poniedziałek, 14 listopada 2016

{Informacje nie do tematu}: Wypalenie... Umieranie... Odejście...

Witam!

Muszę się przyznać, że długo tu nie pisałam.
Nie podołałam zadaniu.
Miałam tu tworzyć ciąg dalszy historii Gwiezdnej Armii, lecz prawda jest taka, że się wypaliłam.
Ostatnią aktywność historii zaaktualizowałam 20 sierpnia.
Mam jednak obawy, że nie uda mi się dokończyć tej historii. Narobiłam sobie zbędnych nadziei i zawiodłam Czytelników.
Bardzo przepraszam.
Być może będzie najlepiej, jak zamknę ten blog, i będę prowadzić jeden, z którego prowadzenia mam satysfakcję.
Tak więc, umieram w tej części Blogosfery.

Jeszcze raz bardzo przepraszam… 

 

sobota, 20 sierpnia 2016

Będzie ponadstandardowo! Część czwarta ,,Gwiezdnej Armii" już w przygotowaniu!

Witam serdecznie!

Przebrnęliśmy dzielnie jak dotąd przez – żeby nie skłamać – trzy części Gwiezdnej Armii.
W przygotowaniu jest już część czwarta.

Liczę na pozytywne nastawienie!

Tym razem postaram się trochę podrasować klimat i zrobić coś w rodzaju hor-rora s-fi :)



