Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Corlett Bluegott. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Corlett Bluegott. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 maja 2016

III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Dwunasty

- To nie może być prawdą. - powiedział już po raz któryś Alec, nie wierząc własnym uszom. 
- A jednak. - odpowiedział mu Inferno. - Musisz zacząć wierzyć prawdzie, Sunshire, inaczej nie masz pewności, przed czym stoisz. 
Alec, jak to robił najzwyczajniejszy człowiek rasy czarnej, wpadł w złość. 
 - A skąd mam wiedzieć, czy nas nie okłamujesz? - spytał wpatrując się w cyborga podejrzliwie. 
- A za jaką cenę mnie z powrotem przyjęliście?... czy to nie za cenę prawdy? Dzięki mnie macie nowy sprzęt szpiegowski i moją jest zaslugą, że wiecie o robotach więcej niż dotychczas. Do tej pory byłem wam wierny, ale to, że Corlett nie jest w stanie tego pojąć, to już nie moja wina. 
Alec odwrócił się do niego. 
 - Więcej informacji udzieli ci Scott McDavid. - powiedział cyborg. - Czy nie rozumiesz, Sunshire, że ta sprzeczka z Corlettem to wina jego samego? 
Alec kiwnął głową. 
- Nie sądzę. - powiedział. - Czasami macza w tym palce osoba trzecia, inna od nas, ludzi. 
Inferno wybuchnął zimnym śmiechem, dokładnie takim, jakim go zapamiętano z poprzedniego wcielenia. 
- A czy to ja nie jestem człowiekiem? - spytał. 
Alec spojrzał na cyborga lodowatym wzrokiem. W jego oczach wyczuł pradawne uczucie pychy. Znał je dobrze, choć jeszcze lepiej znał je Scott. Wywołało ono u niego dreszcze, lecz wstrzymywał ten odruch silnymi mięśniami. Wiedział, że głęboko w tych oczach starca-cyborga, w tym spojrzeniu może czaić się zguba. 
 - Być może uważasz się jedynie za człowieka. - odpowiedział po dłuższej ciszy. - Ale prawdziwi ludzie wyczuwają, że jesteś inny niż oni. Stworzyły cię roboty, ty ich zdradziłeś, nawróciłeś się... tylko po to, aby Corlett odwrócił się od Scotta? 
Inferno milczał zagadkowo. 
 - Jak śmiałeś! - wykrzyknął Alec. - My cię przyjęliśmy jak brata.
 - Nie uniosłem przeciw wam broni. - odpowiedział spokojnie Inferno. 
- Wcale nie trzeba strzelić do swego, by zdradzić. - odparł Alec. - Corlett mówił mi, że czuje się zgorszony tym, że Scott bardziej ufa tobie, niż jemu. 
- Namówiłem go do zgody z McDavidem. - powiedział Inferno. - Myślisz, że tylko jemu było ciężko? Nie! Ja też wiedziałem, że ta jedna kłótnia między nimi może przybliżyć rozpad Armii! 
- Scott nie powinien był ci ufać. - powiedział wściekły Alec. - Nie dość ci szkody, jakiej dokonałeś? 
 - Dość, nie dość. - odparł całkiem obojętnie Inferno. - Nastaw ucha i wtop się we własne słowa. McDavid mi wybaczył, Clara również... najpierw Corlett się wzburzył, teraz ty... wiesz, czym to może grozić? 
 - Zamilcz, blaszany głupcze! - warknął Alec. - Straciłeś poczucie człowieczeństwa. 
 Inferno nagle wyciągnął pistolet zza pasa i wystrzelił prosto w Aleca, który jednak w porę umknął. Pocisk uszkodził przednią ścianę; odpadła od niej spora garść tynku. Cyborg zmarszczył nieosiwiałe jeszcze, czarne brwi i syknął: 
- Jesteś przeciw mnie, Sunshire? Jak dla mnie możesz odejść stąd tam, gdzie promienie nie sięgają. 
 - Gadasz jak Gallardo. - odpowiedział Alec otrząsając garnitur z drobinek kurzu. 
 - Możliwe. - potwierdził Inferno. - Tym bardziej dochodzę do wniosku, że jestem wam zbędny. 
 - W tejże chwili możesz myśleć co chcesz. - odparł Alec. - Właśnie uniosłeś broń przeciw członkowi Armii. 
Inferno cofnął się gwałtownie i upuścił pistolet na podłogę. Jego krtań drgała. 
 - Nie udawaj, że jesteś w wielkim szoku. - odparł na to Alec. - Zrobiłeś to. 
Cyborg jednak nie udawał, ale skąd Alec mógł to wiedzieć, skoro przez cały okres walki Armii z robotami Inferno ,,przyodziewał" odpowiednie emocje, aby pokazać swą siłę lub skruchę? Alec nigdy też nie rozmawiał z Inferno twarzą w twarz, nie wiedział, co się za tym kryje. Wykazał więc taką samą postawę, jak niegdyś Corlett. Był blisko Scotta, lecz nie tak blisko jak najmłodszy członek Armii, Bluegott. Miał jednakże większe doświadczenie w pracy niż on i Scott, ale właśnie w tym wszystkich jednakże przewyższał Inferno, który żył już (jakby nie patrzeć) siedemdziesiąt lat. 
Alec miał jednakże szacunek do starców, ale nie mógł wydobyć z siebie poszanowania dla cyborga, który wydawał mu się lepszy od jakiegokolwiek człowieka. Bolało go to, że on nie musi martwić się tym, że kiedyś jego zwyczajne życie ludzkie się skończy – a cyborg zazwyczaj żył dużo dłużej od zwyczajnego człowieka. Ta właśnie jedna z najgorszych ludzkich cech – zazdrość – omal nie skruszyła wielkiej przyjaźni, a teraz miała zamiar zakończyć węzeł porozumienia. 
Inferno czuł na sobie wzrok Aleca, ale patrzył szeroko rozwartymi oczyma na punkt nieokreślony, gdzieś dalej. Biała grzywa włosów na jego czole rozwiała się lekko, ukazując zmarszczki powyżej brwi. 
Alec przeładował swój pistolet i wcelował w niego. 
- Bardzo mi przykro, Inferno. - powiedział. - Ale ty do nas nie pasujesz, więc wracaj do piekła. 
Już miał jednakże czarnym palcem nacisnąć spust, gdy nagle drzwi pokoju za plecami Aleca się uchyliły i wszedł ledwo Scott z Corlettem. 
Mężczyźni jednak nie zdążyli zareagować, a Inferno starając się uniknąć pocisku padł na kolana, uchylając się nisko jak przed atakiem zarażonego wścieklizną psa. 
Scott odepchnął Aleca, którego z kolei przytrzymał Corlett. Ci we dwójkę mocowali się i szarpali ze sobą jakiś czas, dopóki Corlett nie krzyknął: 
 - Alec! Czy tobie rozum ujęło? 
 Czarnoskóry przestał się szarpać i spojrzał otępiały na białego przyjaciela. Scott skarcił go srogim spojrzeniem i rzekł: 
 - Co ty sobie pomyślałeś? Żeby strzelać do swego... 
Inferno, wciąż oszołomiony całą sytuacją, która zaszła, poruszył się niezdarnie i siadł na kolanach, ukrywając twarz w dłoniach. Scott podszedł do Aleca, a tymczasem Corlett dobiegł do zdjętego przerażeniem cyborga. 
Położył mu dłoń na ramieniu i wyszeptał: 
- Wstań proszę, mój drogi, powiedz, co się tu stało. 
Cyborg był zdumiony tak życzliwymi słowy, które wypływały chcąc, niechcąc z ust niegdyś najbardziej znienawidzonego członka Armii. Spojrzał mu w oczy, i ze zdumieniem spostrzegł, że Corlett Bluegott nie przerywa kontaktu wzrokowego z własnej woli – co dawniej czynił nadmiernie. Podał mu dłoń i pomógł wstać, a w tym czasie Scott próbował przywrócić do przytomności Aleca. 
Gdy wszyscy czterej byli już na własnych nogach, Scott i Corlett najbardziej domagali się wyjaśnień od cyborga. Ten objaśnił, jak się rzecz działa, poczynając od wątka, w którym Alec wyzwał go pod niby pretekstem, że spiskuje przeciw Armii. 
- Bo to właśnie robi. - obruszył się Alec. - Tęskni za swoim robocim wojskiem, słyszałem, jak we śnie wzywał Stalową Pięść na pomoc. 
 - Co? - spytał zdumiony, ale i przerażony cyborg. 
Czarnoskóry mężczyzna objął go jadowitym spojrzeniem. 
- A może zaprzeczysz? Chyba jednak Corlett miał rację. 
Scott postąpił krok naprzód. 
- Posłuchaj – powiedział. - Wam wszystkim niebawem Kosmos zrobi pranie mózgu. Bądźmy szczerzy... czy nie rozumiesz? On chce walczyć z nami przeciw robotom. 
Spojrzał niepewnie na cyborga, ale ten rzekł: 
 - A co, jak ukręcę łeb Pięści na twoich oczach, wtedy uwierzysz? 
Alec zmrużył groźnie oczy, ale milczał. 
Wiedział, że Scottowi niezmiernie zależy na współpracy, tak jak reszcie załogi. Postanowił jednak, że dla dobra powodzenia w tajnej misji pogodzi się z cyborgiem – i wkrótce zrobił to podając mu dłoń i ściskając ją na oczach Corletta i Scotta. 
 - Tylko kierując się życzliwością i wzajemnym zrozumieniem, możemy zwalczyć odwiecznych wrogów Armii. - powiedział Scott. - Susan wierzyła w nas tak samo mocno. Nie widziała w nas odmieńców... wiedziała, że wszyscy jesteśmy tacy sami... ludzie, jak ludzie. Cyborgowie też mają ludzkie uczucia. 
 Inferno, wydawało się, był wdzięczny Scottowi za to zdanie. Przebywał już w ciele cyborga trzy lata i wiedział już, do czego jest obecnie zdolny (do czego nie miał możliwości jako człowiek). 
Mimo wszystko czuł wdzięczność wobec Armii, wiedział, że sytuacja przyjęła taki obrót, iż musi zmienić własne nastawienie wobec członków Armii, którzy nie do końca mu ufali. 
- Musimy być silni. - powiedział Scott. - Tylko wtedy jesteśmy w stanie... 
Jego słowa przerwał narastający szelest zarośli za budynkiem. Odwrócił głowę w stronę okna. 
Alec zaraz potem chwycił w ręce latarkę. Mężczyźni nabrali podejrzeń. 
 - Co to było? - spytał Corlett i, jak to zwykle u niego bywało w chwilach złości, zaklął. 
- Na pewno nie nasi. - odpowiedział mu cyborg. 
Cali zesztywnieli i zamarli. Wiedzieli jednakże, że zazwyczaj nikt nie błądzi pod budynkiem w nocy. Alec podszedł do okna i zajrzał za jego furtynę, wychylając się do przodu. Zauważył kątem oka poruszenie w zaroślach. 
Natychmiast nakierował smugę bardzo jasnego, prawie oślepiającego światła w miejsce, gdzie je dostrzegł, lecz zbyt późno. Odwrócił się w stronę towarzyszy. 
- Ktoś nas szpieguje. - powiedział. - Lepiej dla nas go schwytać. Bo jeśli to ktoś od armii Pięści... 
Inferno spojrzał w ciemną toń za oknem, i zatarł ręce. 
 - Czeka nas nocna misja, bracia-kompani. - rzekł. - Szkoda, że nie mamy przy sobie żadnego autobota. 
Scott wciągnął na ramiona kurtkę. 
 - A co, nie ufasz w możliwości ludzkie? - spytał. 
Cyborg spojrzał na niego. 
- Czemuż to? - zdumiał się. - Oprzytomniałem już, ludzie są potrzebni tej planecie.




