Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Scott McDavid. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Scott McDavid. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 czerwca 2016

III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Czternasty


Rozdział niniejszy dedykuję Izie – jedynej osobie, która wiernie trwała przy tej historii, mimo trudności ^.^



Miłego czytania życzę! ^.^


Z chęcią poznam Wasze opinie na temat postaci, których losy obecnie śledzicie ~`.^

 >>>

Scott spojrzał niepewnie w stronę, dokąd udał się cyborg. 
W chwilę potem (minęła już godzina od jego odejścia) mężczyźni usłyszeli dwa wystrzały, co postanowiło ich na nogi lepiej niż ostry dźwięk budzika o poranku. Wyciągnęli przed siebie pistolety. 
 - Żyje. - stwierdził po chwili ciszy Scott. - Chyba ma jeńca. 
Jak najszybciej potrafili, popędzili w stronę ścieżki osłoniętej zaroślami, dokąd poszedł ich towarzysz. Nadajnik wskazał im prawidłowe współrzędne miejsca, gdzie aktualnie znajdował się Inferno. Starali się nie marnować czasu na przedzieranie się przez puszczę, więc ruszyli poboczną ścieżką. Las coraz bardziej gęstniał, toteż światła latarek się zaostrzyły, gdy przyszło im posuwać się nieco w bok, tak, jakby chcieli spotkać się z cyborgiem po skosie. Nie tracili krzepy, tymbardziej, że Scott starał się prowadzić ich jak najbliżej potencjalnej drogi cyborga. W końcu nadajnik na nadgarstku Scotta, jak również Corletta wyznaczył bardzo silny sygnał. 
 - Zbliżają się. - zaalarmował Bluegott. 
- Czy ty powiedziałeś...? - zaczął Scott. 
 Lecz w chwilę później członkowie Armii zobaczyli dwie ściśnięte ze sobą postacie. Nie pozostało im nic innego, jak czekać, aż ci się zbliżą. Alec zerknął przez lornetkę, zawieszoną na piersi. Zobaczył przez powiększające szkło, że jedną z tych postaci jest Inferno, prowadzący za spętane ręce kogoś, przypominającego innego cyborga. 
Popatrzyli w zdumieniu po sobie. Jednak, gdy Inferno zbliżył się do nich na tyle, że mogli rozpoznać jego rysy twarzy, Alec spytał nieco żartobliwie: 
- A kogoż nam to przyprowadziłeś, Piekło niepojęte? 
Inferno jednak nie był skory do żartów – zresztą, nigdy nie bywał w tak ,,poważnej” sytuacji. 
Spojrzał jedynie na Aleca krzywo i odparł w stronę Scotta: 
- Chyba miałeś rację, McDavid. To służąca Pięści. 
- No proszę! - klasnął w dłonie Corlett, przyglądając się robocicy spętanej przez Inferna. - To chyba stara znajoma Susan. 
 - Co? - nie zrozumiał Scott. 
Ale w chwilę potem stanął mu ten moment w oczach; Susan Steward, dowódczyni Armii, leżąca w śniegu, nad jej głową była jakby ,,aureola” z jej własnej krwi po samobójczym strzale w głowę poprzedzonym ciosem robocicy w podbrzusze (które i tak było dość śmiertelne), w jej oczach ślady niedawnych łez, a ona sama była zimna jak lód. 
Wzdrygnął się na tę myśl i w końcu pojął; robocica zabiła ich dowódczynię. Dziwił się, że nikt wcześniej mu o tym nie mówił. 
- Skąd o tym wiesz? - spytał Scott Corletta. 
- Gdy byłem poza Armią podsłuchałem kilka rozmów robotów. - odparł Corlett. - Do tego nawet Gallardo by się nie przyznał. 
Tacata zmierzyła mężczyzn zimnym wzrokiem i rzekła: 
 - Jesteście bystrzejsi, niż myślałam. Jednak macie pecha, ponieważ nie zejdę na waszą stronę i jeśli mi tylko Pięść rozkaże, wymorduję was w ciągu jednej nocy. 
 Scottowi źrenice się rozjarzyły z gniewu; przycisnął do jej policzka pistolet. 
- Nim przystąpisz do tego dzieła, zmierzysz się ze mną. - powiedział. 
- I ze mną. - dodał cyborg ściskając jej pęta. 
Tacata spojrzała po ich gniewnych twarzach i wybuchła krótkim, zimnym śmiechem. 
- Bezczelny złom płci niewieściej! - syknął Inferno uderzając ją pięścią w głowę. 
Cios oszołomił Tacatę na jakiś czas, lecz cyborg użył niewątpliwie całej swej siły. Gdy po niespełna minucie powróciła do przytomności, jej wzrok zbłądził na Scocie a potem na Corlecie, których widziała wten czas najwyraźniej. Jej twarz wykrzywiła się wściekłością tak czystą i dobitną, że Scottowi natychmiast skojarzyło się to z gniewem Gallardo. 
- Czego chcecie? - spytała. 
 Scott spojrzał zagadkowo na Aleca. Nigdy dotychczas nie zastanawiali się nad tym, co by chcieli od samego Pięści, gdyby mieli taką okazję. Jednak wiedzieli, że mimo wszystko robocica boi się ich. Ale Scott od razu wywnioskował o co chodzi. Odparł jej śmiało, twardo i dobitnie: 
- Dowiedzieć się, co knuje Pięść. 
Ale znowuż odpowiedział mu zimny śmiech robocicy. 
- Ha! Myślisz, synu McDavidów, że tak łatwo ci to wyjawię? 
Scotta nie dziwiło jednakże, skąd robocica tak dużo wie o nich samych – podejrzewał, że to sprawka Pieniacza, Kobry i samej Pięści. 
 - Nie masz wyboru... - powiedział cyborg. - Tak samo jak twój nowy pan nie daje wam wyboru. 
Tacata zwróciła ku niemu głowę. 
- Wy też nie będziecie go mieli... Stalowa Pięść stęsknił się za wami. Chciałby się z wami spotkać. 
Cyborg zmrużył podejrzliwie oczy. Widać było, że zwietrzył w chytrych słowach Tacaty ukryty podstęp. Ale milczał na ten temat ponieważ miał nadzieję, że jego towarzysze też to zauważą. 