III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Dziewiętnasty

Można było się domyśleć, że ,,po drugiej stronie” Pięść czuł, że już ma ją w swojej garści. 
Był tak zaskoczony pozytywnie, że nie mógł uwierzyć, że Tacata tak szybko się poddała. Ale to dało mu dowód na to, że może odtąd kazać jej to, co tylko sobie wymyśli. Tak jak mówił już żołnierzom – Tacata stanowiła uniwersalny klucz do zwycięstwa nad autobotami. Ale robocica nie podejrzewała, że ten będzie chciał ją wykorzystać – szczególnie, kiedy miał teraz ułatwione to zadanie. Jednak wszystko wcześniej dokładnie to sobie obmyślił, a mimo to nie dzielił się tymi planami z Pieniaczem. 
 - Obmyśliłem dla ciebie szczytowe zadanie. - powiedział. - Planowałem to sam zrobić od dawna, lecz pojawiły się trudności... uznałem, że ty lepiej sobie z nim poradzisz. 
 - A niby dlaczego ja? - obruszyła się Tacata. - Myślałam, że faceci są bystrzejsi w strzelaninie, niż kobiety... a przynajmniej uważają się za takich ogierów, a kobiety powinni wyklinać ponad miarę rozsądku... a tymczasem sami są nierozsądni. 
 - Nie irytuj mnie, żmijo! - warknął Pięść i Tacata natychmiast odczuła ból. - Rozkaz jest rozkazem, a nie gadaniną do rozwydrzonego dzieciaka. Lepiej bądź mi posłuszna, bo inaczej pożałujesz tego... 
Tacata machnęła ręką. 
 - W porządku, zrozumiałam. - burknęła wylewnie. 
Stalowa Pięść westchnął. 
- No nareszcie... a więc teraz, gdy jesteś w rękach Armii, powinnaś wyświadczyć mi małą przysługę, chyba rozumiesz... 
Tacata przewróciła oczami. 
- Taa... no i co? 
- No więc właściwie tylko ty jesteś zdolna do wykonania tego zadania. - podkreślił Pięść. - Zanim wrócisz do naszej bazy, musisz zaaresztować cyborga i tego McDavida i przyprowadzić ich obu do mnie. 
Tacata uniosła w zdumieniu brwi, jednak Pięść nie był w stanie tego zobaczyć. 
 - Tylko tyle?... a zastanawiałeś się w ogóle, jak ja tego dokonam? 
Pięść zachichotał. 
 - Podobno uważasz się za bystrzejszą od nas. - odparł. - Więc będziesz miała okazję to udowodnić. 
Tacata skrzywiła się. 
 Zastanawiało ją jednak, skąd Pięść wie, że ta już widziała McDavida na oczy – i, o dziwo, gdy członkowie Armii ją schwytali, rozpoznała wśród nich tylko Inferna. 
Ale poprzez przysłowiową służbę w tej sekcji, znała już nie tylko jego, ale i kilku autobotów, Clarę Botswanę i Corletta – wspólnika Scotta. Było to dla niej rzeczoznawczą lekcją i zorientowała się w planie Pięści. 
- Tak, mój panie. - odparła już całkiem pokornie. 
 Wciąż jednak nie wiedziała, w jaki sposób schwyta obu mężczyzn. Domyśliła się, że będzie musiała znów polegać na kreatywności. 
 - Dobrze. - odpowiedział jej po chwili Pięść. - Pamiętaj, że jeśli wywiniesz się spod rozkazu, będziesz miała ze mną do czynienia. 
 - Zazwyczaj tak bywa. - odparła całkiem obojętnie Tacata. 
Wtedy poczuła, że ból w okolicy skroni zanikł – Stalowa Pięść rozłączył się z jej umysłu. 
Westchnęła z ulgą. Mogła teraz działać samodzielnie, dopóki nie dotrze do bazy robotów. Upewniając się, czy nie zgubiła broni, prześlizgnęła się przez okno i wyskoczyła na podwórze. 
Nie widziała palących się latarni, więc śmiało podążyła w prawo, gdzie po kilku skrzyżowaniach miała trafić do ukrytej bazy robotów. 
Myślała, że jeśli będzie w stanie uciec, również niepotrzebni jej będą cyborg i McDavid. Nie chciała wykonać rozkazu. Chciała po prostu uciec z Armii. Wiedziała jednak, że będzie zmuszona wytłumaczyć się Pięści z jej nieposłuszeństwa. Ale mimo że starała się nie przejmować jego groźbami, strach przejął ją aż do tego stopnia, że chciała skryć się znowu gdzieś daleko, aby nie znaleźli ją ani roboty, ani Armia. Miała satysfakcję z tego, że Pięść nie widzi jej ucieczki. 
Rozejrzała się ostrożnie i przedzierając się przez zarośla, dotarła mniej więcej w połowie drogi do kryjówki armii. W tejże chwili jednak usłyszała szelest zza krzewów. 
Zatrzymała się, zlękniona. 
Ciemność okolicy przeraziła ją do najwyższego stopnia. 
Nie posiadała żadnych latarek, aby nimi mogła oświetlać ścieżkę. Powstrzymując jednak panikę, pobiegła do widniejącej już wyraźnie w oddali bazy. Biegnąc tak, była jeszcze bardziej wystraszona, niż wtedy, gdy stała w miejscu. 
Biegła, chcąc przeżyć, mimo że wiedziała, co ją czeka, gdy dotrze na miejsce. W jej głowie widniał już wyraźnie obraz wściekłego dowódcy, który z reguły nie przyjmował wymówek i karał tak brutalnie, że zazwyczaj karany był mu posłuszny, a nawet zbytnio. 
Dowódca taki nie był zazwyczaj podziwiany przez resztę – dowodem tego były jego czyny. A Tacata wiedziała, że Pięść nie był typem lizusa. Wszakże w swoich rządach wzorował się na brutalności Gallarda. 
Ratując przymusowo Tacatę z niewoli wiedział, że zyska dużą podporę w walce z znienawidzonymi autobotami i trzymającymi stronę autobotów ludzi. 
Pragnął zniszczyć Armię do ostatka, a ich kwaterę zamienić we własną twierdzę. Liczył w trafność planu i nigdy nie było jeszcze takiego, który mu się sprzeciwił. 
On sam nie pozwalał na sprzeciw. 
Tacata biegła przez cały czas, czując na sobie jakby wzrok latarnii, jakby chciały ją ostrzec przed zdradą. Starała się nie reagować na ich ostre światło. Pragnęła przeżyć, uciekając. 
Zdjęta przerażeniem, nie zauważyła nawet, jak potyka się o coś dużego, leżącego na ziemi. 
Upadła, lecz podniosła się. Ale to, co zobaczyła, sprawiło, iż nie mogła ruszyć się z miejsca. Drogę przegrodził jej duży autobot, który w ciemności rzucał dwa razy większy od siebie cień. Rozbłysł reflektor o świetle tak ostrym, że Tacata musiała zmrużyć oczy. Obok autobota stała robocica. 
- No, proszę. - powiedział autobot. - Ktoś tu wymknął się na nocne łowy? 
 - To ta robocica, Harley'u. - odpowiedziała robocica, którą była Soprano. - Scott chyba bardzo się co do niej pomylił, biedak... 
Tacata popatrzyła na Soprano i Harley'a. Popatrzyła poniżej ich pasów, aby sprawdzić, czy mają broń. Harley owszem był uzbrojony, lecz miał schowany cały arsenał w schowku na piersi. 
Soprano zaś nie miała żadnej. 
 - Skąd w ogóle wiecie, że to wasz Scott mnie przyjął? - spytała. 
Harley prychnął. 
 - To twoje kuszące, ale ociekające jadem słowa wprowadziły go w błąd. Ale autoboty się nie pomyliły. Jesteś sługusem Pięści. 
- Ja? Skąd ci to przyszło do głowy, blaszany głąbie? 
- Po prostu to wiemy. - odparł Harley. - Dzięki ludziom możemy dostrzec to, czego oni nie dostrzegają. I przez to uczą się na błędach. 
- Jesteście głupcami. - syknęła Tacata. - Aż nie sądziłam, że wielki wojownik Armii może do nich należeć... 
Harley chciał wyciągnąć pistolet, lecz w tej chwili Tacata kopnęła go w rękę, w wyniku czego autobot upuścił broń. 
Soprano rzuciła się na Tacatę, chcąc ją unieruchomić, lecz ta wyrwała bicz zza pasa i ścisnęła ją w talii tak, że nie mogła oswobodzić rąk. 
Autobot już dopadał Tacaty, chcąc ratować Soprano, ale robocica z dzikim rykiem naparła na niego strzelając w jego brzuch. Harley zatoczył się, i w tej samej chwili Tacata strzeliła w głowę Soprano, nie pozwalając jej wstać już nigdy. 
Ale Harley jeszcze się nie poddawał. Przeskoczył przepalone pociskiem ciało starej robocicy i rzucił się po raz kolejny na napastniczkę. Autobot pojął, że stoi przed nią prawdziwa wojowniczka. Jednak starał się nie dawać za wygraną. 
Zwinnie mijał okręgi jej bicza, jednak bardziej zważał na ruchy lufy jej pistoletu. 
Strzelił do niej, lecz chybił. Tacata zaśmiała się lodowato. 
- Cóż to, autobocie? - syknęła. - Należysz do Armii, a nie umiesz walczyć? 
 Harley rzucił się naprzód. 
 Dzika walka nabierała tempa. 
Jeszcze przez blisko kilka minut Harley polegał na unikach, aż w końcu sam zaatakował. Tacata jednak była przygotowana na ten cios. 
Nim Harley wystrzelił w stronę jej twarzy, ta wyskoczyła w górę i wykonując szybki obrót w powietrzu uderzyła go nogami w pierś. Harley upadł na plecy i w tej samej chwili Tacata wylądowała nad nim celując w niego pistoletem. 
Broń autobota leżała w tejże chwili kilka metrów dalej. Harley jednak był osłabiony jej atakiem i nie był w stanie się ruszyć. Tacata z uśmiechem mściwej satysfakcji przeładowała pistolet. 
 - Mam nadzieję, że kiedyś się jeszcze spotkamy. - powiedziała zimno. - Kiedy nasz dowódca przebuduje cię na żołnierza Gwardii...
Kopnęła go w głowę i wystrzeliła największym kalibrem, który roztrzaskał autobotowi twarz i jednocześnie przybliżył do śmierci. 
Tacata zaśmiała się zimno. 
Harley już się nie ruszał. Poczuła zimną satysfakcję. 
 - Już nie jestem z tobą, McDavid. - powiedziała głośno, wiedząc, że nikogo nie ma w pobliżu. 
 - Doskonale. - pochwalił ją głos Pięści w jej umyśle. - Teraz wracaj do bazy i to szybko. 
Tacata machnęła ręką, uprzytomniając sobie, że Pięść zapomniał o wydanym przezeń rozkazie. 
 - Skąd wiedziałeś, że walczyłam z autobotami? - spytała. 
 Pięść prychnął pogardliwie. 
 - Nie rozśmieszaj mnie, wiedźmo. Wracaj do bazy. 
I teraz Tacata poczuła, że nie ma łatwej decyzji. Jednak zrezygnowała już całkowicie z uprowadzenia cyborga i McDavida. W głowie świtała jej jedna myśl; dotrzeć do bazy. Miała tym łatwiej, że z walki z Harley'em i Soprano wyszła praktycznie bez szwanku, to tym bardziej cieszyło ją to, że gniew Pięści złagodzi fakt, że udało jej się zabić autobota. 
Ale to nagłe spotkanie z autobotem i robocicą Aleca Sunshire'a uprzytomniło ją w fakcie, że teren, który przemierza, może być kontrolowany. 
Uzbroiła się w czujność i ruszyła dalej. 
W międzyczasie przeładowała broń, czując, że jeśli uda jej się dopiąć swego, z pewnością wódz armii da jej ułaskawienie. Skradała się cicho głuchą uliczką, czując, jak mechaniczne serce łomoce jej w piersi. Uznała, że uliczka ta jest wymarła – nie było na niej żywego ducha. 
Ciemne szkielety domów już dawno nie były oświetlane, znakiem tego, że ich domownicy już spali - jeśli nie byli uśpieni na zawsze. Robocica przemknęła się przez ,,wymarłą” okolicę. 
Między ogromnymi budynkami zatrzymała się nagle. Wyczuła coś, czego nie była w stanie rozeznać. Wielkie kolosy budynków rzucały ponure, czarne cienie. Wydawały się groźnymi wojownikami, uśpionymi na czas, gdy przemykający się obok nich wróg nie wydawał z siebie głośniejszych dźwięków. 
Tacata rozejrzała się trzy razy, ale nic nie zobaczyła. 
To zirytowało ją, bo przecież czuła, że coś ją śledzi. 
- Gdzie jesteś, wiedźmo? - syknął głos Pięści. 
 Tacata podskoczyła, ale zaraz potem zebrała odwagę i rzekła: 
- Niedługo będę, szefie. 
Podniosła się i ruszyła dalej. 
Jednak korciło ją dziwnie, aby z każdym jej poczynionym krokiem, spoglądać za siebie. 
Nagle usłyszała warkot silnika i domyśliła się, że to autoboty – jednak nie wiedziała ilu ich jest. 
Gdy zaczęła posuwać się nieco szybciej przed siebie, oślepiło ją światło reflektorów i usłyszała krzyk autobotki Komety: 
- Nie ruszaj się! 
Przerażona Tacata upadła w tył na ziemię i osłoniła oczy ręką. 
W chwilę później stanęły nad nią dwie dwumetrowe prawie autobotki – Kometa i Venus. Spoglądały na robocicę groźnym wzrokiem celując w nią bronią. 
- Nudzi ci się u nas, prawda? - spytała Kometa. 
Tacata zmierzyła autobotki zimnym wzrokiem i nagle poczuła straszny ból głowy. 
- To ty zabiłaś Harley'a i Soprano? - dopytała się Venus. - Ich szczątki będą nam przypominały twoją zdradę... 
- Czego ode mnie chcecie? - spytała robocica. - Chcemy, abyś przestała kryć się ze swoimi zamiarami wobec nas wszystkich. Wiemy, że zwąchałaś się z Pięścią i nie śmiesz nam teraz zaprzeczyć. 
Tacata spojrzała bardzo nieufnie po twarzach autobotek. 
- Z pewnością twoja zdrada zostanie odpowiednio wynagrodzona w walce z twoim panem. - powiedziała surowo Venus. - Jednak wciągnęłaś naszych stwórców w to wielkie bagno kłamstw i intryg. 
- Jakich intryg? - spytała Tacata. - Czy ja was zdradziłam, ujawniając wasze sekrety Pięści? 
- Tego nie wiemy. - odparły autobotki. - Ale z twoją wyszczekaną gębą i przebiegłością jest to możliwe. 
- Same wiecie, że Pięść pożąda waszych sekretów, bardziej niż poprzedni wódz. - powiedziała Tacata. 
Autobotki zasyczały: 
 - Tym bardziej ich nie dostanie! Nie z rąk Armii. 
 Wściekłe autobotki przeładowaly pistolety i trąciły Tacatę lufami. 
- Przestańcie, dziewczęta. - zahamowała Tacata. - Tym bardziej wam się nie uda. 
Wykonała na ziemi pozycję mostka i za jego pomocą skoczyła na nogi. 
Autobotki zaskoczone, omal nie upadły, lecz robocica przewinęła się obok nich i zaczęła uciekać. Autobotki jednak były na to przygotowane. 
Dokonując transformacji, przybrały formę ,,jednokołowych robotów” , dzięki czemu mogły jeździć po ziemi i trzymać w ręce broń. 
Nie namyślając się, od razu rozpoczęły pościg za Tacatą, która przed nimi zmieniła tryb chodu i zamiast stóp miała teraz rolki wspomagane silnikiem. Wyczuły wtedy, że rzeczywiście Tacata jest robotem wywodzącym się z bliższej obecnemu rokowi epoki, gdyż roboty Stalowej Pięści nie miały zaprogramowanego tak zwanego ,,trybu jazdy”. 
Gdy obie mknęły ponad miarę za uciekającą robocicą, były pewne, że ta na którymś zakręcie zmieni kierunek. 
Utworzył się niemal szalony pościg, w trakcie którego autobotki były zmuszone użyć broni. Tacata robiła uniki, jak można było, i tym samym przedłużała pościg. 
Kurz unosił się za nimi, a ciemne uliczki wprawdzie nie zachęcały do tak ostrej jazdy; jednak jasno świecące reflektory autobotek uprzytomniały je o ułożeniu terenu. Tym łatwej miała teraz również Tacata, która mknęła przed nimi jak strzała wypuszczona z łuku. Kilka razy starała się zmylić autobotki, które trafiały do tuneli, które jednak ostatecznie okazywały się skrótami, jednak robocica potrafiła w takich sytuacjach umknąć znowu na parę metrów. 
W takich momentach korciło ich użycie broni, ale się hamowały. Wiedziały, że muszą dostarczyć Tacatę Armii żywą. 
Tym bardziej Venus zależało na satysfakcji Clary. Wiedziała, że tylko dzięki staraniom będzie mogła pracować aż do samozniszczenia, które następowało u każdego autobota w różnych odcinkach czasu – u jednego po piętnastu latach, u innego po dwudziestu. 
Było ono określane jako ,,śmierć naturalna” autobota. One same wiedziały od dawien dawna, że ludzie też mają prawo umrzeć. 
Byli na swój sposób oswojeni z tą myślą już od pierwszego dnia ich istnienia na świecie. 
Czas był nieubłagalny, tym bardziej, że te wszystkie lata istnienia stowarzyszenia, ogień wojenny pochłonął tyle istnień. Obecnie nic nie było pewne. Jedynie śmierć była najpewniejszą rzeczą, jaka dotąd spotkała człowieka. I nawet jeśli tej śmierci by nie było, ani starzenia się, ani chorób – ludzie żyliby szczęśliwie. 
Ale taka zmiana świata była niemożliwa. Pobudzała ona jedynie bujną wyobraźnię ludzką, rysując przed nią obraz iście idealny – jakiego w rzeczywistości nie było. 
Tak bardzo ludzie chcieli zmienić świat, że niemal zapominali, że mają w tym świecie, w którym żyją, sprawy ważniejsze. 
A ważność tych spraw była niemal pierwszorzędna. Człowiek wykonywał na tym świecie ważną misję – żył. I póki nie zawodził go rozum, mógł żyć tak przez całe sto lat. 
Kiedy jednak kończył swój żywot, żałował mimo to, że ta misja była w jego mniemaniu ,,niedoskonała” - że w latach młodzieńczych wdał się w złe towarzystwo, że zabił człowieka, umyślnie, czy nieumyślnie, że siedział na odwyku i w więzieniu... tak różna była ta misja, i zawsze tak samo skomplikowana. Autobotki cały czas ścigały Tacatę, nie dociskając jednak spustu. Myślały, że na którymś z kolei zakręcie, ta się potknie i będą miały ją wówczas na wyciągnięcie ręki. 
Cały czas śledziły trasę, nie pozwalając sobie na zgubienie jej sylwetki. Warkot motorów zdawał się nasilać z każdą chwilą. Jednak ani Venus, ani Kometa nie wykazały strachu. 
I Tacata wydawała się jeszcze bardziej zdenerwowana. Mknęła wciąż z dziką szybkością, a i autobotki nie śmiały zwalniać tempa, ściskając pistolety w opuszczonych dłoniach. Tacata spojrzała przed siebie i ujrzała znajomy jej krajobraz. 
Zwiększyła chyżość pościgu, a autobotki zrobiły za nią to samo. 
Coraz bardziej zbliżały się do podniszczonego budynku parterowego, który zdawał się chwiać w oczach. Ale Tacata bez zahamowania zwiększyła szybkość i po chwili zniknęła w ciemnej czeluści wejścia do budynku. Autobotki jednak zatrzymały się w porę przed nim. - Co to jest? - spytała Kometa, wpatrując się w ciemną plamę, jaka stanowiła wejście. Venus nie odpowiedziała. Również patrzyła przez moment w ciemną otchłań wejścia do środka. 
Uniosła w górę pistolet. 
 - Stchórzyła, żmija. - syknęła. - Ale ja nie pójdę jej przykładem. 
Wyostrzyła światło reflektora i nakazała Komecie zrobić to samo. Autobotki powoli weszły do środka. 
Pomieszczenie, do którego trafiły, przypominało im ewidentnie rozpadający się dom. Grunt stanowiła już tylko czarna gleba, na której przewalały się kawałki płytek i drewnianych belek. Ze ścian odpadała farba, a w kącie dojrzały tylko brudny, drewniany stolik. Na samym środku tego pomieszczenia leżał potłuczony żyrandol. Pomieszczenie było niemalże puste i bez wątpienia mroczne. Gdy posunęły się dalej, dojrzały w blasku reflektorów drugie wejście nie posiadające drzwi. Futryna była w kilku miejscach poszarpana. 
Autobotki podążyły wolno naprzód. Gdy jednak weszły do środka, usłyszały zimny głos: 
 - Nie ruszajcie się. Spluwy w dół! 
Rozbłysło ostre światło lampy i Kometa krzyknęła, lecz czyjaś potężna, metalowa dłoń zakryła jej usta. 
Venus poczuła, jak czyjeś ręce krępują jej ruchy. Szarpnęła się, ale była trzymana mocno. W tej samej chwili w obie autobotki uderzył jakiś ciężki przedmiot i obie opadły bez zmysłów na ziemię...