III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Jedenasty

Scott nie wyrażał ochoty na rozmowę z Venus, nawet wówczas, gdy odczytała ona popołudniową pocztę – dwa listy były napisane przez Aleca. Prosił w nich, aby spróbował zatrzeć w sobie ślady niedogodności po waśni z Corlettem. Scott bardzo się oburzał, gdy czytał coraz to inaczej wyrażoną tą samą prośbę. 
 - Czy on nie rozumie nic, z czego to wynika? - zapytywał sam siebie, gdy Venus otwierała listy zaadresowane do siebie. - Opisuje tam jakiś nie wiadomo jaki Kosmos, a to przecież Corlett zaczął całą sprawę! 
Venus milczała, aby nie wtrącić nic, co by mogło jeszcze bardziej rozzłościć Scotta. Gdy wszystkie listy od Aleca zostały przejrzane (w większości nie czytane), rozległ się dzwonek do drzwi. 
Scott starał się opanować najgorszy gniew i powiedział do autobotki: 
- Idź otwórz drzwi, może to Alec, albo Clara. Venus wyszła z pokoju na zaplecze i podeszła do drzwi frontowych. Gdy je otworzyła (Scott usłyszał skprzypienie zawiasów), pomówiła trochę tak, jakby z kimś rzeczywiście rozmawiała, a potem wróciła do pokoju i powiedziała: 
- Ktoś do ciebie. 
Scott zdumiał się, ale autobotka nic więcej nie mówiła. 
Odłożył więc list, który miał akurat w ręku, na stół, wyszedł na zaplecze i otworzył powoli drzwi. Przed nim stał Corlett, skruszony, milczący. Spojrzał w twarz Scottowi i zapytał wolno: 
- Masz może chwilę? 
 - Tak. - odparł po chwili ciszy Scott i wpuścił go do środka. 
Corlett niepewnie przekroczył próg domu i ściągnął z dłoni rękawiczki. Majowy przymrozek wdał się większości we znaki – w końcu mieszkali pod kołem podbiegunowym. Gdy Corlett rozebrał się, wszedł do pokoju gościnnego. Tam zobaczył Venus przeglądającą jak wtedy listy. Powitał ją cichym głosem i usiadł na wolnym krześle. 
Był widocznie zagubiony, nie wiedział zapewne jak się zachować – przypominał w tym ucznia w pierwszym dniu szkoły. Niebawem nadszedł Scott, który pomógł autobotce pochować listy do pudełek i zapytał: 
 - Co ci się stało, Corlett, że po tak długim czasie do mnie przychodzisz? 
Corlett wędrował przez długi czas wzrokiem po różnych przedmiotach na półkach i stole, a potem powiedział: 
- No, wiesz... byłem ostatnio u Inferna. Pogadałem z nim i wogóle... chce, abyśmy razem pracowali. 
Scott popatrzył na Corletta, a tymczasem Venus cicho wymknęła się z pokoju (uznała, że muszą załatwić to między sobą). Mężczyzna uznał tą wypowiedź za dobry znak. Domyślił się, że Corlett pojął swój błąd. 
 - Wiem, że uznajesz mnie za kompletnego frajera. - powiedział. - I bardzo dobrze. Chcę, abyś takim mnie widział. Nawaliłem i poniosłem za to należytą pokutę. Istoty najwyższe z początku nie chciały słuchać mych modłów, więc byłem skazany na cierpienie. A to cierpienie... ja sam je na siebie zesłałem. 
Scottowi wypowiedź Corletta bardzo szybko skojarzyła się ze słowami Inferna. Poczuł, że jego słowa były warte wiary. Jednak zauważył, że podczas rozmowy Corlett potrafi patrzeć mu w oczy. Czekał dalej, aż coś powie więcej. Ale dla Corletta to było za wiele. Błądził wciąż wzrokiem w oddali, ale nie był w stanie wydobyć z gardła sensownego słowa. 
Scott jednak nie zmuszał go do dalszych wyjaśnień, więc rzekł wolno: 
 - Zrozum... przecież jesteśmy przyjaciółmi. Wiem, że nadal jest to dla ciebie bardzo trudne, dla mnie też. Chyba rzeczywiście niepotrzebnie byliśmy ze sobą tak blisko, jak bracia... a przecież ty nie masz ani brata, ani siostry (Venus ci ją zastępuje). 
Scott milczał, rozważając słowa Corletta. 
Potrafił zrozumieć, przez co przechodził. 
Niemal zapomniał, przez tak długi czas, jak to było kiedyś, kiedy ich relacje były dobre, w pełni przyjacielskie. Odwrócił się do niego, podszedł, spojrzał w oczy. 
 - Musisz mi uwierzyć, Scott. Chyba rzeczywiście byłem takim szczeniakiem, za jakiego mnie mieliście. 
Scott spojrzał na niego, wahając się chwilę, a potem uścisnął go tak serdecznie, że w oczach obu mężczyzn popłynęły łzy. Im obu zrobiło się lżej na sercu i poczuli, że nareszcie wszystko się zmieni. 
- Nie mów tak nigdy więcej. - powiedział w końcu Scott. - Jesteś nam potrzebny tutaj, w Armii. 
Corlett płakał rzewnie, łzy okryły mu niemal całą twarz. 
 - Inferno mi wybaczył... więc pora na mnie, abym ja wybaczył tobie. 
- O czym ty mówisz? - zdumiał się Scott. - To ja powinienem wybaczyć tobie. 
- Zdaje się, że miałem już okazję zobaczyć łzy cyborga. - odparł Corlett. - Nie chcę już zostawiać cię samego.