 Tacata uśmiechnęła się sarkazmatycznie, rada z tego, że członkowie Armii tak szybko przeanalizowali jej słowa. Przeczuwała, że tym bardziej będzie narażona na gniew Scotta i cyborga, lecz wiedziała, że jeśli rozegra to rozsądnie, ci nie odważą się unieść lufy przeciw niej. 
Jej najwyższy stopień przebiegłości przewyższał nawet największy szczebel gniewu cyborga i samego Gallarda. Mając teraz przed samymi oczyma tych wielkich wojowników Armii, a w szczególności Scotta, syna McDavida i panny Easton (która przyjęła podczas ceremonii ślubnej nazwisko małżonka), zdawała sobie teraz jasno sprawę, co przyjdzie jej zrobić, czego musi dopilnować, aby już nigdy więcej Kanada nie posłyszała czegokolwiek o Gwiezdnej Armii. Przez ten stosunkowo krótki czas ,,zniewolenia” u robotów, zdążyła już bardzo wiele pojąć w ich rozumowaniu i wiedziała już iście dokładnie, co planował Pięść. Mianowała go swoim panem, chociaż żadnemu z wojów się do tego nie przyznała, nawet jemu samemu. Wydawała się im tajemnicza i zupełnie inna od robotów z ich pokolenia – tak jakby przemieścić człowieka z okresu średniowiecza do czasów rozwinięcia największej technologii elektronicznej. 
Scott spojrzał Tacacie w oczy z dozą ostrzegawczą i rzekł: 
- Być może mu trochę tęskno, gdy nie ma z nim Gallardo... 
 - Ja uściskam go najserdeczniej. - przekonywał Inferno puszczając Scottowi oko. 
Tacata spojrzała na Scotta, niemal przeszywając go wzrokiem. Po jego umięśnionej sylwetce, a w szczególności ramionach, pojęła, że ma do czynienia z wojownikiem z krwi i kości; potrafił dźwignąć ciężki karabin. Olśniło ją w przekonaniu, że jednak Stalowa Pięść nie kłamał. 
Jednak wiedziała, że walczyła już nieraz z naprawdę silną jednostką kosmitów subryńskich, więc nie zdumiało ją wcale, że taki wojownik dał radę nawrócić ze złej drogi cyborga, który był silniejszy od zwykłego człowieka. 
Jednakże czuła wielmożną pychę i czuła, że dałaby jemu radę, nawet uzbrojona jedynie w bicz. Szarpnęła się cyborgowi i warknęła w jego stronę: 
 - Od kiedy jesteś taki uczuciowy? W takim razie okaż trochę serca i wypuść mnie wolno. 
- Darmo tego nie zrobię. - odgryzł się Inferno. 
 - Więc dajcie mi z wami pracować. - odrzekła Tacata. 
 Inferno popatrzył po towarzyszach, a Corlett, Alec i Scott spojrzeli po sobie w tej samej chwili. Przez chwilę nie wiedzieli, jak prawidłowo zareagować na to oświadczenie, więc czuli po trosze zdumienia, zaskoczenia i nieufności. 
Inferno jednak, lepiej niż ktokolwiek inny w Armii, wiedział, do czego są zdolne roboty, więc podjął podejrzliwym tonem: 
- A skąd mamy wiedzieć, że nas nie zdradzisz? Myślisz, że masz do czynienia ze szczeniakami? 
 Jego towarzysze, mimo iż jakoś przywykli do jego złośliwych odzywek, teraz jednak zadziwili się tak bardzo, że poczuli coś w rodzaju wdzięczności: Inferno wiedział, jak nie pozwolić wrogowi na manipulację. Szczególnie Corlett teraz poczuł, że jednak może od byłego działacza pobrać sporą i co najważniejsze, cenną edukację. 
Tacata przekonała się jednak teraz, że zaciśnięcie cyborga w ,,pętlę serdecznych słów”, będzie jednak trudniejsze niżby była sama walka z armią autobotów. Ten jednak nadal ją trzymał skrępowaną, nie czując wyraźnie dla niej zmiłowania. 
Scott podszedł do niej i spojrzał jej w oczy; wiedział, że był na wyższej pozycji niż ona, więc był pewny, że robocica porzuci wszelkie nadzieje na zbieg. 
 - Wyglądasz na samotniczkę. - powiedział. - Lecz ja nie przyjmę cię tak łatwo... Mimo wszystko jesteś związana z Gwardią Maszyn. Radzę ci jednak, abyś wróciła tam, skąd przybyłaś, inaczej polegniesz razem ze swym panem w bitwie, która niewątpliwie nastąpi, jeśli Pięść nie pojmie rządu autobotów. 
Tacata prychnęła. 
- Przecież on nienawidzi autobotów! - krzyknęła. - A w Kanadzie jest ich coraz więcej. To wasze całe stowarzyszenie powoduje rozpad produkcji robotów... a one też są potrzebne. 
 - Przecież pamiętasz tamtą wojnę która wybuchła trzy lata temu. - powiedział Scott. - Gdyby nie autoboty, te szalone maszyny spaliłyby całą Kanadę i wymordowaliby wszystką ludność. 
 - Te roboty działały poprzez niepoczytalność. - odrzekła natychmiast Tacata. 
Inferno zaczerwienił się z gniewu. 
- A czy ty byłaś poczytalna, zabijając Susan? - warknął. 
Tacata była zaskoczona tym pytaniem. Bardzo się go bała, i nie chciała na nie odpowiadać. Bardzo szybko pojęła, czemu Stalowa Pięść tak bardzo go nienawidzi (pomijając fakt morderstwa Gallardo i jego przystąpienie do Armii). 
Wydawał jej się rzeczywiście urodzonym przywódcą; o dziwo, lepszym od Pięści. Pięść był wszakże nieobliczalny i okrutniejszy nawet od samego Gallarda. Ale mimo wszystko, Inferno był przytomny umysłowo, gdy walczył przeciw byłemu przywódcy robotów. 