czwartek, 11 sierpnia 2016

III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Osiemnasty cz. II

- Jak... jak ty się tu dostałeś? - spytała zlękniona robocica, rozglądając się wkoło. - Jesteś w kwaterze Armii? 
Odpowiedział jej śmiech tak lodowaty, że poczuła dreszcze. 
 - Nie jestem na tyle niepoczytalny, aby tam się zaciągnąć. - powiedział głos Stalowej Pięści. - Ale za to mam już nad tobą kontrolę. 
Tacata zadrżała w miejscu. 
- Kontrolę? Nigdy ci na to nie pozwolę. Jestem wolna, na Ziemi... ucieknę od ciebie i od twojego durnego wojska. 
 Stalowa Pięść zaśmiał się. 
 - Idiotka! Nie możesz nic zrobić bez mojej wiedzy. To znak, że mój nadajnik działa... 
- Jaki nadajnik? Czyś ty poskradał zmysły? Nie rozumiem ani słowa, z tego co mówisz. 
Usłyszała w odpowiedzi śmiech robota. 
 - Nadajnik ten, zaszczepiony w twoim umyśle umożliwia mi kontakt z tobą poprzez myśl i bezpośrednią kontrolę... W ten sposób nic co uczynisz, nie zostanie zatajone, ponieważ jest on tak mały, że nie dostrzeżesz go gołym okiem. 
- To jakim cudem go zaszczepiłeś? - spytała Tacata. - Pomogli ci mali agenci?
- Działa on na taki sam kod, który jest zapisany w moim systemie. - powiedział Pięść. - Po prostu wydobyłem mikroskop, który powiększył go do wielkości kurzego jaja... genialne, nieprawdaż? Teraz nie możesz uciec drugi raz. 
Tacata zamarła, słuchając jego słów. 
Dotarło do niej, że odzyskanie wolności może być tym trudniejsze, że nie wie nawet, gdzie dokładnie Pięść zaszczepił jej ów nadajnik. Wpadła w złość i zaczęła przeklinać pod adresem Stalowej Pięści. 
- No, no – przyhamował ją Pięść. - Taka piękna, a taka wulgarna?... Jesteś moją wojowniczką, zapamiętaj to sobie. Nie przejmuj się, już Pieniacz nauczy cię pokory... chociaż, trudno się dziwić... tyle lat włóczyłaś się jak bezpański kundel... ale nawet taki agresywny kundel musi się podporządkować swojemu panu. 
W tym momencie Tacata poczuła taki ból, jakby ktoś ją rozłupywał za pomocą tępej siekiery. 
Wrzasnęła z bólu i padła na kolana. 
- Nie wydzieraj się tak! - skarcił ją Stalowa Pięść. - Czuj ból, nie myśląc o nim... wtedy nie będzie tak intensywny. 
Tacata dźwignęła się z trudem z ziemi, posłusznie kontrolując intensywność mąk, nie zajmując nimi umysłu. Trwała tak przez piętnaście minut, potem już dwadzieścia, i już po półgodzinie ból nie był tak istotny. 
- Widzisz? - odezwał się Pięść w jej umyśle. - To działa! Jednak nie uwolni cię to spod mojej kontroli... jesteś na moje rozkazy, nie zapominaj o tym.
 Tacata przełknęła ślinę. 
 - Czego ode mnie chcesz? - spytała. 
 - Proszę grzeczniej. - powiedział ostro Stalowa Pięść i natychmiast głowę Tacaty zajął ból. - Co ty sobie myślisz?... że jak przyjąłem ciebie do Gwardii, to masz prawo mi tutaj odszczekiwać? 
Jego słowa niewątpliwie były podobne słowom Pieniacza. Jednak Tacata nie mogła o tym wiedzieć, bo nie była obecna przy tamtej rozmowie. Mimo to potraktowała jego słowa poważnie. 
Czuła, że nie ma nic do stracenia – że musi odzyskać wolność. Postanowiła jednak, że dla świętego spokoju da Pięści kilka satysfakcji. 
- No, dobra, to co byś sobie zażyczył, panie? - spytała, kontrolując ból.

niedziela, 31 lipca 2016

III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Osiemnasty cz. I

Oto w końcu ożyłam po ostatnich wydarzeniach w Dziwnym Świecie i wznawiam opowiadanie!