sobota, 16 kwietnia 2016

III. Międzyplanetarna misja: Rozdział Siódmy

Scott cierpiał, widocznie cierpiał. 
Dla niego Armia nie była już tak istotna. Nie chciał słyszeć słów otuchy. Bardzo się zbliżył z byłym działaczem, bardziej niż kiedykolwiek z Corlettem. Wiedział, że inni członkowie Armii też to zauważyli. Ale nie wtrącali plotek, co dobrze o nich świadczyło. 
 Scott wyczuł, że jednak więcej łączy go z Infernem, niż z Corlettem. 
Obaj mieli trudne dzieciństwo i obaj musieli walczyć o własne prawa. 
 Z początku wydawałoby się, że jednak nie będą raczej sobie życzliwi, bo przecież dawniej byli sobie wrogami. Ale w końcu obaj w porę przebaczyli sobie przeszłość – dlatego Inferno znów dołączył do Armii. 
Było to dla cyborga nadzieją na lepszą przyszłość – chciał pomóc Scottowi, bo widział jego codzienny ból. 
Martwił się też Corlettem – czy Kometa rzeczywiście z nim odeszła? 
 A może zbuntowała się przeciw swojemu stwórcy? 
Nie wiadomo – poza tym Corlett nie budował autobotki sam. Zastanawiał się, jak na to wszystko zareaguje Alec. Wśród członków Armii panowała niemiła, chłodna atmosfera. Wszyscy już wiedzieli o odejściu Corletta Bluegotta. Nie chcieli obwiniać ani Scotta, ani kogokolwiek innego, chociaż już znali całą prawdę. Uważali, że to sam Corlett powinien za to wszystko odpowiedzieć. 
 - Tak się nie traktuje człowieka. - mówili. - Zawsze był taki niedojrzały... jeżeli więc chce, abyśmy go traktowali jak mężczyznę, to niech wpierw przeprosi Scotta na naszych oczach. On go w końcu spoliczkował, zgadza się? 
Inferno popierał te słowa, ale milczał. 
Scott siedział skulony otoczony przez działaczy stowarzyszenia, których tak dobrze znał. Żadnego z nich nie znał jednak tak dobrze, jak utraconego przyjaciela. Bał się, że to koniec dawnych, dobrych dni... wszystko na to wskazywało.