Wspomnienia z tej bitwy stanęły mu przed oczami tak, jakby zdarzyła się ona rok temu. Takich rzeczy nie wymażesz łatwo z pamięci, choćbyś starał się na różne sposoby – te żyją w tobie i korcą niczym zakazany owoc, aby opętać prędzej czy później twój umysł, abyś nie poznał się na przyszłości, i żebyś tak rychło nie spostrzegł się, że tu czeka cię coś zupełnie innego od przeżyć sprzed lat trzech. Roboty jednakże tę miały wadę, że jeśli cokolwiek wielkiego wydarzy się w ich rozwoju, rozpamiętują to na długo dopóty, dopóki nie wydarzy się rzecz jeszcze jedna, potężniejsza w ich mniemaniu od poprzedniej; i ciągle powracają do tego zdarzenia myślami i językiem, czują wciąż to samo, co wtedy, tak samo intensywnie i silnie, aż nic nie jest w stanie oderwać ich od tych wspomnień; w efekcie czego zapominały, że najważniejsza jest dlań przyszłość. 
Zapomniały też dawno słów Inferna przed śmiercią jego ludzkiego ciała: mówił wtedy, że ma powody dla którego chce żyć, jak również, dlaczego chce umrzeć. W zasadzie, każdy człowiek miał takież powody; nie chciał cierpieć, a jednak nie chciał też opuszczać bliskich, dla których znaczył tak wiele. 
 Przez wiele lat pojęcie śmierci dla człowieka było równie tajemnicze, co pojęcie nauki o otaczającym go świecie; w tymże świecie cały czas coś ulegało zmianie, często bez zapowiedzi; a śmierć też zawsze była tajemnicza i mroczna; pojawiała się niewiadomo człekowi skąd, i nigdy nie można było przewidzieć, kiedy kolejny raz ktoś inny zamknie oczy. 
Tacata wiedziała, że zabijając Susan Steward jedna sobie nienawiść Gwiezdnej Armii. Nienawidziła jej od samego początku morderczej walki przeciw autobotom. 
Teraz, gdy pojęła, że syn McDavidów związany na swój sposób ze stowarzyszeniem walczył przeciw robotom i ,,opętał” cyborga, wiedziała, że jej tajną misją, jest niewątpliwie pozbycie się Scotta raz na zawsze i to tak, aby ani Inferno, ani ktokolwiek inny z Armii się o tym nie dowiedział. Toteż mogła tu liczyć na własny spryt. Czując, że cyborg zaciska jej mocniej pęta na nadgarstkach, syknęła: 
- Być może coś mnie opętało, tego nie wiem. Ale wiedziałam, że musiałam walczyć... zaatakowaliście naszą rasę. 
- A wy paliliście naszą ziemię i mordowaliście bliskich nam ludzi! - odparł jej Inferno. - To przez twojego pana i dawnego wodza stałem się, czym byłem, a zaprawdy nie byłem was godzien... możecie mnie zwać zdrajcą, psem, zbiegiem. Nie przeraża mnie wasze wojsko... w końcu ja je założyłem. 
 Mężczyźni milczeli, przysłuchując się jego bardzo sensownym i autentycznym słowom. Wydawało się, że docenili sens jego trudnych przeżyć, przez które siłą rzeczy musiał przejść. Tacata nie była zdolna teraz spojrzeć mu w oczy, bo wyczuła strach – pierwszy raz od jej wygnania przez autoboty na Subrynę; właściwie starała się unikać jego wzroku, lecz nie chciała też dłużej patrzeć na Scotta. Ci natychmiast to zauważyli. 
- Jest od tysiącleci wśród rasy ludzi powiedzenie, że oczy są zwierciadłem duszy. - powiedział wolno Inferno. - Zaś twoje są niewątpliwie tym zwierciadłem, w którym żadna żywa istota się nie obaczy. 
Tacata milczała, wzrok wbijając w ziemię. 
- Skąd mamy wiedzieć, że można na tobie polegać, jak już raz byłaś w legowisku naszych wrogów? - spytał Alec posługując się przysłowiem. 
Inferno oddychał głęboko, pierś mu falowała, jednak jego oczy bacznie śledziły każdy gest robocicy. 
 Ta natomiast, doznawszy uczucia, że nie ma łatwej decyzji, odparła: 
- Stalowa Pięść jest szaleńcem, nie przywódcą. To śmierć Gallardo uczyniła go takim. A ja nie służę szaleńcom. 
Przez chwilę mężczyźni milczeli w zadumie, rozważając, co zrobić. Zorientowali się jednakże, że robocica usiłuje ich skusić podstępem. Jednakże chcieli się przekonać, czy naprawdę słowa jej były tyle warte, na ile je ceniła. 
Inferno nic nie odpowiedział, wpatrywał się tylko w Scotta, a po chwili skinął na niego głową, aby to on zadecydował; wszakże nie było przy nich Clary, a wydawało im się, że Scott mógłby z powodzeniem być mianowany zastępcą dowódcy. Scott popatrzył chwilowo po towarzyszach, jakby szukał w nich potwierdzenia gestu cyborga, ale oni też czekali na jego sygnał. 
Po ledwie piętnastominutowej ciszy, odezwał się: 
- Jeśli sama jesteś szalona, to nie ulega wątpliwości, że padniesz pod jednym strzałem. Nie zaufamy ci jednak całkowicie, nie jesteśmy dziećmi. Przyjmiemy cię, za warunkiem, że nie zdradzisz Pięści naszego położenia, bo naszych stowarzyszeniowych sekretów z pewnością ci nie wyjawimy... Będziesz musiała iść za naszymi rozkazami, a Inferno będzie twoim strażnikiem. 
 Przez chwilę myśleli, że robocica zacznie diabolić dziecinnie, dlaczego akurat wybrali starca, lecz ona milczała, przełykając jednak ślinę, jak gorzką pigułkę. 
 - Pamiętaj, że podlegasz rozkazom nas wszystkich. - powiedział Scott. - A Clary i moich w szczególności. Jeśli jednak posłyszę, że coś przyniosłaś na języku do Pięści, możesz być pewna, że twój los nie będzie rysował się jasno. 
 - Tak jest, synu McDavidów. - odparła z niezwykłą uległością Tacata, a Inferno odwiązał jej nadgarstki. - Przyda mi się trochę swobodniejszego życia wśród waszych potężnych maszyn, jako podzięka za długie więzienie na obcej planecie.