Wiem, że długo nie było rozdziału, za co wszystkich, którym zależało na nim, najmocniej przepraszam…

No ale w końcu się budzę.
Zapraszam do przetestowania, jak mi poszło ^.^

 >>>>>

Nadszedł wieczór. Co niektórzy, jednak nadal pracowali. Wśród tych osób znalazł się Inferno, Scott, Corlett i oczywiście Clara; byli oni razem z piętnastoma autobotami, w tym Venus, Kometą i Harleyem. Była też blisko trzydziestka innych osób, którzy zostali. 
Dochodziła godzina dwudziesta druga, a oni nadal nie skończyli pracy, rozpoczynając ją od południa. Starali się jednak nie narzekać, organizować przerwy, aby napić się herbaty, zjeść coś, lub porozmawiać. Jeszcze nie chcieli, szczerze powiedziawszy, wracać do domów. 
Tak szczerze oddawali się pracy, że niemal nie czuli zmęczenia. Jednak w najłatwiejszej sytuacji znajdował się Inferno, który jako cyborg mógł długo pracować i krótko odpoczywać – tak jak autoboty. W chwili przerw siadał w fotelu w swoim pokoju, podłączał sobie przewody zasilające na zlocie na karku i tak zażywał odpoczynku, przy okazji ,,regenerując się”. 
Nie potrzebował snu ani pożywienia. Jedynie rzadko kładł się na łożu, podkładając ręce pod głowę i przymykał oczy. W ten sposób jednak zaznawał ludzkiego odczucia odpoczynku – nadal uważał się za człowieka, lecz człowieka w pewnym sensie udoskonalonego. 
Był pierwszym cyborgiem, który powstał na wzór niegdyś żyjącego człowieka. Ludzie oczywiście już od jakiegoś czasu, wiedzieli, że gdzieś w Kanadzie (ci, którzy mieszkali w Stanach i innych krajach oczywiście nie mogli znać jego umiejscowienia) żyje jedyny – jak na razie – cyborg na świecie. Przywykli do tej wiadomości i również zaczęli się zastanawiać, czy rasa cyborgów nie zastąpi kiedyś ludzi. 
Pamiętali o tym, że kiedyś nastąpią być może tak wielkie zmiany, że już tylko nowe pokolenie będzie w stanie je zrozumieć. A zmiany w ,,nowej” Kanadzie, Kanadzie która mimo wielu burz i konfliktów międzyludzkich nadal się rozwijała, były niezbędne tak samo w niej i tak samo na całym świecie. 
Scott dawno już zauważył, że Inferno się zmienił. Potrafił się częściej uśmiechać, jego głos nie przybierał zawsze tego samego zimnego tonu. Powracał do niego jedynie w sytuacji zirytowania i nieodpartej chęci udowodnienia swej racji. 
Jednak czasami wprost nie potrafił inaczej odeprzeć złośliwego ciosu, jak poprzez gniew. Scott starał się, aby ten nie był taki samotny, chociaż sam często cyborg mówił, że potrzebuje więcej samotności. Ale jakoś nigdy tych słów nie brano na poważnie. 
Tacata siedziała samotnie tej nocy (był już późny wieczór) w swoim pokoju, usatysfakcjonowana, że nikt jej - jak na razie - nie kontroluje. Była rozgniewana sama na siebie, że dała się wciągnąć w kontakt z wrogami Pięści. 
Czuła, że zmarnowała sobie szansę na pomoc dla robotów, bo ci, którzy już zapewne wiedzą, że uciekła, nie będą mieli dla niej litości. Bała się, a jednak chciała uciec od Scotta. 
Wiedziała jednak, że Pięść nie doceniłby jej, gdyby ta pojawiłaby się u niego bez słowa. Spojrzała przez okno – ciemność panowała nieprzebita, a jednak Tacata wiedziała, że za pomocą nadajnika może trafić bezbłędnie do bazy robotów. Zdała sobie sprawę, że znienawidziła Armię niemalże tak samo, jak Pięść. Ale nie przejęła się tym – myślała, że być może przywódca robotów obaczy, jak bardzo się myli. 
Wzięła do ręki swój pistolet, który nigdy nie chowała do szuflady, a miała przy sobie. Myślała, że będąc z dala od Armii pojmie, czego tak naprawdę chce. Pojęła, że przez cały ten czas trafiała od niewoli do niewoli – a niewola u Armii była jej ostatnią. 
Jednak doszła do wniosku, że zostanie z robotami Pięści i pomoże im w zniszczeniu autobotów... a potem ucieknie i od nich. Wiedziała, że musi znaleźć swoje powołanie – a tutaj go nie znajdzie. Gdy jednak upewniła się, że pistolet ma przeładowany, a okolica jest pusta, chciała przeskoczyć przez otwarte okno. 
Lecz nim zdążyła to właśnie zrobić, nagle w jej głowie wytworzyło się coś dziwnego – niby pulsujący ból, który wziął się nie wiadomo skąd. Roboty zazwyczaj nie miały pojęcia o ludzkim bólu fizycznym, więc Tacata nie pojęła zrazu o co chodzi. Gdy jednak chciała zrobić krok naprzód, ten właśnie ból ją powstrzymywał – jakby miał nad nią władzę. 
Tacata zaklęła, zapożyczając słowa zasłyszane od Pięści i Corletta, i starając się posunąć naprzód jednak czuła, że im bardziej stara się zrobić krok, tym bardziej ból jej doskwierał. Był jednak niczym w porównaniu z bólem migrenowym, odczuwanym przez na nią właśnie cierpiących; docierał owszem do gałek ocznych, mózgu i wszystkich tych jego części, odpowiadających biologicznie za myślenie. Jednak w tym bólu czaiło się niewątpliwie coś jeszcze...
Jakby ktoś kierował wewnątrz niej tym bólem, jakby ktoś kazał go umacniać i napierał na nią całą mocą, zmuszając do uległości i zatracenia...
 - Nie oprę się tobie! - krzyknęła, chwytając się obiema rękoma za głowę. 
 - Czyżby? - odpowiedział jej zimny głos, który dobiegał z jej umysłu. 
Tacata zdumiała się. 
Nie znała na tyle swych możliwości, aby wiedzieć, że może nawiązać z kimś kontakt na odległość i to jeszcze za pomocą własnego umysłu, który nie był tak uproszczony w budowie, jak żołnierzy Gwardii. Twórcą tego systemu był zapewne jakiś szaleniec, podobny do Einsteina i Tesli jednocześnie, lecz posiadający zarazem kreatywność Leonarda Da Vinci. 
Tacata niewiele wiedziała o tym systemie, wiedziała tylko, że pomaga jej utrzymywać kontakt werbalny. 
Wiedziała, że jak każdy robot bojowy była zobowiązana do kontaktu z jednostką, do której należy. 
- Kim jesteś? - w jej głosie jednak drżał wyraźny strach. 
- Nie wiesz, zdrajczyni? - odpowiedział jej ten sam głos. - Jestem tym, który cię uwolnił z niewoli na Subrynie. 
Tacata rozszerzyła powieki, a jej mechaniczne serce poczęło szybciej bić, jakby uwięzione w transie, który pulsował jej ,,krew” do różnych narządów, które, wzmocnione cybernetyczną metodą, nie mogły ulec uszkodzeniu nawet w strzelaninie.

