posunął, ale dopiero to zrobi. Nie ma pojęcia, że igra z ogniem. My na pewno się nie poddamy. Tworzymy nowe wojsko... ale to dopiero zwykłe roboty. Z pewnością minie trochę czasu, zanim znowu się dźwigniemy. Ale tak jest ze wszystkim... nie możemy oczekiwać, że ze wszystkim sobie poradzimy... ale Gallardo nie chciałby tego... ten cyborg stanowi poważną przeszkodę. 
Roboty pokiwały smutno głowami, ale milczały. 
Nie były w stanie strawić tej porażki. Była zbyt głęboko zakorzeniona w ich umysłach. 
 - Boję się go, panie. - powiedział drżącym głosem jeden z robotów. 
Pięść zachichotał pod nosem. 
 - Ty się go boisz, Kobro? Nie rozśmieszaj mnie. 
 Nim Kobra zdążył mrugnąć oczami, robot wymierzył mu cios w twarz. Upadł tuż przy nim, dysząc ciężko. 
 - Nawet nie wiesz, co to strach. - powiedział Pięść z sarkazmem w głosie. - Cyborg jak cyborg... można go rozwalić z działa, jak każdego z nas. Czego się obawiać? To tylko uczłowieczony robot...

***
- Niech to szlag! - zaklął Sebastian Patricia, cyborg znany wśród załogi jako Inferno. - Wiedziałem, że tak będzie. 
Członkowie Armii spojrzeli na niego. Był naprawdę załamany. 
 - Jesteś pewien, że było na tej planecie życie? - spytała dowódczyni Armii, Clara Botswana. - Może to była omyłka... 
- Każdy się myli w życiu, i człowiek i maszyna. - uspokoiła cyborga autobotka Venus. 
Ale Inferno umilkł, wyraźnie posępny. 
- Nie traćmy nadziei. - powiedziała Clara. - Zapytam Scotta, co on o tym myśli... 
Lecz tuż obok niej pojawił się Corlett Bluegott, wspólnik Scotta. 
 - Że niby o czym myślę? - spytał, zapewne nie usłyszawszy całego zdania. 
- Ty myślisz? - rzucił sarkazmatycznie Inferno. - Ty nie myślisz. Ty uważasz... 
- O co znów wam chodzi? - spytała Clara. 
 - Zaczyna mnie irytować ten gostek w zbroi. - powiedział Corlett wskazując na Inferna. 
 - A ty zachowaj powagę w tak trudnej sytuacji. - odciął się Inferno. - Nie masz już dwudziestu lat. 
- Rzeczywiście. - burknął Corlett. - Zapomniałem że wczoraj trzynaście, a dzisiaj trzydzieści... czy jakoś tak. Czemu roboty się nie starzeją...? 
Inferno nie odpowiedział, gryząc się w język. I bardzo poprawnie zrobił. Jego nerwowość i temperament nie uległy zmianie, nawet w nowym ciele; a wiedział, że jeśli nie będzie panował nad własnym charaterem, zostanie skreślony z Armii. 
Clara zwróciła się do Corletta: 
 - Jak tam Scott? Jest bardzo zajęty? 
 - Nawet bardzo. - powiedział Corlett. - Negocjuje coś z jednym z członków, robi bardzo długie notatki... Nie przyglądałem się, nie chciałem być wścibski. 
- A gdzie jest Kometa? - spytał Alec. 
 - Drzemie w moim pokoju. - odparł Corlett. - Zawsze możemy zawołać Harleya albo Venus. 
- Nie trzeba. - odpowiedziała Clara. - Najwyżej zawołam go później. 
 - Myślałem, że to raczej sprawa niecierpiąca zwłoki. - powiedział niepewnie Alec. 
- Przecież nic złego ani podejrzanego się nie dzieje. - powiedział Corlett i prędko zmienił temat: - Chciałbym już sobotę. 
 - No, niestety jest czwartek. - powiedziała Clara. - Pracujemy dzisiaj do dwudziestej drugiej... niestety. Jutro jedynie mamy krócej otwartą firmę. Tak jest w spisie godzin. 
- No błagam, znam go pamięć. - jęknął Corlett. - I tak nic dzisiaj nie wykryliśmy... tylko nasze sondy. 
 - Lepiej mieć się na baczności. - powiedział Inferno. - Wróg czuwa cały czas, nawet gdy śpisz. 
- Super. - burknął Corlett. - I co z tego? Myślisz, że wlezie mi do łóżka?

***
Scott wciąż siedział pochylony nad kartami z archiwów. 
Odczytywał tam sygnały, które udało im się zebrać w ciągu miesiąca. Potem starał się notować wnioski, które mogły świadczyć o aktywności kosmitów w Galaktyce. 
Notatki te zapisywał na dużym formacie i jak najdrobiejszym, lecz oczywiście jednocześnie czytelnym pismem. 
 Kilku innych członków też miało podobną robotę. Niektórych męczyło duża ilość pisania, dla drugich zaś zapisywanie wniosków było czymś więcej, niż stawianie liter. 
Scott należał właśnie do tych drugich i nie miał z tym problemów. 
Sam w dzieciństwie interesował się kosmologią i ufologią. Niezwykle zwięźle wytłumaczał każde zjawisko, jakie dotąd udało im się zaobserwować jako Armii. Wszystkie pojęcia starannie wyjaśniał w kilku zdaniach, jak należało czynić. 
Analizacja wszystkich notatek zajęło mu ledwie godzinę. 
Według Clary był najbardziej pilnym ,,uczniem"Armi.