sobota, 21 maja 2016

III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Dwunasty

- To nie może być prawdą. - powiedział już po raz któryś Alec, nie wierząc własnym uszom. 
- A jednak. - odpowiedział mu Inferno. - Musisz zacząć wierzyć prawdzie, Sunshire, inaczej nie masz pewności, przed czym stoisz. 
Alec, jak to robił najzwyczajniejszy człowiek rasy czarnej, wpadł w złość. 
 - A skąd mam wiedzieć, czy nas nie okłamujesz? - spytał wpatrując się w cyborga podejrzliwie. 
- A za jaką cenę mnie z powrotem przyjęliście?... czy to nie za cenę prawdy? Dzięki mnie macie nowy sprzęt szpiegowski i moją jest zaslugą, że wiecie o robotach więcej niż dotychczas. Do tej pory byłem wam wierny, ale to, że Corlett nie jest w stanie tego pojąć, to już nie moja wina. 
Alec odwrócił się do niego. 
 - Więcej informacji udzieli ci Scott McDavid. - powiedział cyborg. - Czy nie rozumiesz, Sunshire, że ta sprzeczka z Corlettem to wina jego samego? 
Alec kiwnął głową. 
- Nie sądzę. - powiedział. - Czasami macza w tym palce osoba trzecia, inna od nas, ludzi. 
Inferno wybuchnął zimnym śmiechem, dokładnie takim, jakim go zapamiętano z poprzedniego wcielenia. 
- A czy to ja nie jestem człowiekiem? - spytał. 
Alec spojrzał na cyborga lodowatym wzrokiem. W jego oczach wyczuł pradawne uczucie pychy. Znał je dobrze, choć jeszcze lepiej znał je Scott. Wywołało ono u niego dreszcze, lecz wstrzymywał ten odruch silnymi mięśniami. Wiedział, że głęboko w tych oczach starca-cyborga, w tym spojrzeniu może czaić się zguba. 
 - Być może uważasz się jedynie za człowieka. - odpowiedział po dłuższej ciszy. - Ale prawdziwi ludzie wyczuwają, że jesteś inny niż oni. Stworzyły cię roboty, ty ich zdradziłeś, nawróciłeś się... tylko po to, aby Corlett odwrócił się od Scotta? 
Inferno milczał zagadkowo. 
 - Jak śmiałeś! - wykrzyknął Alec. - My cię przyjęliśmy jak brata.
 - Nie uniosłem przeciw wam broni. - odpowiedział spokojnie Inferno. 
- Wcale nie trzeba strzelić do swego, by zdradzić. - odparł Alec. - Corlett mówił mi, że czuje się zgorszony tym, że Scott bardziej ufa tobie, niż jemu. 
- Namówiłem go do zgody z McDavidem. - powiedział Inferno. - Myślisz, że tylko jemu było ciężko? Nie! Ja też wiedziałem, że ta jedna kłótnia między nimi może przybliżyć rozpad Armii! 
- Scott nie powinien był ci ufać. - powiedział wściekły Alec. - Nie dość ci szkody, jakiej dokonałeś? 
 - Dość, nie dość. - odparł całkiem obojętnie Inferno. - Nastaw ucha i wtop się we własne słowa. McDavid mi wybaczył, Clara również... najpierw Corlett się wzburzył, teraz ty... wiesz, czym to może grozić? 
 - Zamilcz, blaszany głupcze! - warknął Alec. - Straciłeś poczucie człowieczeństwa. 
 Inferno nagle wyciągnął pistolet zza pasa i wystrzelił prosto w Aleca, który jednak w porę umknął. Pocisk uszkodził przednią ścianę; odpadła od niej spora garść tynku. Cyborg zmarszczył nieosiwiałe jeszcze, czarne brwi i syknął: 
- Jesteś przeciw mnie, Sunshire? Jak dla mnie możesz odejść stąd tam, gdzie promienie nie sięgają. 
 - Gadasz jak Gallardo. - odpowiedział Alec otrząsając garnitur z drobinek kurzu. 
 - Możliwe. - potwierdził Inferno. - Tym bardziej dochodzę do wniosku, że jestem wam zbędny. 
 - W tejże chwili możesz myśleć co chcesz. - odparł Alec. - Właśnie uniosłeś broń przeciw członkowi Armii. 
Inferno cofnął się gwałtownie i upuścił pistolet na podłogę. Jego krtań drgała. 
 - Nie udawaj, że jesteś w wielkim szoku. - odparł na to Alec. - Zrobiłeś to. 
Cyborg jednak nie udawał, ale skąd Alec mógł to wiedzieć, skoro przez cały okres walki Armii z robotami Inferno ,,przyodziewał" odpowiednie emocje, aby pokazać swą siłę lub skruchę? Alec nigdy też nie rozmawiał z Inferno twarzą w twarz, nie wiedział, co się za tym kryje. Wykazał więc taką samą postawę, jak niegdyś Corlett. Był blisko Scotta, lecz nie tak blisko jak najmłodszy członek Armii, Bluegott. Miał jednakże większe doświadczenie w pracy niż on i Scott, ale właśnie w tym wszystkich jednakże przewyższał Inferno, który żył już (jakby nie patrzeć) siedemdziesiąt lat. 
Alec miał jednakże szacunek do starców, ale nie mógł wydobyć z siebie poszanowania dla cyborga, który wydawał mu się lepszy od jakiegokolwiek człowieka. Bolało go to, że on nie musi martwić się tym, że kiedyś jego zwyczajne życie ludzkie się skończy – a cyborg zazwyczaj żył dużo dłużej od zwyczajnego człowieka. Ta właśnie jedna z najgorszych ludzkich cech – zazdrość – omal nie skruszyła wielkiej przyjaźni, a teraz miała zamiar zakończyć węzeł porozumienia. 
Inferno czuł na sobie wzrok Aleca, ale patrzył szeroko rozwartymi oczyma na punkt nieokreślony, gdzieś dalej. Biała grzywa włosów na jego czole rozwiała się lekko, ukazując zmarszczki powyżej brwi. 