 

wtorek, 19 lipca 2016

III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Siedemnasty

Roboty czuły panikę. 
Wiedziały już, że nie ma z nimi Tacaty, a to w niej dzieliły nadzieję na rychłe zwycięstwo. 
 - Co teraz zrobimy, panie? - pytały. - Trzeba by odszukać i ukarać tą diabelską szkaradę. 
- Więc jej poszukajcie! - zirytował się Stalowa Pięść. - Jak przychodzi co do czego, to wiecie co robić... jak zwykle do czasu... 
Pieniacz podszedł do niego i szepnął do ucha: 
- Wiesz, że bez ciebie nie dadzą sobie rady... są jak dzieci. 
Pięść odepchnął go od siebie. 
 - Zostaw mnie! Znalazły sobie przywódcę...! Cieszcie się, że was jeszcze nie poprzepalałem laserem. 
Roboty natychmiast się cofnęły, nie pojmując jego zachowania. Również przejmowały się zniknięciem Tacaty, a raczej jej ucieczką, ale nie tak bardzo, nie tak wnikliwie jak on. Myślały, że ten oszalał, albo jest nietrzeźwy umysłowo. Jednak musiały mu służyć, bez względu na to, jak okrutne męki będą cierpiały. 
- Co z Tacatą, panie? - spytał jak zawsze wierny Pieniacz. 
Stalowa Pięść spojrzał na niego. 
- Jak to: co? Musimy ją znaleźć, i to rychło. Jeśli trafiła na kogoś z Armii... 
- Nie myśl o tym! - rzucił szybko Stalrat. - Po prostu nie była nas godna. 
Pieniacz syknął pogardliwie. 
- Nie wiesz, co mówisz. - powiedział. - Ona może być kluczem do bram sukcesu nad autobotami. Nie rozumiesz...? Nasz pan wie, co mówi, prawda? - tu spojrzał na Stalową Pięść. 
- Od kiedy ta blacha jest twoim panem? - warknął Stalrat. - Nasz pan nie żyje. 
 - Stary król zawsze znajdzie następcę. - odparł Pięść. - Jeśli nie jest to jego własny syn, to zawsze ktoś z jego dworu wolny się znajdzie. 
Odwrócił się do robotów, spojrzał im w oczy. 
 - Możemy ją znaleźć, o ile mamy przebytą dobrą szkołę. A ukaranie jej należy do mnie. 
 - Mogę ci pomagać w chłoście, panie? - spytał Pieniacz zwilżając wargi językiem. 
- Nie, Pieniaczu. - odparł ostro Stalowa Pięść. - Ale rad jestem, że tak solidnie pociągasz za sobą konsekwencje tej sprawy. Może kiedyś mianuję cię moim następcą... 
Na te słowa służalczy z natury Pieniacz padł na kolana i zajęczał u stóp Pięści: - Tak, panie, nie pożałujesz tego...! Z pewnością wtedy wprowadzę dla ciebie reformę wojska. Będę cię godnie zastępował, zobaczysz, że z takim wojskiem, jakie utworzę zmieciemy autoboty z całego południa, północy, wschodu i zachodu... Nie pożałujesz, panie...! 
 - Przestań skomleć. - warknął Pięść. 
Pieniacz zamarł chwilowo, popatrzył ze strachem na skrzywionych w jego stronę robotów i szybko powstał z klęczek, pocierając zbroję na piersi i chrząkając. 
 - Oczywiście – powiedział już twardym, nieugiętym tonem. - Służę ci, panie. Ja od zawsze byłem, jestem i będę twoim żołnierzem i nawet jeśli razem zginiemy – tym lepiej dla nas, bo byłoby nie w porządku, gdybyśmy umarli, nie znając wzajemnie położenia... dla ciebie wszystko, panie. 
Roboty skrzywiły na ten widok, gdy Pieniacz kłaniał się po raz setny Pięści; uznały że ten podlizuje się przywódcy, aby przypadkiem nie spadła na niego jego ręka. Z tego powodu Pieniacz znalazł się na drugim miejscu czołowej listy znienawidzonych przez robocie wojsko. 
 - Widzicie? - zagadnął Pięść resztę żołnierzy. - Nie ma powodu do obaw. Już mam sposób na tą niewdzięcznicę. 
Roboty jednak spojrzały na niego jak na wariata. 
- Tak? Jakoś nie chce mi się wierzyć... 
 - Znowu ściemniasz... 
 - Ciekawe, czy to nie tylko na twoją korzyść. 
 - Na korzyść nas wszystkich. - odparł Pięść. - Zobaczycie, że jeśli odzyskamy ją, uda nam się zniszczyć autoboty. A jeśli tego dokonamy, przejmiemy kontrolę nad ludnością... tego chciał nasz sławiony pan. Możecie być pewni, że jeśli autoboty wylecą stąd na cztery wiatry, wtedy będziemy mogli pozbyć się Armii. Pamiętajcie, że Inferno będzie na pierwszym miejscu... a może i pospołu egzekwo ze Scottem, nad tym jeszcze nie myślałem... ale sądzę, że tak będzie najlepiej. A co do tej robocicy... wiem już, co robić. 
- Co obmyśliłeś, panie? - dopytywał się Pieniacz. 
 Stalowa Pięść uśmiechnął się mściwie i odrzekł powoli, okrążając roboty: 
 - Pod osłoną nocy, kiedy skończyła swój dyżur przy urządzeniu wykrywającym, uśpiłem ją zastrzykiem substancji, którą pobrałem ze swojego laboratorium. Skończyłem opracowywanie funkcjonarzu nadajnika, który wczepiłem w jej system umysłowy (tak roboty nazywają mózg). Wcześniej prowadziłem przez kilka miesięcy badania nad substancją mikroskopijną, która ,,wczepiona” w czyiś umysł daje kontrolę myśli tej osoby przez tego, kto zainstalował jej urządzenie. Ponadto może wpływać na czyny kontrolowanej osoby... może nawet wyczyścić jej pamięć o pewnym fragmencie jej życia... dzięki temu Tacata będzie w pełni nam służyła, nawet jeśli będzie u McDavida. 
Roboty były niebywale zaskoczone tym pomysłem. Czuły teraz, że Pięść jednak podejrzewał ucieczkę Tacaty i dlatego to zrobił. 
 - Czemu tedy zmuszasz nas, abyśmy jej szukali? - spytał Pieniacz. - Możesz przecież sam rozkazać jej wracać. 
Pięść pokręcił głową. 
- Obawiam się, że będę potrzebował waszej pomocy. - powiedział. - Jesteśmy wojskiem, czy nie?.. Nie zawiedźcie mnie. 
- Oczywiście, panie. - odparły chórem roboty.
***
O świcie Kometa wraz z Venus zapukały do drzwi gabinetu Clary. Były bardzo wzburzone. 
Obie autobotki zaczęły się wzajem przekrzykiwać, oskarżając między wersami Scotta i ją również, dowódczynię, o obecność Tacaty. Obie były tak rozgniewane, że nawet nie syczały na siebie wzajemnie, że sobie przerywają wypowiedzi. Taki wulkan zdań mógł się wydawać śmiesznie skrajcowany, jakby tego słuchać, stojąc z boku, ale sytuacja zrobiła się zbyt poważna. 
- Nie sądzę, aby jej obecność miała dobry wpływ na naszą współpracę! - oburzała się Venus. 
 - Widać, że Pięść mógłby być jej partnerem. - dodała zaraz Kometa. - Została przez niego uwolniona. Przecież nasi przodkowie umieścili ją na Subrynie dożywotnie, aby poniosła karę za spiski i morderstwa przeciw autobotom i Armii. 
- A czy wiadomo, do czego jest jeszcze zdolna?... 
 - Skłóci nas wszystkich ze sobą! 
- Ona tylko czeka, aż ja ze Scottem będziemy patrzeć na siebie wilkiem... 
- I ja z Corlettem... 
 - To przebiegła wiedźma i nie można jej ufać... 
- Ja bym na miejscu Inferna od razu ją zarżnęła... 
Clara jak każdy człowiek, nie była zdolna słuchać dwu rozmówców naraz, więc krzyknęła: 
 - Uspokójcie się obydwie! Zachowujecie się gorzej od robocich głąbów!... Pomyślcie sobie: jakim cudem jest możliwe takie posunięcie? Być może macie rację. Ale tak czy inaczej, trzeba by przyłapać Tacatę na gorącym uczynku – jakby ośmieliła się strzelać do Inferna, albo grzebać w danych naszych komputerów – wtedy możemy ją dyskwalifikować... Ale co możemy począć w tej sytuacji? Cały czas słyszę od was skargi, ale cały czas są to skargi nieuzasadnione... Musimy mieć dowody. 
Autobotki umilkły. 
Przyznawały Clarze rację. Wiedziały, że konieczne jest zebranie dowodów i przedstawienia ich Armii. Tylko wtedy mogli podjąć dalsze kroki. 
Lecz nie tylko autoboty uważały Tacatę za niepoczytalną. Scott już wiele razy słyszał ostrzeżenie tego typu od cyborga. 
Inferno też jakby wyczuwał czającą się w Tacacie zgubę. Chciał, aby wreszcie męskie autoboty nie zwracały na nią uwagi, bo widział, że autobotki były zazdrosne może nie w sensie uczuciowym, a zawodowym. 
 - Popełniłem wielki błąd. - powiedział Scottowi Inferno siedząc skulonym w fotelu. - Ona rzeczywiście ma nawet wiele wspólnego z Pięścią. Clara zawsze musi podejmować właściwą decyzję właśnie wtedy, gdy dostrzeże minusy swojego działania. 
 - Każdy uczy się na błędach przez całe życie, Inferno. - odparł Scott. - Nawet starzec ich nie uniknie. 
 Inferno zakrył dłonią usta i spojrzał w bok, wyraźnie zamyślony. Sądził, że on sam mógł odpowiedzieć za każdy błąd Tacaty, bo w końcu on, z racji tej, że robocica najbardziej się go bała, został jej strażnikiem i kontrolerem. 
- Nie wiem, McDavid, czy to my będziemy się uczyć na błędach Tacaty... Ale to jest możliwe. Nigdy nie wiadomo, co nas spotka. Z robotami nigdy nic nie wiadomo. 
Scott pokiwał wolno głową. Nawet nie przypuszczał takiego rozwoju sytuacji. Sądził, że rzecz miewa się inaczej, niż się tego raczej wszyscy spodziewali. 
A jednak Kanada cały czas ich zaskakiwała. Armia nabrała siły, lecz teraz bardziej skupiała się na badaniach, niż walce. Jej członkowie nieśli kolejne wykonane analizy do wydziałów ufologii i kosmologii, aby ci dogłębnie zbadali inne obiekty we Wszechświecie niż ,,sąsiedzi” Ziemi z Układu Słonecznego. Można by przypuszczać, że nie tylko na Ziemi miało prawo rozwinąć się życie. 
Wiara zaś w istoty wyższe była już swego rodzaju religią, która rozwinęła się jeszcze ponad sto lat temu, czyli w dwudziestym drugim wieku. Inferno miał rację – Kościół upadał, a bogów znów było wielu – byli to bogowie tak samo potężni, lecz ludzie też inaczej ich sobie wyobrażali. 
Scott spojrzał w zamyśleniu na cyborga. Wydawało mu się niemal oczywiste to, co usłyszał od niego na temat religii. Nauka płynąca z tej wiary była pojętna jedynie dla tych, którzy wyjątkowo głęboko ją rozumieli. A tutaj rozum był potrzebny, aby pojąć niektóre rzeczy z reguły niepotrzebujące dłuższego wytłumaczenia. Ludzie poprzez rozwój kultury i nauki mogli zbadać więcej, i więcej przekazać przyszłym pokoleniom. 
Inferno spojrzał na swoje na wpół robocie ręce, i westchnął. 
- Sądzę, że twoja wiedza o robotach w połączeniu z naszą da nam szansę na przeżycie największej burzy wojennej. - powiedział Scott. - Dlatego Armia istniejąca od stu pięćdziesięciu pięciu lat (od 2145 roku) powinna chronić dalsze pokolenia, które przyjdą tu kiedyś zająć nasze miejsce. Pokonamy największe przeszkody... zawsze dawaliśmy radę. 
 Cyborg kiwnął głową, dotknął przez chwilę bok głowy, gdzie miał zloty na przewody umożliwiające mu połączenie z komputerami w stowarzyszeniu. 
Spojrzał na Scotta ciepłym wzrokiem – właściwie po raz drugi może od całych jego dwóch wcieleń. Jego głęboki bursztynowozłoty kolor oczu odbijał światło, którego nie było za oknem – to światło było po prostu. Gdy tak patrzył, powoli jego ręka uchwyciła rękę ludzką i ścisnęła. 
Na jego starczej twarzy pojawił się z wolna uśmiech. Scott widział też ten uśmiech w jego oczach – a jego oczy, muśnięte błękitem nieba również się śmiały.