***

Clara też widziała cierpienie Scotta. 
Rozumiała je niemal tak głęboko, jak Venus i Inferno. 
Jednak Scott nie chciał z nikim rozmawiać. Wydawało się jej, że popadł w głęboką depresję. To umocniło jej strach i obudził instynkt macierzyński. Chciała pomóc Scottowi przebrnąć przez ten ciężki okres. Lecz jej starania niestety okazały się nieskuteczne. 
Scott nadal starał się pracować, zaprzestając myśleniu o Corlecie, ale to nie było łatwe. Każdego dnia walczył z silnymi emocjami, co zauważyła bez trudu troskliwa i wrażliwa Venus. 
Z początku myślała, że jej stwórcę dręczy zmęczenie, lecz po rozmowie na osobności z Clarą i Infernem, dowiedziała się, o co tak naprawdę chodziło. Bardzo współczuła swojemu stwórcy. Starała nawiązać z nim kontakt słowny, lecz Scott spławiał ją uprzejmie, mówiąc, że nic się nie stało. Ale autobotka wiedziała, że jest inaczej. Była załamana jego stanem. 
Podczas posiłku Scott też milczał na ten temat. Czuł, że nie jest w stanie tego jej opowiedzieć. Ale autobotka naciskała go przy każdej okazji, zachowując jednak uprzejmy ton głosu. Mijał już równy tydzień od kłótni Scotta z Corlettem, lecz nic się nie zmieniło. Scott w poddańczy sposób wykonywał polecenia Clary, jakby musiał je zrobić od zaraz, chociaż Clara nie miała zapalczywego charakteru. Wykonywał starannie i sumiennie swoją pracę, za co otrzymywał należytą zapłatę, jak wszyscy badacze i działacze. Oni zaś zauważyli, że Scotta coś gryzie, i to poważnie. 
Pewnego dnia, Clara poprosiła Scotta na rozmowę na osobności. 
Poprosiła, aby usiadł i dla przyjaznego rozpoczęcia słowa, zapytała, czy nie napiłby się herbaty. Scott jednak odmówił. 
- Ostatnio coś się z tobą stało. - powiedziała powoli. - Coś złego. I to tak złego, że przykro patrzeć na twoje cierpienie. Naprawdę nie chcesz pozbyć się tego ciężaru, który w tobie siedzi? 
 Scott milczał, wzrok wbijając w stolik stojący między fotelami, na których siedzieli naprzeciw siebie w biurze Clary, kiedyś należącego do Susan. Clara patrzyła na powolne ruchy Scotta – widziała, jak pocierał nadgarstki ze zdenerwowania. 
 - Jesteśmy przyjaciółmi. - powiedziała Clara. - Możesz mi wszystko powiedzieć. Czy naprawdę sądzisz, że Inferno wie, jak potężna więź łączyła cię z Corlettem? Nie wie tego... bo nigdy się w to nie zagłębiał. 
Scott spojrzał na nią. 
- Zaprzeczasz temu, że teraz jest po naszej stronie? - spytał. 
 - Nie, wcale nie. - zaprzeczyła Clara. - Po prostu, jak odszedł z Armii i przystał do własnego wojska, po części zapomniał, kim są wobec siebie członkowie naszego stowarzyszenia. I mimo to, iż ma lepszą pamięć w ciele cyborga... jego ludzka pamięć o pewnych rzeczach zanikła. Wcale nie powiedziałam, że to źle iż dzielisz się z nim odczuciami... ale wydaje mi się, że zaczynasz ufać tylko jemu, a nas odrzucasz. 
Scott jednak nadal milczał. Rozważał w myślach słowa przyjaciółki i wiedział że ma rację. Ale jakoś wstyd mu było, się do tego przyznać. 
 - Wiesz, że jeśli my wszyscy zaczniemy się od siebie odwracać, Armia upadnie na dobre. Już widzę (i aż strach mnie bierze) jak nasza kwatera pustoszeje, gdy tak dalej będą układać się sprawy... Biedna Susan z pewnością przewróciłaby się w grobie. 
 Scott zaciskał pięści, oddychał głęboko, przygryzał raz po raz wargę... 
Ale mimo wszystko starał się opanować gniew. 
Na co dzień był jednakże spokojnym człowiekiem, ale gdy wpadał w złość, nie szczędził przekleństw i ostrych słów. Można nawet uznać, że charakter odziedziczył po połowie po obojgu rodzicach – Angela McDavid była spokojną i życzliwą kobietą, zaś Steven, mąż Angeli potrafił być wybuchowy. 
Jednakże Steven był troskliwy i odpowiedzialny. Wiedział, że syn musi się kształcić i dlatego szukał dla niego po całej Kanadzie najlepszej szkoły, gdzie Scott będzie się dobrze czuł. Podczas, gdy autoboty Stevena pomagały jego żonie w obowiązkach domowych, on myślał nad przyszłą edukacją syna, aż poprzez okres wojny z robotami – myślał, że gdy wróci na Ziemię, będzie mógł rozpocząć naukę. Ale potem przyszła tamtejsza wojna, która przerwała spokój i szczęście rodziny McDavidów. 
Po śmierci obojga rodziców Scott w dalszym ciągu nie rezygnował z pracy w Armii. Pracował tam aż do dnia tutejszego. Clara znała jego trudną przeszłość. Wiedziała, że rzadko doznawał prawdziwego szczęścia, nawet jeśli miał u boku Venus. Życie nie było dla niego łaskawe, chociaż był wdzięczny Armii, że nie zginął w wojnie z robotami. Wiedział, że częściowo to Inferno ocalił mu życie. 
- Nie chcę upadku Armii. - powiedział w końcu Scott spoglądając Clarze w oczy. - Wiem, że czasami nawalałem i do dziś nie mogę sobie tego wybaczyć. Ale żeby Corlett zrobił mi coś takiego... nie mogę sobie tego wyobrazić.

>>>

Cześć, Kochani :)

Jak widać, wróciłam z pisaniem, lecz nadal potrzebuję oznaki, że to co tutaj tworzę jest w miarę ,,publiczne” czyli dobre. Mam mieszane uczucia do tego opowiadania. Nie jestem w stanie stwierdzić, czy pisanie bloga-opowiadania się opłaca. Pomóżcie mi to rozstrzygnąć.

Jeśli ktokolwiek to czyta, niech pisze swoje sugestie na ten temat, czy nadal to rozwijać, czy nie.
Nie chcę być nachalna, po prostu chce mieć wszystko wyjaśnione czarno na białym, czy jest sens pisanie Gwiezdnej Armii.
Miłego dnia, Kochani :*













sobota, 27 lutego 2016

III. Międzyplanetarna misja: Rozdział Szósty

Corlett odjechał do swojego domostwa na skuterze. 
Wciąż rozpierał go gniew i rozżalenie. Minęło kilka godzin, odkąd pokłócił się ze Scottem. Nie miał pojęcia, co robić. Czuł, że poczucie winy rozerwie mu serce... lecz w głębi wiedział, że nie może wydobyć z siebie znajomego tonu, wyrażającego skruchę... nie mógł. 
Boleśnie rozpamiętywał moment wybuchu tak bezmyślnej złości... i tego, że uniósł rękę na najlepszego przyjaciela... nieważne, że starszego... właśnie świadomość tego, że osoba, którą uderzył w twarz była mu przez tyle lat tak bliska... bliższa niż rodzeństwo, była tak bolesna, boleśniejsza niż najgorszy ból fizyczny. Nie dzielił się z Kometą tym bólem, ale autobotka wyczuła, że coś go trapi. Lecz zdenerwowany Corlett nie dawał jej dojść do słowa. Wogóle nie chciał jej słuchać. 
- To tak traktujesz swojego autobota? - spytała z wyrzutem Kometa. - Scott z pewnością nie traktuje tak Venus... aż zaczynam wątpić, czy jeszcze zechcesz być mi kimś więcej, niż tylko stwórcą. 
 - Ty tego nie rozumiesz, Kometo. - odparł Corlett. - Nie potrzebuję współczucia. 
Kometa przekręciła głowę.
 - Że niby czego nie rozumiem, Corlett? Że nie wiem, jak bardzo tego żałujesz? Chyba naprawdę nie znasz natury autobotów... 
Corlett spojrzał na nią ze złością. 
 - Niczego nie żałuję, Kometo. 
 - Nawet bolesnego znieważenia najlepszego przyjaciela? 
Corlett zerwał się gwałtownie i kopnął krzesło, aż przeleciało przez pokój. Kometa nie poruszyła się. Na twarzy Corletta malował się gniew połączony z dzikim bólem. Jego źrenice miały niezdrowy blask. 
Odwrócił się do niej i rzekł z gniewem w głosie:
 - Myślałem, że mnie poprzesz... ale najwidoczniej się myliłem. 
 - W czym mam cię popierać? W poniżaniu własnego przyjaciela? Znaliście się tyle lat... i nagle chcesz to wszystko przekreślić? 
 Corlett milczał. 
 - Nie wiem, jak zamierzasz tak żyć. - powiedziała Kometa. - Wiem, że może być ci ciężko, ale po to są przyjaciele, aby się tego ciężaru pozbyć. Spojrzała na Corletta. - Powinieneś wydorośleć. - powiedziała autobotka. - Nie jesteś już dzieckiem... powinieneś porozmawiać ze Scottem. 
Corlett drgnął. W myślach rozważał słowa autobotki. Postanowił, że najpierw powinien rozmówić się nie ze Scottem, a z Infernem. Taki był teraz jego plan. Nie zamierzał go ujawniać... bo po co? I tak nic z tego nie wyniknie. 
Najpewniej jest ufać sobie samemu.