Alec przeładował swój pistolet i wcelował w niego. 
- Bardzo mi przykro, Inferno. - powiedział. - Ale ty do nas nie pasujesz, więc wracaj do piekła. 
Już miał jednakże czarnym palcem nacisnąć spust, gdy nagle drzwi pokoju za plecami Aleca się uchyliły i wszedł ledwo Scott z Corlettem. 
Mężczyźni jednak nie zdążyli zareagować, a Inferno starając się uniknąć pocisku padł na kolana, uchylając się nisko jak przed atakiem zarażonego wścieklizną psa. 
Scott odepchnął Aleca, którego z kolei przytrzymał Corlett. Ci we dwójkę mocowali się i szarpali ze sobą jakiś czas, dopóki Corlett nie krzyknął: 
 - Alec! Czy tobie rozum ujęło? 
 Czarnoskóry przestał się szarpać i spojrzał otępiały na białego przyjaciela. Scott skarcił go srogim spojrzeniem i rzekł: 
 - Co ty sobie pomyślałeś? Żeby strzelać do swego... 
Inferno, wciąż oszołomiony całą sytuacją, która zaszła, poruszył się niezdarnie i siadł na kolanach, ukrywając twarz w dłoniach. Scott podszedł do Aleca, a tymczasem Corlett dobiegł do zdjętego przerażeniem cyborga. 
Położył mu dłoń na ramieniu i wyszeptał: 
- Wstań proszę, mój drogi, powiedz, co się tu stało. 
Cyborg był zdumiony tak życzliwymi słowy, które wypływały chcąc, niechcąc z ust niegdyś najbardziej znienawidzonego członka Armii. Spojrzał mu w oczy, i ze zdumieniem spostrzegł, że Corlett Bluegott nie przerywa kontaktu wzrokowego z własnej woli – co dawniej czynił nadmiernie. Podał mu dłoń i pomógł wstać, a w tym czasie Scott próbował przywrócić do przytomności Aleca. 
Gdy wszyscy czterej byli już na własnych nogach, Scott i Corlett najbardziej domagali się wyjaśnień od cyborga. Ten objaśnił, jak się rzecz działa, poczynając od wątka, w którym Alec wyzwał go pod niby pretekstem, że spiskuje przeciw Armii. 
- Bo to właśnie robi. - obruszył się Alec. - Tęskni za swoim robocim wojskiem, słyszałem, jak we śnie wzywał Stalową Pięść na pomoc. 
 - Co? - spytał zdumiony, ale i przerażony cyborg. 
Czarnoskóry mężczyzna objął go jadowitym spojrzeniem. 
- A może zaprzeczysz? Chyba jednak Corlett miał rację. 
Scott postąpił krok naprzód. 
- Posłuchaj – powiedział. - Wam wszystkim niebawem Kosmos zrobi pranie mózgu. Bądźmy szczerzy... czy nie rozumiesz? On chce walczyć z nami przeciw robotom. 
Spojrzał niepewnie na cyborga, ale ten rzekł: 
 - A co, jak ukręcę łeb Pięści na twoich oczach, wtedy uwierzysz? 
Alec zmrużył groźnie oczy, ale milczał. 
Wiedział, że Scottowi niezmiernie zależy na współpracy, tak jak reszcie załogi. Postanowił jednak, że dla dobra powodzenia w tajnej misji pogodzi się z cyborgiem – i wkrótce zrobił to podając mu dłoń i ściskając ją na oczach Corletta i Scotta. 
 - Tylko kierując się życzliwością i wzajemnym zrozumieniem, możemy zwalczyć odwiecznych wrogów Armii. - powiedział Scott. - Susan wierzyła w nas tak samo mocno. Nie widziała w nas odmieńców... wiedziała, że wszyscy jesteśmy tacy sami... ludzie, jak ludzie. Cyborgowie też mają ludzkie uczucia. 
 Inferno, wydawało się, był wdzięczny Scottowi za to zdanie. Przebywał już w ciele cyborga trzy lata i wiedział już, do czego jest obecnie zdolny (do czego nie miał możliwości jako człowiek). 
Mimo wszystko czuł wdzięczność wobec Armii, wiedział, że sytuacja przyjęła taki obrót, iż musi zmienić własne nastawienie wobec członków Armii, którzy nie do końca mu ufali. 
- Musimy być silni. - powiedział Scott. - Tylko wtedy jesteśmy w stanie... 
Jego słowa przerwał narastający szelest zarośli za budynkiem. Odwrócił głowę w stronę okna. 
Alec zaraz potem chwycił w ręce latarkę. Mężczyźni nabrali podejrzeń. 
 - Co to było? - spytał Corlett i, jak to zwykle u niego bywało w chwilach złości, zaklął. 
- Na pewno nie nasi. - odpowiedział mu cyborg. 
Cali zesztywnieli i zamarli. Wiedzieli jednakże, że zazwyczaj nikt nie błądzi pod budynkiem w nocy. Alec podszedł do okna i zajrzał za jego furtynę, wychylając się do przodu. Zauważył kątem oka poruszenie w zaroślach. 
Natychmiast nakierował smugę bardzo jasnego, prawie oślepiającego światła w miejsce, gdzie je dostrzegł, lecz zbyt późno. Odwrócił się w stronę towarzyszy. 
- Ktoś nas szpieguje. - powiedział. - Lepiej dla nas go schwytać. Bo jeśli to ktoś od armii Pięści... 
Inferno spojrzał w ciemną toń za oknem, i zatarł ręce. 
 - Czeka nas nocna misja, bracia-kompani. - rzekł. - Szkoda, że nie mamy przy sobie żadnego autobota. 
Scott wciągnął na ramiona kurtkę. 
 - A co, nie ufasz w możliwości ludzkie? - spytał. 
Cyborg spojrzał na niego. 
- Czemuż to? - zdumiał się. - Oprzytomniałem już, ludzie są potrzebni tej planecie.