środa, 13 lipca 2016

III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Szesnasty

Cześć!

W końcu postanowiłam na tym blogu wziąć się w garść i coś tu napisać. Przeczytałam w tym celu całą trzecią – czyli obecnie tworzoną :) - część Gwiezdnej Armii, i była to dobra decyzja – od razu mam rozdział.
Napisałam go jakieś trzy, cztery dni temu.

Miłych wrażeń!
I dajcie znać, czy Wam się podoba! ;* :*


 >>>>>>

Minęło znowu parę dni i Scott wreszcie wrócił do domowego zaciszu. A raczej, zaciszu tylko w cudzysłowie. 
Venus była na niego bardzo rozgniewana. Twierdziła, że nigdy on sam nie dokonał gorszego wyboru, jak przyjęcie robocicy do Armii. Scott jednak nie rozmawiał z nią tak szczerze i przyjacielsko, jak kiedyś. Inferno też to zauważył. Poczuł wstyd, jednak nie wiedział, jak temu zaradzić. 
Przez moment bał się, że tym razem to autobotka opuści Armię i dla różnicy, nigdy już do niej nie wróci – ani do Scotta. Z każdym dniem coraz ciężej było mu patrzeć na zapaść między istotami, które tak wiele dla siebie wzajem znaczyły. Maj zbliżał się już ku końcowi, a kielichy kwiatów drzew owocowych powiększyły się. Poszły już w niepamięć zgryźliwe mrozy i jedyne co wyczuwalne było w powietrzu, to opary zbliżającego się lata. 
Parkowe klony pozieleniały tak, że wkrótce żaden z nich nie przypominał sobie swojej zimowej nagości. 
Ale wyglądało na to, że stosunki między Venus a Scottem mocno się oziębiły. Inferno również nie wiedział, jak pozbyć się napiętej atmosfery. Nie był w istocie pewny, czy to rzeczywiście powód Tacaty. Ale zauważył u autobotki motyw zazdrości, co był w stanie przewidzieć. Lecz w miarę, jak cała czwórka zadecydowała, że Tacata zamieszka u Scotta i Venus na jakiś czas, Inferno starał się wytłumaczyć Venus całą sprawę, lecz ta nie chciała słuchać nawet swojego stwórcy. 
 - Należy do tej bandy, tak czy nie? - wpadła w złość pewnego razu. - Popełniliście wielki błąd, Sebastianie Patricia... Nie jesteś pewny własnych słów, a mimo to upierasz się przy swoim. Ja na pewno nie będę gospodynią dla tej szkarady. 
Te słowa jednak nie były do końca prawdą, gdyż Tacata była najpiękniejszą robocicą nowego pokolenia. 
Autobotka za wszelką cenę starała się namówić członków Armii, aby lada dzień ją zwolnili, lecz nie usłuchali – w tej branży jednak wyższą pozycję zajmował człowiek. Scott nie miał pojęcia, co robić. Wiele razy dyskutował o tym z cyborgiem. 
- Być może myśli, że już nic dla niej nie znaczysz. - powiedział starzec przeczesując palcami włosy na czole. - Musisz jej pokazać, co do niej czujesz – czyli to, co dawniej. Owszem, być może jest to dla niej trudniejsze, niż my, faceci przypuszczamy... w końcu każda kobieta jest zazdrosna o mężczyznę wtedy, gdy jej na jemu zależy... myślisz, że ja nie miałem podobnych przebojów? - zaśmiał się krótko, lecz szczerze. Scott uśmiechnął się nikliwie, ale milczał. - Nie przejmuj się, Scotty. - powiedział cyborg, a przez jego twarz przemknął uśmiech – uśmiech, który sprawia, że każdy człowiek (czy też cyborg) bez względu na swój prawdziwy wiek, młodnieje. - Przecież jak gdyby coś się z nią działo, gdyby coś knuła, możesz na mnie liczyć. W końcu ja narażałem życie aby ją ujarzmić. Gdyby chciała, mogłaby zabić mnie jednym strzałem, albo ścisnąć mnie swoim biczem niczym pyton. Ale ja przestałem lękać się śmierci; ty też jej się nie bój, Scott. Bolesna śmierć jest dla przeklętych, a śmierć szybka, bez cierpienia – to droga do chwały... jednak nie każdy uczciwy za życia umiera tą właśnie śmiercią. 
Scott nagle zapytał: 
- Dlaczego tak jest? 
- Co...? Ze śmiercią?... No, być może dlatego, że śmierć nie zawsze miewa szacunek dla cierpiącej osoby. A ze mną obchodziła się wyjątkowo brutalnie, zanim moje życie ludzkie zgasło... i może dostałem od niej należytą nauczkę. 
 Scott jednak nie zrozumiał. 
- Jak to: nie ma szacunku? Każdy zmarły musi być szanowany... Kościół tak nas uczył. 
- Ale my nie wierzymy w Kościół. - powiedział twardo Inferno. - Kościół upada... Teraz istoty gwiezdne mają nas w swojej pieczy... ale masz rację, zmarły musi być należycie traktowany. Ale nasza wiara przecież nakazuje to samo... więc pod tym względem nic się nie zmieniło. Teraz, jakby wraca do nas politeizm. 
Scott milczał, rozważając słowa mądrego, doświadczonego w życiu człowieczym cyborga. Pomyślał wtedy o straconym w boju '95 autobocie, Luke'u. Czy on także musiał cierpieć? Nie, on nie cierpiał. On poświęcił się dla Armii, chcąc ratować Venus. 
Jednak śmierć w poświęceniu bywa łaskawa, a szczególnie gdy ten, który się poświęca, chce ratować druhowi życie, bo wie, że ten druh bardziej na nie zasługuje. 
Mężczyzna spojrzał na cyborga i odrzekł: 
 - Powinieneś nas uczyć szacunku wobec śmierci, Inferno. Niektórzy wcale nie kwapią się do odejścia z tego świata, gdy wiedzą, że na nich już czas. 
Starzec spojrzał na niego piwnymi oczyma i jego wzrok spotkał się ze wzrokiem McDavida. Przez chwilę patrzyli na siebie wzajem bezsłownie, aż w końcu cyborg odwrócił głowę. 
- Przestań, McDavid. - powiedział nieco zaostrzonym tonem, jakby zaprzeczał kontaktowi wzrokowemu. 
Scott nie dziwił się jego zachowaniu, i nie próbował wciągać go w ten temat rozmowy. Inferno spoglądał na niego spode łba, miał zmarszczone brwi. Nie próbował jednak sam ponowić spojrzenia mu w oczy. 
 Scott jednak dla porządku położył mu dłoń na ramieniu. 
- Nie denerwuj się, przyjacielu. - powiedział. - Nie ma powodu, abyś tak myślał. 
Cyborg spojrzał na niego pocierając knykciem skroń. 
- Czy zastanawiałeś się kiedyś, czy można kogoś kontrolować poprzez myśl? - spytał. 
Scott pomyślał chwilę. 
Wiedział, że Inferno jest zwyczajny do zadawania zagadkowych pytań i zazwyczaj udzielania wobec innych tak samo zagadkowych odpowiedzi. Jednak, nigdy nie zdarzało mu się zastanawiać nad wypowiedziami cyborga. Myślał on bowiem, że ten typ już tak ma i potrzebuje czasami się wygadać. 
Jednak, potrzebował jeszcze jakiegoś odcinka czasu, aby pojąć jego naturę, z którą tak rzadko się spotykał w jego poprzednim życiu. Jednakże już jakiś czas temu zauważył, że Inferno mógłby być pomocny przy badaniach nad nieznanymi konstelacjami gwiezdnymi, o czym on sam mówił dawno temu. 
Wiedza o nich byłaby z pewnością niezbędna, i to urozmaiciłoby z kolei ich pracę. Przypomniał sobie pytanie, zadane przez niego i nie chcąc ani potwierdzić, ani zaprzeczyć, odparł: 
 - Żyjemy w takich czasach, że z roku na rok coraz więcej możliwości jest dostępnych ludziom. Ale z kolei, czemu ludzie mieliby siebie wzajemnie kontrolować?... Wtedy straciliby poczucie człowieczeństwa. 
Cyborg spojrzał na mężczyznę mrużąc w zirytowaniu powieki. 
- Widziałem na własne oczy, w podświadomości, czym Pięść się stał. - powiedział. - Jeżeli wojna ma wybuchnąć teraz, to czemuż ludzie nie odwzajemniają jego gniewu, tylko skurczają się w sobie, jak zbite psy? 
- Ludzie lękają się śmierci. - odpowiedział Scott. 
- Ale przecież... - cyborg urwał. 
Czuł, że jednak jego dalsza dyskusja na ten trudny temat nie doczeka się trafnego zakończenia. Mężczyźni popatrzyli po sobie, a potem odwrócili głowy, każdy w przeciwną. 
 Scott jednak wiedział, że być może wypowiedział kilka słów za dużo. Rozmowa z Infernem zawsze była trudna, zawiła. Wcale się nie dziwił złości Corletta, ale teraz, gdy miał świadomość, że między nimi zapanowała zgoda, czuł, że on również wkrótce wpadnie w gniew. Ale potrafił się hamować. 
Miał świadomość, że ukończył kilka miesięcy temu trzydzieści pięć wiosen, i potrafił poskramiać złość tak samo jak bunt, i wiedział, że Inferno wyczuwa w nim pewien respekt.