***

- Wejdź. - powiedział Inferno, gdy usłyszał rano pukanie do drzwi. 
Nie mógł spać tej nocy. Klamka opadła i do pokoju wszedł Scott. 
Cyborg powitał go nadzwyczajnie – nie za wesoło, nie zbyt sztywno, ale też nie lodowato. Scott wciąż jeszcze miał w pamięci wydarzenie sprzed kilku godzin, i to tak zakodowane, jakby stało się to przed chwilą. Nie mógł pozbyć się zmartwionego wyrazu twarzy. Inferno dostrzegł to od razu. 
 - Coś cię męczy, przyjacielu? - spytał. - Może się napijesz? 
 Inferno uruchomił specjalną maszynę, która metalową łapką ustawiła szklankę i postawiła pod małym kranem. Następnie sama mechanicznym ruchem przekręciła kurek. Gdy napełniła szklankę wodą, Inferno podał ją Scottowi. Mężczyzna wziął szklankę, wciąż jeszcze tak poruszony, że nie podziękował. 
- Śmiało, wyrzuć to z siebie. - zachęcił go łagodnie Inferno. - Jak się tego nie pozbędziesz, pożre cię od środka, słowo daję. 
Scott wiedział, że Inferno ma rację. Ale trudno mu było się otworzyć po tak głębokim szoku. Cały czas miał przed oczami zirytowaną twarz Corletta i niemal czuł, jak (po raz drugi) uderza go w twarz... 
Nie wiedział, jak zacząć. Pociągnął ze szklanki łyk i westchnął. Było mu naprawdę ciężko. Inferno jednak potrafił uzbroić się w cierpliwość, co było prawie niemożliwe w jego poprzednim wcieleniu. 
Scott jednak, zanim nabrał odwagi i ,,siły wymowy,, musiał wypić jeszcze jedną szklankę. 
- Coś złego dzieje się z tobą, Scotty. - powiedział Inferno. 
- Nie ze mną, a z nami wszystkimi. - odezwał się Scott. 
Inferno chwycił go za ramiona i poprosił, aby usiadł. 
Scott odstawił pustą szklankę na stolik. Gdy usiadł, Inferno powiedział powoli: 
 - Nie możesz tak postępować, Scotty. Wszyscy zaczniemy się sobie rzucać do gardeł, jak człowiek człowiekowi nie powie, co mu leży na sercu. 
 - A ty czujesz się człowiekiem? - spytał Scott. 
Inferno wzruszył ramionami. 
 - Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Może... ale jeśli już, to dobrym człowiekiem. Tak naprawdę cyborgowie nie są oddzielną rasą, a zaliczają się do swego rodzaju społeczeństwa... Nie chciałbym, aby cyborgowie przejęli władzę nad ludzkością... 
Scott spojrzał w jego piwne oczy. 
 - A więc ludzie wciąż wiele dla ciebie znaczą. - powiedział. 
 Cyborg kiwnął głową. 
 - Dokładnie. Teraz w rozwoju ludzi przeszkadzają tylko roboty. Sądziłem,że uda nam się ich ocalić... 
Scott położył mu dłoń na ramieniu. 
- Udało nam się to już dwa razy z rzędu. - powiedział. - Wiesz, że musieliśmy ratować kraj przed gorszymi kataklizmami. 
Inferno kiwnął głową. 
Żałował, iż wcześniej nie zorientował się w planach robotów i nie odszedł od nich wcześniej. Zdawał sobie jednak sprawę, że przeszłości nigdy nie da się zmienić. A jego przeszłość... była tak zmienna. 
 - Chciałbym się jeszcze na coś wam przydać. - powiedział cyborg. - Wiem, że Clara mogłaby się na to nie godzić... 
 - A na co? - spytał Scott. - Przecież walczymy razem... sam chciałeś walczyć po naszej stronie. 
Cyborg spojrzał na niego i przez chwilę wydawało się Scottowi, że widzi go w ciele ludzkim, lecz dużo starszego, zmęczonego i pokonanego... Widok ten budził powszechne współczucie. Sebastian Patricia patrzył na niego smutno i kiwał wolno głową, jakby przyznawał mu rację, iż wkrótce umrze. 
- Chcę nadal walczyć. - powiedział nie cyborg, a starzec. - Lecz mimo wszystko czuję się pokonany przez czas... umrę niechybnie, jeśli roboty przejmą Kanadę... zrozum, Scott... 
Jego spojrzenie zdawało się gasnąć... Jego głowa opadła na piersi, a on sam zdawał się padać na ziemię, ale Scott w porę przytrzymał go za ramiona. 
 - Odpocznij, przyjacielu. - powiedział łagodnie. - wkrótce zmienimy ten świat na lepsze. Inferno spojrzał na niego już jako cyborg i dotknął jego ramienia – tego samego, na którym miał tatuaż jedności z autobotami (rękę ludzką ściskającą w pokoju rekę autobota). 
- Nauczyłeś mnie być dobrym człowiekiem. - powiedział. - Znak jedności będzie odtąd naszym hasłem. Chcę ci towarzyszyć, bez względu na wszystko... nawet na śmierć. 
Scott objął cyborga, czując łzy w kącikach oczu. 
- Corlett odwrócił się od nas. - powiedział. - Wciąż nie mogę uwierzyć, że to zrobił. 
Cyborg był bardzo zszokowany tym faktem. 
- Nie możemy tak po prostu machnąć ręką na jego odejście. - powiedział. - Musisz go przekonać, aby do nas wrócił. 
- Nie dało rady. - powiedział Scott i opowiedział cyborgowi od początku całe zajście. 
- Myślisz... że mógł zabrać ze sobą Kometę? - spytał cyborg, gdy wysłuchał wszystkiego. 
 - Musiał. - odparł Scott. - Przecież Kometa należy do niego. 
Inferno nie mógł wydusić z siebie słowa. Nie sądził, że Corlett będzie go posądzał o własne odejście. Owszem, nie darzył go wielką przyjaźnią, lecz mimo to starał się sprostać oczekiwaniom dowódczyni. 
Gdy Inferno odszedł, aby odpocząć, Scott przesiadywał w swoim pokoju. Nie mógł zasnąć. Strasznie męczyło go sumienie. Starał się jakoś poukładać to wszystko w głowie, ale niestety, to nie było łatwe. Zbyt potężny cios spadł na jego ducha... martwił się. Obawiał się już tak złych rzeczy ze strony odejścia Corletta, że zaczął żyć w nieprzerwanym strachu. 
Rzadko rozmawiał z Aleckiem, swoim najlepszym przyjacielem, a jeszcze rzadziej z Venus – jedyną istotą, którą darzył ogromną sympatią, a nawet miłością braterską. Zamknął się w końcu w sobie i zaczął unikać jakichkolwiek kontaktów, co zaalarmowało Venus, że stało się z jej stwórcą coś naprawdę złego.
***
Stalowa Pięść wracał już na Ziemię z robotami. 
Z Tacatą u boku. 
Czuł mściwą satysfakcję, że udało mu się zdobyć do wojska tak wspaniałą wojowniczkę. W tym czasie, jak odbywali podróż przez Galaktykę do Drogi Mlecznej, Pięść opowiedział jej o cyborgu i jego zamiarze zemsty na nim. Tacata chętnie na to przystała i obiecała, że pomoże mu w jego unicestwieniu. Szybko odnalazła się w nowej sytuacji. Miała wręcz wrodzoną zdolność szybkiego przystosowania się do nowych warunków. Okazało się jednakże, że znała ojca Scotta – Stevena McDavida (poślubił on matkę Scotta Angelę, z domu Easton), który był niegdyś działaczem Armii do 2265 (wtedy urodził mu się syn). Steven odchował Scotta aż do tragicznej śmierci – w tym czasie pracował w innych instytucjach, jeżdżąc głównie do stolicy kanadyjskiej, Ottawy. 
Zawsze popierał działalność Armii, chociaż nigdy nie był jej członkiem. Dbał o swoją rodzinę, a najbardziej troszczył się o Scotta. Nauczył syna trudnej techniki budowania autobotów, dzięki temu Scott stworzył później Luke'a i Venus. Zmarł zarażony nieznaną chrobą (w 2280 r.) po przylocie z badanej planety. Angela McDavid popełniła samobójstwo jedenaście lat później – lekarze śledczy wykazali, że najprawdopodobniej przedawkowała lekarstwa należące do męża, a sama była zdrowa. Scott kończył wtedy dwadzieścia sześć wiosen – i jego melancholia rozpoczęła się na nowo, trwając przez kilka lat. 
Dorastając na pokładzie statku kosmicznego, Scott tęsknił za rodziną, której już właściwie nie miał. U boku miał jedynie autobotkę, Luke'a Susan, Clarę i Corletta – lecz to właśnie oni pomogli mu przetrwać te ciężkie czasy. Dołączając do Gwiezdnej Armii, odzyskał nadzieję na lepsze życie. Wiedział, że pracując w tej instytucji uszczęśliwi (pośmiertnie) rodziców i zapewni sobie lepszą przyszłość. Tacata jednak wyznała robotom, że gdzieś słyszała o synie McDavidów, lecz nigdy nie widziała go na oczy. 
- Kiedyś w prasie rozpowiadali, że McDavidowi urodzi się dziecko. - powiedziała. - Ale ja jakoś nie mogłam dać temu wiary. 
- To wojownik Armii. - powiedział Stalowa Pięść. - Aż dziwne, że o nim nie słyszałaś. 
Tacata wzruszyła ramionami. 
 - Może i tak. W każdym bądź razie, moc Armii rosła tak prędko, że nawet autobot nie zauważał, że tymczasem urodzi się wojownik... 
Stalowa Pięść popatrzył na roboty. 
 - Być może. Ale wiadomo, że zarówno on, jak ten zdrajca Inferno żyją. Tacata zmrużyła oczy. 
- Och, widać, że nawet bardzo znienawidziłeś swojego byłego szefa, co? Stalowa Pięść odwrócił się do niej. 
- Nie ma się co dziwić. - syknął. - Ufałem mu... i chyba z wzajemnością. Powtarzał mi, że jestem mu najcenniejszy... 
Tacata milczała. 
Pięść bardzo szybko mówił, niemal gorączkowo. Roboty zaś wiedziały, że ta mowa nie wynikała ze zwyczajnego zdenerwowania. Nadal pragnął mieć Inferna za swojego przywódcę. To pragnienie jednak przeistoczyło się w obsesję, z której nie mógł uciec. Tacata oczywiście tego nie wiedziała, więc uznała go za szaleńca. Lecz wolała nie wymawiać tej kwestii głośno. 
 Stalrat czuł niechęć do robocicy. Nie uważał jej za nadzieję w wojnie przeciw autobotom. Nie zamierzał jednak mówić tego Pięści. Miał cichą nadzieję, że inne roboty go poprą. 
Nie był powszechnie lubianym członkiem wojska. Zazdrościł Czarnej Kobrze i Pieniaczowi, którzy najszybciej przywykli do nowego otoczenia. 
I ich przyjęto. 
Stalowa Pięść jednakże pamiętał, że za czasów przywództwa Gallardo, to on był jego zastępcą, co uważał za wielki zaszczyt. Przez to zachwalał się robotom i w odpowiedzi otrzymywał te wszystkie złośliwe obelgi. 
Pieniacz z niepokojem spoglądał na Pięść, jakby się obawiał jego wybuchu gniewu. Czuł, że dzieje się z nim coś, co nie powinno się dziać, chociaż nie potrafił sam tego nazwać. Nie miał pojęcia (ludzkiego) o uczuciach. Dlatego też, że jego pierwowzorem był Gallardo, zawsze chciał być taki jak on – zimny, nieugięty, okrutny. Nawet w latach przywództwa Inferna, nie potrafił starcowi okazać jakiegoś szacunku. Ale za to jego (Stalową Pięść) darzył czcią, zapewne dlatego, że należeli do tej samej ,,rasy,, . 
Niepojęte było jego nastawienie do świata. Nawet Inferno nie potrafił nigdy tego rozwikłać. Dawniej, miał większą kontrolę nad robotami. 
Stalowa Pięść wiedział jednakże, że stosunek robotów wobec niego wiąże się ze śmiercią Gallardo. Świat dla nich się zatrzymał – nie mieli przyszłości. Ale on, tak samo jak Inferno przekonywał, że przyszłość będzie dla nich. Że nic ich nie powstrzyma. Ale dla innych robotów, były to puste słowa.