III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Jedenasty

Scott nie wyrażał ochoty na rozmowę z Venus, nawet wówczas, gdy odczytała ona popołudniową pocztę – dwa listy były napisane przez Aleca. Prosił w nich, aby spróbował zatrzeć w sobie ślady niedogodności po waśni z Corlettem. Scott bardzo się oburzał, gdy czytał coraz to inaczej wyrażoną tą samą prośbę. 
 - Czy on nie rozumie nic, z czego to wynika? - zapytywał sam siebie, gdy Venus otwierała listy zaadresowane do siebie. - Opisuje tam jakiś nie wiadomo jaki Kosmos, a to przecież Corlett zaczął całą sprawę! 
Venus milczała, aby nie wtrącić nic, co by mogło jeszcze bardziej rozzłościć Scotta. Gdy wszystkie listy od Aleca zostały przejrzane (w większości nie czytane), rozległ się dzwonek do drzwi. 
Scott starał się opanować najgorszy gniew i powiedział do autobotki: 
- Idź otwórz drzwi, może to Alec, albo Clara. Venus wyszła z pokoju na zaplecze i podeszła do drzwi frontowych. Gdy je otworzyła (Scott usłyszał skprzypienie zawiasów), pomówiła trochę tak, jakby z kimś rzeczywiście rozmawiała, a potem wróciła do pokoju i powiedziała: 
- Ktoś do ciebie. 
Scott zdumiał się, ale autobotka nic więcej nie mówiła. 
Odłożył więc list, który miał akurat w ręku, na stół, wyszedł na zaplecze i otworzył powoli drzwi. Przed nim stał Corlett, skruszony, milczący. Spojrzał w twarz Scottowi i zapytał wolno: 
- Masz może chwilę? 
 - Tak. - odparł po chwili ciszy Scott i wpuścił go do środka. 
Corlett niepewnie przekroczył próg domu i ściągnął z dłoni rękawiczki. Majowy przymrozek wdał się większości we znaki – w końcu mieszkali pod kołem podbiegunowym. Gdy Corlett rozebrał się, wszedł do pokoju gościnnego. Tam zobaczył Venus przeglądającą jak wtedy listy. Powitał ją cichym głosem i usiadł na wolnym krześle. 
Był widocznie zagubiony, nie wiedział zapewne jak się zachować – przypominał w tym ucznia w pierwszym dniu szkoły. Niebawem nadszedł Scott, który pomógł autobotce pochować listy do pudełek i zapytał: 
 - Co ci się stało, Corlett, że po tak długim czasie do mnie przychodzisz? 
Corlett wędrował przez długi czas wzrokiem po różnych przedmiotach na półkach i stole, a potem powiedział: 
- No, wiesz... byłem ostatnio u Inferna. Pogadałem z nim i wogóle... chce, abyśmy razem pracowali. 
Scott popatrzył na Corletta, a tymczasem Venus cicho wymknęła się z pokoju (uznała, że muszą załatwić to między sobą). Mężczyzna uznał tą wypowiedź za dobry znak. Domyślił się, że Corlett pojął swój błąd. 
 - Wiem, że uznajesz mnie za kompletnego frajera. - powiedział. - I bardzo dobrze. Chcę, abyś takim mnie widział. Nawaliłem i poniosłem za to należytą pokutę. Istoty najwyższe z początku nie chciały słuchać mych modłów, więc byłem skazany na cierpienie. A to cierpienie... ja sam je na siebie zesłałem. 
Scottowi wypowiedź Corletta bardzo szybko skojarzyła się ze słowami Inferna. Poczuł, że jego słowa były warte wiary. Jednak zauważył, że podczas rozmowy Corlett potrafi patrzeć mu w oczy. Czekał dalej, aż coś powie więcej. Ale dla Corletta to było za wiele. Błądził wciąż wzrokiem w oddali, ale nie był w stanie wydobyć z gardła sensownego słowa. 
Scott jednak nie zmuszał go do dalszych wyjaśnień, więc rzekł wolno: 
 - Zrozum... przecież jesteśmy przyjaciółmi. Wiem, że nadal jest to dla ciebie bardzo trudne, dla mnie też. Chyba rzeczywiście niepotrzebnie byliśmy ze sobą tak blisko, jak bracia... a przecież ty nie masz ani brata, ani siostry (Venus ci ją zastępuje). 
Scott milczał, rozważając słowa Corletta. 
Potrafił zrozumieć, przez co przechodził. 
Niemal zapomniał, przez tak długi czas, jak to było kiedyś, kiedy ich relacje były dobre, w pełni przyjacielskie. Odwrócił się do niego, podszedł, spojrzał w oczy. 
 - Musisz mi uwierzyć, Scott. Chyba rzeczywiście byłem takim szczeniakiem, za jakiego mnie mieliście. 
Scott spojrzał na niego, wahając się chwilę, a potem uścisnął go tak serdecznie, że w oczach obu mężczyzn popłynęły łzy. Im obu zrobiło się lżej na sercu i poczuli, że nareszcie wszystko się zmieni. 
- Nie mów tak nigdy więcej. - powiedział w końcu Scott. - Jesteś nam potrzebny tutaj, w Armii. 
Corlett płakał rzewnie, łzy okryły mu niemal całą twarz. 
 - Inferno mi wybaczył... więc pora na mnie, abym ja wybaczył tobie. 
- O czym ty mówisz? - zdumiał się Scott. - To ja powinienem wybaczyć tobie. 
- Zdaje się, że miałem już okazję zobaczyć łzy cyborga. - odparł Corlett. - Nie chcę już zostawiać cię samego.