wtorek, 21 czerwca 2016

III. Międzyplanetarna Misja: Rozdział Piętnasty

- Panie – odezwał się kilka minut po północy Pieniacz. - Tacata nie wraca już od kilkunastu godzin. 
Stalowa Pięść milczał, bardzo rozzłoszczony, tak rozgniewany, że nie był zdolny teraz nawet bić rękoma swoich, jak to zazwyczaj robił, gdy coś szło nie po jego myśli. 
- Kiedy ta jędza się wymknęła? - spytał zaraz Czarna Kobra, a stojący obok niego Stalrat prychnął pogardliwie. 
 - Nie mam pojęcia. - syknął Pieniacz. - Nie widziałem, jak ona pakowała manatki, jasne? 
- I weź tu zaufaj kobiecie! - dodał zaraz Stalrat. 
- Milczeć! - zirytował się Pięść. - Macie ją odszukać, zrozumiano? 
Roboty zorientowały się teraz, że nie mają łatwego zadania. Wydawało się, że zaczęli czuć niechęć do Tacaty, niemalże nienawiść. 
- A skąd my się dowiemy, gdzie ona wybyła? - spytał Pieniacz. Stalowa Pięść spojrzał na nich, jak na nieporadne dzieci – bo tak w tejże chwili się zachowywali. Jednak nie żywił dla nich współczucia na długo. 
 - Jesteście wojsko, czy nie? - odpowiedział im. - Macie nadajniki, ruszajcie! Nie spodziewałem się, że będę musiał was, rasowych żołnierzy, uczyć jak się strzela z karabinu! Na ogon komety! - zaklął. - Nie chcę słyszeć od któregokolwiek z was o tym, że nie możecie sobie poradzić z tak podłą, sykliwą żmiją. 
- A ty, to niby co, nie chcesz jej szukać? - spytał Pieniacz. - Jakoś nie kwapisz się do jej odszukania, a na nas zwalasz wszystko, cokolwiek by to nie było. Myślisz, że tylko służący mają za zadanie skomleć u nóg dowódcy, a ten natomiast ma na nich szczekać? 
Stalowa Pięść drgnął, zaszokowany tak dobitnymi (i prawdziwymi) słowami z ust Pieniacza – woja, którego cenił sobie ponad miarę i był dla niego jak brat. 
Ale, jak to zazwyczaj bywa, Pieniacz miał zwyczaj porównywania jego rządów i ich wojska do sfory, nie wiadomo czemu. 
 - Nie jesteśmy psami, Pieniaczu. - odparł. 
 - Ale twoje rządy są podobne psiej czelności. - syknął robot. - Czy nie rozumiesz? Niepotrzebnie zaufałeś Tacacie. Trzeba było ją rzucić na żer subryńskim jaszczurom... o ile one żywią się metalem. 
Stalowa Pięść odwrócił się do nich. 
- Zakończyły się lata pokoju, chłopcy. Musimy ruszać do walki. Tylko wtedy ją odzyskamy. 
 - Czy ty myślisz, że wojna to jedyne rozwiązanie? - zagadnął Stalrat. - Autoboty zduszą nas prędzej czy później. Wiesz, co było wtedy w '97... ta porażka może być jeszcze większa! 
- Już nie pozwolimy sobie na błędy. - przekonał Pięść. - Inferno pójdzie na pierwszy ogień, a potem może McDavid... ale jeśli będą jeszcze te autobotki, też będzie mi miło je gościć na szubienicy. 
Przez tąże chwilę roboty słuchały jego słów bez szmeru, bez jęku nawet. Znały już go nadzbyt dobrze i postanowiły sobie, że dopóki on żyje, będą mu służyć, jednak pragnęły, aby ten czas okazał się krótszy od rządów Inferna i Gallarda. 
Milczały więc, niby pokornie, jednak ich serca były przepełnione mściwym pragnieniem. Zamierzały iść za ciosem i nigdy nie dać się oszukać. Te ostatnie pięć lat (poczynając od roku 2295) nauczyły ich wiele więcej, niż kiedykolwiek. Postanowiły nigdy nie wracać do przeszłości. Uważały, że nie zamierzają wziąć odwetu za autoboty teraz, lecz z pewnością musiały zmierzyć się z nimi – ale jeszcze nie teraz. 
Wiedziały jednakże, że roboty funkcjonują jeszcze w Kanadzie, a najwięcej (lecz znacznie mniej od autobotów) jest ich w Ottawie, stolicy. Wszystkie niemal prowincje były podzielone na określoną ilość autobotów w miastach – tak samo było w sąsiednich Stanach. 
Gdy produkcja masowa autobotów w Kanadzie dobiegła końca (Stany ukończyły tą produkcję po wojnie w Kanadzie w '70 roku), jakiś czas potem autoboty pobierały naukę od ludzi, aby później im pomagać w budownictwie. Wzajemna pomoc była bardzo ważna, szczególnie, gdy roboty zaczęły się buntować przeciw swym panom. Obecnie ,,rasa” ta była całkowicie niezależną od ludzkości. Polegały jedynie na sobie. Jednakże zachowały w sobie wiedzę od ludzi. 
Wydawało się, że zapomniały czasów, kiedy żyły pospołu z ludźmi i dzieliły ludźmi marzenia. Ale autoboty już dawno wiedziały, że nadejdzie czas, kiedy to roboty pojmą swój wielki, niewybaczalny niemal błąd. Miały w sobie taką nadzieję, każdego dnia jednak karmiły ją wątpliwościami. Ale musiały też pojąć, że jeśli żyją razem z nimi, musiały też ich znosić, dopóki roboty nie będą w stanie zrozumieć, co tak złego uczyniły ludzkości, lub dopóki one nie polegną z rąk ludzkich.