środa, 16 grudnia 2015

III. Międzyplanetarna misja: Rozdział Czwarty

Corlett przesiadywał samotnie coraz dłużej w swoim pokoju w kwaterze. Nie chciał z nikim rozmawiać, nie chciał nikogo widzieć. 
Był zirytowany z powodu załogi, która wyraźnie dała mu do zrozumienia, iż jest niedojrzały. Nie chciał widzieć się nawet z Kometą. 
Cierpiał, cierpiał głęboko i ,,przeżerał,, w sobie ten ból. Nie mógł zazwyczaj sobie poradzić z taką presją i dla złagodzenia gotujących się emocji kopał wszystko, co napotkał leżące mu na drodze. Nie znosił, jak to robi, ale jakoś musiał rozładować frustrację. Siedząca w nim uparcie obca energia nie znajdowała ujścia, i ,,zżerała go'' od środka... to było dużo gorsze od bólu fizycznego. Ludzie od stuleci musieli zmagać się z takim właśnie bólem. Ból taki czasami był dla nich gorszy niż śmierć, blokował rozum, zdrowy rozsądek... 
Takie uczucie od zawsze było przez ludzkość przeklinane, lecz mimo to nadal istniało. Człowiek nie potrafił się go pozbyć na zawsze, chociaż starał się wielokrotnie. Wydawać by się mogło, że ludzie jeszcze nie są tak silni, jak powinni być... przyszłość jeszcze nie nadeszła. 
Przyszłość wciąż jest niewiadomą. 
Czuł to każdy Kanadyjczyk, każdy Amerykanin, mieszkaniec każdego zakątka świata... 
Wiedzieli, że z dnia na dzień świat nie jest taki sam. Że każdego dnia muszą się zmierzyć z nowymi lub powtarzającymi się problemami... czemu tak jest? Gdyby ludzie chcieli, świat nie byłby taki zły. Ale odkąd człowiek pojawił się na świecie, cały czas coś się zmienia pod jego wpływem. Ludzie uczyli autoboty szacunku do zmian tego świata. Wiedzieli, że tak czy owak oni odejdą, a autoboty zostaną, aby obraniać ich dzieci, wnuki, prawnuki... i tak całe pokolenia, aby one tworzyły nowe autoboty. Tak już było od ponad dwustu lat, bo wtedy zaczęły naradzać się takie same autoboty, jakie naradzały się obecnie w 2300. 
Roboty mimo iż były coraz nowocześniejsze, i tak uważały się za najstarszy rodzaj sztucznej inteligencji. Od początku swojego istnienia chciały objąć władzę nad ludnością. Społeczeństwo jednak obroniło się samo i zaprzestali na jakiś czas produkcji nowych robotów, co wstrzymało rozwój nie tylko energetyczny, ale i elektroniczny oraz przemysłowy. 
Ludzie jakoś przetrwali ten kryzys bez robotów, ale wtedy właśnie narodziły się pierwsze autoboty. Dwieście lat temu pierwsze autoboty były wprawdzie słabe, lecz z upływem miesięcy i potem lat, stale na światło dzienne wychodziły coraz to nowe cuda techniki. 
Roboty nie uznawały tego świeżego jeszcze wynalazku. I tak oto zbuntowały się przeciw swoim panom i od tego czasu dążyły do zniszczenia ,,wielkich maszyn,, jak je grupowo nazywali. Z roku na rok autobotów przybywało, wybuchały konflikty, które przeradzały się w wojny... ale zarówno ludzie, jak i autoboty przetrwali. A roboty kryły się, rządne zemsty. 
Corlett wspominał te trudne chwile, szczególnie te, o których opowiadał mu Scott: niszcząca wojna dwu superinteligentnych maszyn, wtedy za jego dzieciństwa, a w wojnie tej ,,dorastała'' Venus. 
 Corlett chciał w jednej chwili, aby Gwiezdna Armia jednak się rozpadła. Miał dość bezsensownego jego zdaniem ryzyka. Miał oczywiście możliwość odejścia z Armii, lecz w ten sposób zerwałby nić sympatii między nim a Kometą. Nie wiedział, czy autobotka po takim manifeście byłaby w stanie jeszcze do niego przemówić. Nie wierzył w to. Corlett stał się nieufny, chociaż nigdy taki nie był. Nie chciał być już ani po stronie Armii, ani po stronie Scotta (chociaż nie czuł związku z robotami, nadal traktował ich jak wrogów) – chciał być wolny, sam o sobie decydować. Inaczej nie widział dla siebie przyszłości. 
Nie myślał już o tym, co powiedziałaby do niego Kometa. Nie chciał słyszeć od niej żadnego słowa, dobrego czy złego. Postanowił, że teraz, kiedy wkroczył już w odpowiedni wiek, może dokonać tego, co chciał zrobić od bardzo dawna; usamodzielnić się, stać się niezależnym od Armii. Wiedział, że to jedyna droga. 
 - Corlett? - jego przemyślania przerwał głos Scotta. 
Odwrócił się do niego. 
- Czego chcesz? - spytał. Scotta nie zdziwił jego zbyt dobitny jak dla niego ton; taki, jakby go o coś oskarżał. 
Jednak zachował postawę i nie odpowiadał tym samym, ponieważ wiedział, że nie tędy droga. Starał się dotrzeć do jego udręczonego ,,wnętrza'' drogą pokojową.
 - Posłuchaj – powiedział łagodnym tonem, wpatrując się w jego twarz. - Wiem, że irytuje cię postawa niektórych z nas. Ale ja nie uważam tak jak oni. 
- Czyżby? - spytał ironicznie Corlett. - Wiem, o czym rozmawiasz z Clarą za moimi plecami. I jak sądzę, Inferno też chętnie się przyłączył do tego dialogu.
 - Zbyt wiele wiemy o sobie nawzajem, aby stawiać takie hipotezy. - powiedział Scott. - A Inferno... przecież znasz jego historię, wiesz, przez co przeszedł. Nie chciał podświadomie naszej śmierci... i dzięki temu, że odnalazł się w ogniu walki z robotami, stoi teraz po stronie Armii, nie Pięści. Inferno po prostu od zawsze taki był... miał trudny charakter, to fakt. Ale to nie powód, aby się na niego boczyć. Być może uznaje cię za niedojrzałego, bo sam już nie pamięta... w poprzednim wcieleniu... jak sam był młody... i w pełni szczęśliwy. 
Corlett spojrzał na Scotta. 
- A czy ty uważasz, że kiedykolwiek był szczęśliwy? 