sobota, 16 kwietnia 2016

III. Międzyplanetarna misja: Rozdział Siódmy

Scott cierpiał, widocznie cierpiał. 
Dla niego Armia nie była już tak istotna. Nie chciał słyszeć słów otuchy. Bardzo się zbliżył z byłym działaczem, bardziej niż kiedykolwiek z Corlettem. Wiedział, że inni członkowie Armii też to zauważyli. Ale nie wtrącali plotek, co dobrze o nich świadczyło. 
 Scott wyczuł, że jednak więcej łączy go z Infernem, niż z Corlettem. 
Obaj mieli trudne dzieciństwo i obaj musieli walczyć o własne prawa. 
 Z początku wydawałoby się, że jednak nie będą raczej sobie życzliwi, bo przecież dawniej byli sobie wrogami. Ale w końcu obaj w porę przebaczyli sobie przeszłość – dlatego Inferno znów dołączył do Armii. 
Było to dla cyborga nadzieją na lepszą przyszłość – chciał pomóc Scottowi, bo widział jego codzienny ból. 
Martwił się też Corlettem – czy Kometa rzeczywiście z nim odeszła? 
 A może zbuntowała się przeciw swojemu stwórcy? 
Nie wiadomo – poza tym Corlett nie budował autobotki sam. Zastanawiał się, jak na to wszystko zareaguje Alec. Wśród członków Armii panowała niemiła, chłodna atmosfera. Wszyscy już wiedzieli o odejściu Corletta Bluegotta. Nie chcieli obwiniać ani Scotta, ani kogokolwiek innego, chociaż już znali całą prawdę. Uważali, że to sam Corlett powinien za to wszystko odpowiedzieć. 
 - Tak się nie traktuje człowieka. - mówili. - Zawsze był taki niedojrzały... jeżeli więc chce, abyśmy go traktowali jak mężczyznę, to niech wpierw przeprosi Scotta na naszych oczach. On go w końcu spoliczkował, zgadza się? 
Inferno popierał te słowa, ale milczał. 
Scott siedział skulony otoczony przez działaczy stowarzyszenia, których tak dobrze znał. Żadnego z nich nie znał jednak tak dobrze, jak utraconego przyjaciela. Bał się, że to koniec dawnych, dobrych dni... wszystko na to wskazywało.