*** 
 
Pojawienie się Tacaty w kwaterze stowarzyszenia wywołało burzę podejrzeń i niejasne spojrzenia, jak zresztą można się było spodziewać. Z drugiej strony jednak, przyglądali się jej w niemym podziwie; jej niebiesko-fioletowa, niemal nie uszkodzona zbroja, połyskiwała klarowniej od zbroi bojowej Inferna. 
Jej sylwetka wywołała ogólny stan rzeczy wśród męskich autobotów. Mężczyźni jednak, którzy ją przyprowadzili, nie mówili wiele na jej temat; jedynie Clarze powiedzieli, że Tacata dołącza się do nich. 
Przywódczyni Armii nie zareagowała na to entuzjazmem, lecz nie chciała mówić o tym, co myśli, w obecności robocicy. Wezwała więc zatem trzech mężczyzn na rozmowę na ten temat. 
Gdy Corlett, Alec i Scott weszli do jej gabinetu i zajęli miejsca, ta, jak zwykle, aby rozerwać spiętą atmosferę, jaka zazwyczaj się tworzy, na przykładzie, gdy uczeń jest wzywany ,,na dywanik” do dyrektora, zaproponowała im filiżankę herbaty. 
Corlett zgodził się nieco niechętnie, chociaż upijał ze swej filiżanki małymi łykami, zaś Alec i Scott grzecznie odmówili. 
Clara jednak nie naciskała na przyjaciół. Wyczuwała, że ta wymiana zdań może być na ich sposób nieco krępująca. Wiedzieli oni wszyscy, że Tacata jest obdarowywana podejrzeniem, toteż żaden z członków Armii nie mógł pojąć, czemu tu jest. Nie wiedzieli, co jest tego przyczyną, i nawet się tego nie spodziewali. Clara jednak starała się być godną następczynią Susan. 
Scott widział, jak jego towarzysze zacierają pod stolikiem knykcie ze zdenerwowania, a Alec westchnął ciężko, starając się poskromić złość. 
 - Nie macie się o co denerwować. - uspokoiła ich Clara. - Jednak, czy jesteście pewni, czy Tacata nie zdradzi naszego umiejscowienia, nawet pod grozą śmierci? Sami wiecie, że roboty nie mogą pogodzić się z rządami autobotów. Ona nie boi się was, widać to po niej, i nie wiadomo, czy będzie chciała uprowadzić któregoś z naszych. 
- Nie ośmieli się. - powiedział Inferno. - Żywi przede mną trwogę. Jeżeli uczyni coś któremuś z naszych, z pewnością poczuję się do odpowiedzialności, aby ją należycie ukarać... i nawet jeśli wtedy zetknę się z samym Pięścią, będę uszczęśliwiony tym bardziej że zginę z jego ręki, nie jej. W pewnym sensie, ma co do mnie trochę racji w swej nienawiści – i ma do tego prawo. 
 Clara była zaskoczona postawą cyborga – nigdy dotychczas nie spotkała się z takim iście żołnierskim honorem w jego statusie. 
 - Być może zbierze w sobie odwagę na tyle dużą, że jeden zdrajca robotów jej nie przerazi. - odparła. - Skoro mierzyła się już z armią wygłodniałych jaszczurów subryńskich, to co jej po jednym cyborgu?... zastrzeli albo udusi, jak większość. 
 - Zadbamy o to, aby pożałowała swoich czynów. - przekonywał cyborg. 
 Teraz był całkowicie pewny swoich słów. Jako Sebastian Patricia, nigdy nie rzucał słów na wiatr. 
Teraz, starał się nie powtarzać błędów przeszłości – był już za stary na taką manipulację losu. Czuł, że jego udział w tej instytucji być może będzie jego ostatnią pracą w jego życiu, ponieważ wiedział, że jako cyborg może teraz zakończyć żywot za pomocą jednego laserowego strzału. Był już oswojony z myślą o śmierci, bo już raz jej ,,doświadczył”. 
Nie potrafił jednak pojąć, że inni ludzie, szczególnie młodzi, nie są obeznani w tym temacie, a przecież i oni też często wcześnie opuszczają ten świat – zbyt wcześnie. Gdyby jednak mieli nieco więcej rozumu od młodszych lat, wiedzieliby, co to cierpienie. Również mieliby szacunek do cierpiących starszych ludzi, może i w wieku człowieczym Inferna, ale o słabszych siłach witalnych i umysłowych. 
 Gdy jednak Inferno kończył po cichu w '95 roku sześćdziesiąt pięć wiosen, doskonale wiedział, że jemu rychlej przyjdzie pożegnać się z życiem. W ciele człowieka żył więc już sześćdziesiąt siedem lat, a w ciele cyborga – jego ,,nowym życiu” - przebywał ledwie trzy lata. I tak odliczało się to w ten sposób, jakby nadal żył jako człowiek – bo cyborg był swojego rodzaju człowiekiem. 
Mimo nieukrywanej nienawiści do wrogów Armii, nie zapominał, dzięki komu zyskał ,,nowe życie”. Był wierny przywódczyni Armii, a najbardziej jednak jej członkowi, dzięki któremu, zyskał światłość świadomości, kim jest naprawdę. 
Był niezwykle wdzięczny całej Armii. I za to też właśnie obiecał, że pomoże schwytać wszystkie pojedyncze jednostki robotów, które ośmielą się spiskować przeciw stowarzyszeniu. A wydawało się Clarze, że Tacata była jedną z pierwszych. 
Nie wypowiedziała jednak swoich spostrzeżeń głośno. Wpatrywała się w mężczyzn tak, jakby nie do końca ufała ich możliwościom. Szczególnie typ spojrzenia, jakim darzyła Inferna wydawał się Scottowi nieco nadopiekuńczy. 
 - Nie jestem pewna, czy z własnej woli odejdzie od Pięści. - powiedziała. - Wydaje mi się, że rychło będzie chciała uciec, ale pod osłoną nocy i to tak, aby nasze radary jej nie wykryły. Ja bym dała jej czas na ucieczkę. I tak, prędzej czy później spotkalibyśmy się w boju. 
Mężczyźni spojrzeli kolejno po sobie. Nie zamierzali sprzeciwiać się jej słowom. Co niektórzy odzyskali jasność widzenia, ale nie Scott i Inferno – oni upierali się przy swoim. A ponieważ Corlett wiedział, jaki Scott potrafi być uparty, postanowił jednak niedługo zamienić słowo z cyborgiem. Jednak nie było to łatwe. 
 Cały czas, gdy Scott kończył poszczególne analizy i w trakcie przerwy starał się zagadać cyborga, ten zawsze go spławiał tak uprzejmie, że nie poczuwał się do wrażenia, że kiedyś mu się uda. On jednak nie wiedział, co Scott planuje. Zdawał sobie sprawę jedynie, że trzeba pozwolić Tacacie uciec. 
Venus, autobotka Scotta, również była zwolenniczką teorii Clary. Wraz ze swoją wspólniczką, autobotką Corletta, Kometą, starały się przekonać swoich stwórców, że jednak Clara ma rację. 
Jedynie Harley, autobot firmy i robocica Aleca, Soprano, nie byli w stanie pojąć, o co chodzi w tej dziwnej aferze. 
- To właśnie przez roboty straciliśmy Luke'a. - przypominała mężczyznom po raz któryś Venus. - Nie zdajecie sobie sprawy, w co ta żmija was wciągnie. Mogła nadal być na Subrynie i lada dzień umrzeć, nikt by po niej nie płakał, bo na Ziemi nie dokonała chwalebnych czynów. 
Jednak żaden z nich nie był odważny jej odpowiedzieć. 
- Sami widzicie. - ciągnęła Venus. - Jesteście przecież dorośli i odpowiedzialni, zgadza się? Więc to wy spokojnie możecie odpowiedzieć za jej zdradę. 
Kometa nie mówiła nic, bo stwierdziła, że to Venus powiedziała za nią wszystko.