 - Wiesz, że pamięć starych ludzi jest wadliwa. - powiedział Scott. - Jakby nie wkluczać faktu, iż teraz jest cyborgiem, dzisiaj kończyłby z powodzeniem siedemdziesiąt lat. I tak umarłby, nawet jeśli nawróciłby się w ciele ludzkim. Ale to byłby dla niego zbyt bolesny proces. 
 - Czemu ciągle muszę go znosić? - spytał Corlett.
 - Przystosuj się. - odparł krótko Scott. 
 Corlett spojrzał na niego z wściekłością. 
- Tobie zawsze łatwo jest gadać! - warknął. - To czemu nie dałeś się mu wtedy zabić? Tam, w Vancouver?... I tak zanim Gallardo przybył, zdążyłby ci wpakować kulę w łeb! 
Scott drgnął. 
Nigdy wcześniej nie słyszał z ust najlepszego przyjaciela tak jadowitych słów. Wpatrywał się w niego, w jego oczy, a oczy Corletta były zimne... jak oczy gada. Nigdy wcześniej nie spotkał się z czymś takim. 
- Wolałbyś, abym wtedy zginął, zanim Inferno by się opamiętał? - spytał. - I tak mi dziękujesz za te wszystkie lata współpracy? 
 Corlett jednak nie okazywał tego, iż żałuje, co powiedział. 
 - On jest zdrajcą. - rzekł tym samym zimnym tonem. - Chciał cię zabić, i teraz maskuje swoje prawdziwe zamiary, aby w stosownym dla niego momencie kopnąć cię w twarz... zdradził Armię, a maskował się dla zmydlenia waszych oczu... wiedział, chytry lis, że ta historyjka skruszy ci serce, abyś go z powrotem przyjął tutaj. On chciał cię zabić, nie pamiętasz? - Corlett coraz wyżej podnosił głos, coraz mocniej się trzęsąc z gniewu. Scott podszedł do niego i chwycił go za ramię. 
 - Jeszcze pamiętam, ale mu wybaczyłem. - odrzekł. - Ile razy trzeba ci powtarzać, że to nie jego wina?
 - Wybaczenie takiemu wężowi to błąd. - wyksztusił Corlett. - Prędzej czy później uniesie przeciw tobie broń. Co ty sobie myślisz?... że jak poprzednie wcielenie było złe, to następne będzie lepsze? Nie!... To twój błąd, Scott. A ja przez to sam czuję się przez ciebie zdradzony... jako przyjaciel. Znasz to uczucie, kiedy zdradza cię najlepszy przyjaciel? 
 Scott cofnął się, Corlett spojrzał na niego. 
McDavid przypomniał sobie wtedy tamten moment... gdy Luke sprzeciwił się jemu. Jak zazdrość Luke'a o Venus omal nie zniszczyła ich dobrych relacji. Przez moment wspominał tę chwilę. Wydawało mu się, że teraz boryka się z tym samym, tylko w innym nieco świetle... lecz tego nie mógł pojąć.
 - Jednakże powiadają – ciągnął Corlett. - że zdrada wyostrza czujność... to prawda. A jak Inferno nas zdradzi, to do kogo będziesz miał pretensje? Do niego, czy do siebie? 
 Scott wyczuł, że w Corlecie coś siedzi... jakaś nieznana energia, która właśnie skierowała się na niego. 
- Nie jesteś sobą, Corlett, prawda? - spytał, zbliżając się do niego. 
Ale spojrzenie Corletta nadal było zimne. 
- Zabij tego drania. - powiedział, jakby wogóle nie usłyszał pytania Scotta. - Jak go zabijesz, ludzie uznają cię za bohatera... ludzie Armii... i ci zwykli... - Mordując człowieka, ludzie wyklną mnie, tak samo, jak zrobili to z Infernem. - powiedział Scott. - Zabijając zabójcę, sam zabójcą się stajesz. 
 - A widzisz inne wyjście? - spytał Corlett. 
- Już znaleźliśmy wyjście. - powiedział Scott. - Czy naprawdę tego nie rozumiesz, czy zaprzeczasz sam sobie, że to pojmujesz? 
Corlett wciąż patrzył na niego zimno. - Nie wiem, po co ci było to wszystko. - powiedział. - Bodajbyś zdechł, a i tak byś nie zrozumiał. 
Scott nachylił się do niego, spojrzał mu w oczy. 
Wyczuwał w nim nieczyste myśli, które nie brały się znikąd. 
Nie wiedział jeszcze, że wynikały one z podejrzliwości i zazdrości. Ale wyczuwał je wyraźnie i wiedział, że zatruwały mu umysł. Wiedział jednak, że Corlett przeżarty złymi emocjami, nie wie, co mówi. 
Wciąż jego ton nie zmieniał się, nie ulegało zmianie jego spojrzenie... czym sobie zasłużył? Przez pewien czas obserwował Corletta, czekał, aż coś powie. Ale on milczał. Było to milczenie bardzo gorzkie. Nigdy w stosunkach międzyludzkich nie wróżyło nic dobrego. Niemal wyczuwalna była przepaść między dawną więzią przyjacielską a centralą współpracy. Była to niezwykle niebezpieczna przepaść. Zwiastowała rychły kataklizm. Jednak przepaść ta, ten sygnał, był całkowicie zlekceważony – i to było najgorsze. Scott nie rozumiał postawy Corletta. 
 - Nigdy nie słyszałem od ciebie sygnałów takiego zaprzepaszczenia naszej przyjaźni. - powiedział nieco ostrzejszym tonem, niż wcześniej. - Myślałem że nasza współpraca jest ci bliższa, niż zniżanie się do poziomu Gallarda. Corlett powstał gwałtownie i podszedł do niego. 
Czara gniewu sięgnęła zenitu. Myślał już wtedy na poważnie o odejściu z Armii. Czuł, że nie wytrzyma tak dłużej. 
 - Jestem na własnym poziomie, Scott. - powiedział. - Wcale nie muszę ci pomagać. 
Uniósł pięść i uderzył nią w policzek Scotta. 
Scott był zszokowany tym gestem. 
Przez chwilę był jak oszołomiony, potem przyszła przytomność. Poczuł ból na zaczerwienionej twarzy. Zrozumiał, że dla Corletta już nic nie znaczy nie tylko Armia, ale i on sam... 
Spojrzał z takim samym szokiem w oczach na dawnego przyjaciela, kompana... 
Nie wierzył, w to co się stało. Ale Corlett patrzył na niego chłodno, bez poruszenia powieką... niebezpiecznym oznakiem bolesnej straty. Scott nie mógł wydusić z siebie słowa. 
 - Odchodzę od Armii... i od ciebie. A Kometę zabieram ze sobą. - powiedział i wyszedł trzaskając drzwiami.