***

Clara też widziała cierpienie Scotta. 
Rozumiała je niemal tak głęboko, jak Venus i Inferno. 
Jednak Scott nie chciał z nikim rozmawiać. Wydawało się jej, że popadł w głęboką depresję. To umocniło jej strach i obudził instynkt macierzyński. Chciała pomóc Scottowi przebrnąć przez ten ciężki okres. Lecz jej starania niestety okazały się nieskuteczne. 
Scott nadal starał się pracować, zaprzestając myśleniu o Corlecie, ale to nie było łatwe. Każdego dnia walczył z silnymi emocjami, co zauważyła bez trudu troskliwa i wrażliwa Venus. 
Z początku myślała, że jej stwórcę dręczy zmęczenie, lecz po rozmowie na osobności z Clarą i Infernem, dowiedziała się, o co tak naprawdę chodziło. Bardzo współczuła swojemu stwórcy. Starała nawiązać z nim kontakt słowny, lecz Scott spławiał ją uprzejmie, mówiąc, że nic się nie stało. Ale autobotka wiedziała, że jest inaczej. Była załamana jego stanem. 
Podczas posiłku Scott też milczał na ten temat. Czuł, że nie jest w stanie tego jej opowiedzieć. Ale autobotka naciskała go przy każdej okazji, zachowując jednak uprzejmy ton głosu. Mijał już równy tydzień od kłótni Scotta z Corlettem, lecz nic się nie zmieniło. Scott w poddańczy sposób wykonywał polecenia Clary, jakby musiał je zrobić od zaraz, chociaż Clara nie miała zapalczywego charakteru. Wykonywał starannie i sumiennie swoją pracę, za co otrzymywał należytą zapłatę, jak wszyscy badacze i działacze. Oni zaś zauważyli, że Scotta coś gryzie, i to poważnie. 
Pewnego dnia, Clara poprosiła Scotta na rozmowę na osobności. 
Poprosiła, aby usiadł i dla przyjaznego rozpoczęcia słowa, zapytała, czy nie napiłby się herbaty. Scott jednak odmówił. 
- Ostatnio coś się z tobą stało. - powiedziała powoli. - Coś złego. I to tak złego, że przykro patrzeć na twoje cierpienie. Naprawdę nie chcesz pozbyć się tego ciężaru, który w tobie siedzi? 
 Scott milczał, wzrok wbijając w stolik stojący między fotelami, na których siedzieli naprzeciw siebie w biurze Clary, kiedyś należącego do Susan. Clara patrzyła na powolne ruchy Scotta – widziała, jak pocierał nadgarstki ze zdenerwowania. 
 - Jesteśmy przyjaciółmi. - powiedziała Clara. - Możesz mi wszystko powiedzieć. Czy naprawdę sądzisz, że Inferno wie, jak potężna więź łączyła cię z Corlettem? Nie wie tego... bo nigdy się w to nie zagłębiał. 
Scott spojrzał na nią. 
- Zaprzeczasz temu, że teraz jest po naszej stronie? - spytał. 
 - Nie, wcale nie. - zaprzeczyła Clara. - Po prostu, jak odszedł z Armii i przystał do własnego wojska, po części zapomniał, kim są wobec siebie członkowie naszego stowarzyszenia. I mimo to, iż ma lepszą pamięć w ciele cyborga... jego ludzka pamięć o pewnych rzeczach zanikła. Wcale nie powiedziałam, że to źle iż dzielisz się z nim odczuciami... ale wydaje mi się, że zaczynasz ufać tylko jemu, a nas odrzucasz. 
Scott jednak nadal milczał. Rozważał w myślach słowa przyjaciółki i wiedział że ma rację. Ale jakoś wstyd mu było, się do tego przyznać. 
 - Wiesz, że jeśli my wszyscy zaczniemy się od siebie odwracać, Armia upadnie na dobre. Już widzę (i aż strach mnie bierze) jak nasza kwatera pustoszeje, gdy tak dalej będą układać się sprawy... Biedna Susan z pewnością przewróciłaby się w grobie. 
 Scott zaciskał pięści, oddychał głęboko, przygryzał raz po raz wargę... 
Ale mimo wszystko starał się opanować gniew. 
Na co dzień był jednakże spokojnym człowiekiem, ale gdy wpadał w złość, nie szczędził przekleństw i ostrych słów. Można nawet uznać, że charakter odziedziczył po połowie po obojgu rodzicach – Angela McDavid była spokojną i życzliwą kobietą, zaś Steven, mąż Angeli potrafił być wybuchowy. 
Jednakże Steven był troskliwy i odpowiedzialny. Wiedział, że syn musi się kształcić i dlatego szukał dla niego po całej Kanadzie najlepszej szkoły, gdzie Scott będzie się dobrze czuł. Podczas, gdy autoboty Stevena pomagały jego żonie w obowiązkach domowych, on myślał nad przyszłą edukacją syna, aż poprzez okres wojny z robotami – myślał, że gdy wróci na Ziemię, będzie mógł rozpocząć naukę. Ale potem przyszła tamtejsza wojna, która przerwała spokój i szczęście rodziny McDavidów. 
Po śmierci obojga rodziców Scott w dalszym ciągu nie rezygnował z pracy w Armii. Pracował tam aż do dnia tutejszego. Clara znała jego trudną przeszłość. Wiedziała, że rzadko doznawał prawdziwego szczęścia, nawet jeśli miał u boku Venus. Życie nie było dla niego łaskawe, chociaż był wdzięczny Armii, że nie zginął w wojnie z robotami. Wiedział, że częściowo to Inferno ocalił mu życie. 
- Nie chcę upadku Armii. - powiedział w końcu Scott spoglądając Clarze w oczy. - Wiem, że czasami nawalałem i do dziś nie mogę sobie tego wybaczyć. Ale żeby Corlett zrobił mi coś takiego... nie mogę sobie tego wyobrazić.

>>>

Cześć, Kochani :)

Jak widać, wróciłam z pisaniem, lecz nadal potrzebuję oznaki, że to co tutaj tworzę jest w miarę ,,publiczne” czyli dobre. Mam mieszane uczucia do tego opowiadania. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy pisanie bloga-opowiadania się opłaca. Pomóżcie mi to rozstrzygnąć.

Jeśli ktokolwiek to czyta, niech pisze swoje sugestie na ten temat, czy nadal to rozwijać, czy nie.
Nie chcę być nachalna, po prostu chce mieć wszystko wyjaśnione czarno na białym, czy jest sens pisanie Gwiezdnej Armii.
Miłego dnia, Kochani :*