***

Inferno pełnił tego wieczoru dyżur przy głównym panelu. 
Nie był zmęczony, chociaż zbliżała się północ. Jego ciało cyborga było uodpornione na ludzkie zmęczenie, chociaż po pewnym czasie również musiał ,,naładować energię''. 
Bez mrugnięcia powieką wpatrywał się w ekran monitoringu i myślał. Nie miał pojęcia, co zaszło w tym czasie między Scottem a Corlettem. 
Pracował przy nadajniku do stosunkowo późnej godziny, aż nastała północ, i prawie wszyscy członkowie Armii zasnęli w swoich pokojach. Mieli wracać do swoich domostw dopiero za dwa dni. 
Jednak nic podejrzanego się nie działo. 
Cyborg wstał i podszedł do okna. Zza chmur wyjrzał księżyc oświetlając niebo łagodnym blaskiem. 
Inferno wpatrywał się w niego, bez poruszenia powieką. 
Wydawał mu się zwyczajny. 
Najzwyczajniejszy. 
Księżyc jak księżyc. 
 Inferno wpatrywał się jednak w niego długo, jakby coś go w nim zafascynowało. Dotknął na piersi miejsca, gdzie mieścił się mechanizm sercowy – taki sam jak serce ludzkie. 
Myślał, że jeśli teraz rzeczywiście jego przeznaczenie powrotu do Armii się spełniło, czas najwyższy naprawić błędy z poprzedniego wcielenia. Pragnął zmienić się na lepsze. 
Pomyślał o Scocie... i zdecydował, że jednak to on sam, nie Scott będzie musiał stawić czoło Pięści. Taka była kolej rzeczy. Cyborg wpatrywał się w ten jakże zwyczajny widok księżyca, a jednocześnie kryjący jakąś tajemnicę. Wiedział jednak, że nawet Armia nie rozwikła zagadki, która się w nim kryje. 
Nigdy nie wiedzą, z czym się mierzą... czy można zmienić bieg przyszłości? Nie, nie można. - odpowiedział sam sobie – Ale można zapobiec niektórym trudom przyszłości. No właśnie, niektórym. 
Ale czemu...? 
Dlaczego nie można pozbyć się wszystkiego, co złe? 
Czy to można zrobić, aby ludziom żyło się lepiej? 
Jeżeli więc ludzie nie dają rady, to może zamienić ludzi na autoboty i cyborgów? 
Lecz... czy wszyscy ludzie będą chcieli się zmienić? Czy ta zmiana jest możliwa? A przede wszystkim... czy jest konieczna? Jeśli ludzie chcą pozostać w ludzkich ciałach jeszcze przez kilkanaście pokoleń, to co się stanie z superinteligentnymi maszynami? Czy maszyny przejmą władzę nad ludnością? 
Z jednej strony taka przyszłość Kanady, całego świata – była niepojęta. A jednak przyszłość była tajemnicą – każdy dzień krył jakieś odkrycia. 
Inferno zrozumiał to teraz – lecz głębiej niż sięga pojęcie ludzkie. 
A więc wciąż maszyna przewyższała istotę ludzką – na to nic nie miało wpływu. 
A kiedyś... kiedyś było zupełnie odwrotnie... jeszcze na wiele lat przed autobotami. Świat kiedyś stał w miejscu, to pewne... kiedyś nie było Kanady, ani Ziemi... nie było czegoś, co dzisiaj było tak bliskie sercu. Inferno znał historię Kanady i miał do niej osobisty szacunek. 
Wiedział, że teraz, gdy jest prawdziwym żołnierzem, może w swoim prawdziwym umyśle zorganizować plan działania jak najbardziej korzystny dla Armii. Wiedział, był już w pełni świadomy że nienawidzi robotów – i był gotowy udowodnić Corlettowi, że jednak pracuje z Armią, a nie przeciw niej. 
 Bardzo żałował śmierci Susan. 
Obiecał sobie wtedy w duchu iż kiedyś znajdzie jej zabójcę i odpłaci się mu za to. Miał nadzieję, że Scott będzie z niego dumny, jak tego dokona. Niemal żył tą nadzieją. 
Jednocześnie czuł, że kiedyś będzie musiał się poświęcić. 
Poświęcenie było częścią wojownika, żołnierza. A on, Sebastian Patricia, był żołnierzem.